Sławomir Dębski i generał Rajmund Andrzejczak przyjęli w programie Ground Zero na Kanale Zero profesora Andrew Michtę, amerykańskiego stratega związanego z Uniwersytetem Florydy oraz z Hoover Institution i Atlantic Council. Głównym tematem ukraińskim była analiza kryzysu polsko-ukraińskiego, brak polskiej strategii wobec Ukrainy po wojnie oraz pytanie, dlaczego Kijów poczuł, że może sobie pozwolić na prowokację wobec Warszawy.
Zełenski popełnił poważny błąd — ale reakcja też mogła być lepsza
Michta ocenił, że nadanie jednostce imienia Bohaterów UPA przez Zełenskiego było poważnym błędem strategicznym — i to bez względu na to, czy było celowe. Sprawa Wołynia musi zostać rozwiązana, ekshumacje muszą się odbyć, ofiary muszą być godnie pochowane. To tkwi w historycznej narracji i nie powinno być bagatelizowane. Jednocześnie były generał podkreślił, że odpowiedź Nawrockiego — odebranie orderu — była słuszna i konieczna, bo granica została przekroczona. Zabrakło jednak natychmiastowej koordynacji wszystkich elementów rządu, żeby jak najszybciej rozładować sytuację.
Dębski przyznał, że nie był zwolennikiem odbierania orderu, obawiając się właśnie tego, co nastąpiło — przerzucania się blaszkami. Ocenił, że order Rzeczypospolitej Polskiej w efekcie tej wymiany stracił na wartości. To trzeba będzie odbudowywać. Odznaczenia są po to, żeby wyrażać wdzięczność i szacunek w sposób cywilizowany — nie po to, żeby służyć jako amunicja w sporach politycznych.
Andrzejczak zwrócił uwagę na szczególnie niepokojący aspekt: ukraińscy dyplomaci — zawodowcy, którzy powinni trzymać emocje na dystans — również zwracali ordery. To eskalacja, której nie powinno być. Dyplomata ma za zadanie brodzić w trudnych sprawach i szukać rozwiązań, nawet z ludźmi, których nie lubi. Teraz może nie być komu tego robić.
Dlaczego Kijów poczuł, że mu wszystko wolno
Michta postawił kluczowe pytanie: dlaczego Kijów w ogóle czuje, że może sobie na taką prowokację wobec Polski pozwolić. W 2022 roku czegoś takiego by się nie zdarzyło — Polska była wtedy kluczowym elementem całej logistyki natowskiej, Jasionka, dostawy broni, relacje z Waszyngtonem. Coś się zmieniło. Fakt, że polski minister spraw zagranicznych musi upominać się o miejsce przy stole negocjacyjnym — a nie jest tam z góry zarezerwowane — mówi sam za siebie.
Dębski rozwinął tę myśl: po stronie ukraińskiej ewidentnie zdecydowano się poświęcić relację z Polską dla wewnątrzpolitycznych argumentów. Zełenski potrzebował konsolidacji przed potencjalnymi wyborami — w których, jak zauważył Andrzejczak, może być gotowy każdego dnia, ze względu na dynamikę militarną, presję amerykańską czy zmniejszającą się pomoc europejską. Puszczenie oka do nacjonalistycznej części elektoratu miało swoją cenę zewnętrzną — i ta cena będzie bardzo duża.
Polska żyje polityką reaktywną — brakuje wizji
Michta sformułował najostrzejszą krytykę: Polska jest ciągle stroną reagującą na to, co ktoś inny zrobi. To fundamentalny błąd. Każde państwo powinno kształtować otoczenie, a nie tylko odpowiadać na cudze decyzje. Kiedy jesteś wyłącznie reaktywny, jesteś on your heels — nie masz możliwości kształtowania wydarzeń.
Brakuje odpowiedzi na podstawowe pytanie: czym ma być Ukraina dla Polski za pięć czy dziesięć lat, niezależnie od tego, jak potoczy się i zakończy wojna. Jaka jest polska polityka wobec Ukrainy jako państwa — nie tylko jako uczestnika konfliktu z Rosją? Tego nie ma. Podobnie jak nie ma wyraźnej polskiej polityki wobec Niemiec, Czech czy Szwecji — mówi się o Europie i Unii, ale nie o konkretnych relacjach dwustronnych.
Ukraina może się obawiać Polski po wojnie
Andrzejczak zaproponował prowokującą hipotezę: być może Ukraińcy coraz bardziej obawiają się Polski po wojnie. Polska skoczyła gospodarczo w sposób, którego Ukraina nie osiągnęła — jest dwudziestą gospodarką świata, a Ukraina jest gdzie jest. Mit założycielski państwa ukraińskiego oparty na wojnie to emocja, ale emocja nie zastąpi instytucji i innowacji. Być może decyzja o zbliżeniu z Niemcami ponad głowami Polski — podobnie jak za czasów UPA — wynika właśnie z tego, że Ukraińcy postrzegają Polskę jako rywala numer dwa, zaraz po Rosji. I mają z tym problem od wieków.
Dębski rozwinął ten wątek: wspólnota interesów Polski i Ukrainy opiera się dziś na wspólnym zagrożeniu rosyjskim. Ale samo zagrożenie rosyjskie to za mało. Ukraina zdaje się wierzyć, że jak wygra wojnę z Rosją, automatycznie wygrała wszystko — wejdzie do NATO, UE, do wszystkich struktur, bo będzie zwycięzcą. To błąd. Trzeba tę wspólnotę strategiczną rozszerzyć — żeby Ukraina rozumiała, czym jest integracja europejska, czym jest budowanie sojuszy w oparciu o wartości, nie tylko o konieczność militarną.
Lewar akcesyjny i przykład Macedonii
Dębski wskazał na konkretny instrument: Polska ma realny wpływ na tempo i warunki akcesji Ukrainy do UE. Grecja wymusiła zmianę nazwy Macedonii, blokując jej wejście do NATO przez lata. To pokazuje, że małe państwa przy odpowiedniej determinacji mogą egzekwować swoje interesy wobec większych. Polska powinna budować zróżnicowane instrumentarium — nie tylko deklaracje, że nigdy nie wpuści Ukrainy do NATO lub UE, bo w ten sposób sama pozbawia się lewaru wpływu na ukraińską politykę wewnętrzną i zagraniczną.
Dębski zaproponował też konkretny ruch: rozdzielenie pakietu akcesyjnego Ukrainy i Mołdawii, które zostały sztucznie połączone. Mołdawia jest znacznie lepiej przygotowana do spełniania kryteriów, jest bliżej Rumunii, jest mniejsza. Polska powinna inwestować w Mołdawię i pokazywać, ile kosztuje utrata polskiego poparcia politycznego.
Ukraińcy w Polsce — dwumilionowa diaspora bez polskiej strategii
Michta wskazał na uderzający paradoks: w Polsce przebywa ponad dwa miliony Ukraińców. Czy jest polska polityka wobec tych ludzi? Czy zakładamy, że wrócą? Czy chcemy ich integrować? Czy chcemy, żeby zostawali i wzmacniali polską gospodarkę i potencjał demograficzny? Tego nie wiadomo.
Rozmówcy zauważyli, że obecny kryzys uderzy przede wszystkim w tych Ukraińców, którzy mieszkają i pracują w Polsce — oni zapłacą największą cenę za błędy strategiczne Zełenskiego. Dębski przywołał konkretny przypadek: uczestniczka Majdanu z 2014 roku, od lat mieszkająca w Polsce, padła ofiarą fizycznego ataku dlatego, że mówiła po ukraińsku. To barbarzyństwo i przed tym należy ludzi chronić.
Michta zaobserwował też pewien rozłam w samej diasporze: z jednej strony kobiety integrujące się, pracujące, mówiące po polsku — z drugiej strony młodzi, zdrowi mężczyźni w wieku poborowym, jeżdżący Porsche na ukraińskich tablicach. Ten widok drażni polską opinię publiczną — nie dlatego, że komuś dobrze się powodzi, ale dlatego, że budzi pytanie o obowiązki wobec własnego kraju w czasie wojny.
Ukraińska kultura strategiczna się dopiero rodzi
Andrzejczak i Michta zgodzili się, że ukraińska kultura strategiczna dopiero się kształtuje. Polska ma tysiąc lat tradycji państwowej — Ukraina nie ma tego zaplecza. Kraj konsoliduje świadomość narodową w trakcie wojny, a Wschód i Zachód Ukrainy mają różne dziedzictwo historyczne. Brakuje norm wypracowanych przez dekady integracji europejskiej — tego socjalizacyjnego efektu, który sprawił, że w Europie politycy nie mówią rzeczy, które mówią ukraińscy dyplomaci. Oni jeszcze nie są na tym etapie.
Rosja korzysta — i to jest największy problem
Wszyscy trzej rozmówcy zgodzili się co do jednego: na całym tym kryzysie korzysta Rosja. Zarówno dla Polski jak i Ukrainy zagrożeniem numer jeden jest Rosja — to powinno budować wspólnotę interesów. Tymczasem obie klasy polityczne pozwoliły, żeby kwestie historyczne i wewnątrzpolityczne zdominowały agendu. Rosjanie zacierają ręce. Polska potrzebuje Ukrainy walczącej, z dobrymi relacjami z Polską — i odwrotnie.