Piotr Zychowicz w kolejnym odcinku „Historii Realnej”, nagranym wyjątkowo w Tokio w 83. rocznicę ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na Wołyniu i w Galicji Wschodniej, przedstawił główne tezy swojej książki „Wołyń zdradzony” z 2019 roku, dotyczące zaniechań Armii Krajowej i Polskiego Państwa Podziemnego wobec mordowanej ludności polskiej.
Kontekst: rocznica w cieniu sporu z Ukrainą
Zychowicz podkreślił, że tegoroczna rocznica przypada w cieniu konfliktu historycznego wywołanego przez prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego, który nadał jednej z jednostek ukraińskiej armii imię bohaterów UPA – ocenił to jako absolutnie niedopuszczalne, ponieważ oznacza gloryfikację morderców polskich mieszkańców Wołynia i Galicji Wschodniej. Za pozytywny aspekt tej „pożałowania godnej awantury” uznał fakt, że polscy politycy od lewa do prawa po raz pierwszy twardo stanęli po stronie prawdy historycznej – w przeszłości, jak zauważył, prawda o Wołyniu była często składana na ołtarzu dobrosąsiedzkich relacji z Ukrainą, pod hasłami w rodzaju „to było dawno i daleko”, co ukraińska strona wykorzystywała do stawiania pomników sprawcom mordów.
Ofiary „drugiej kategorii” i geneza książki
Zychowicz przedstawił główną tezę swojej twórczości: przez dziesięciolecia ofiary Wołynia traktowane były jako ofiary drugiej kategorii, „posadzone w drugiej ławce” polskiego panteonu męczenników narodowych, ponieważ – jak to ujmowano – byli to chłopi z odległych kresów. Podkreślił swój osobisty związek z tematem (jego rodzina, choć nie z tych konkretnych terenów, również pochodzi z ziem wschodnich) oraz wieloletnie zaangażowanie: od redagowania w 2003 roku dodatku historycznego dla „Rzeczpospolitej” poświęconego ludobójstwu, przez liczne artykuły i okładki magazynów historycznych, po wydaną w 2019 roku książkę „Wołyń zdradzony”. Przypomniał, że książka wywołała kontrowersje na tyle duże, iż w atmosferze skandalu została usunięta z konkursu Książka Historyczna Roku.
Główna teza książki, jak wyjaśnił, brzmi: Polskie Państwo Podziemne nie przyszło Wołyniakom z pomocą, mimo że – w przeciwieństwie do popularnego argumentu „nikt nie mógł tego przewidzieć” – ostrzeżenia napływały do Warszawy już od jesieni 1942 roku. Przywołał scenę z filmu „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego, w której bohaterka Zosia pyta swojego chłopaka z AK, co to za podziemna armia, która nie potrafi obronić kobiet i dzieci przed bandami uzbrojonymi w widły – oceniając, że pytanie to trafnie oddaje sprzeczność między powszechnym wizerunkiem najpotężniejszego w okupowanej Europie Polskiego Państwa Podziemnego a bezradnością wobec mordów na Wołyniu.
Metoda pracy: kwerenda w Archiwum Akt Nowych
Zychowicz podkreślił, że książka opiera się na dokumentacji z Archiwum Akt Nowych – dokumentach Delegatury Rządu na Kraj, Armii Krajowej i Rady Narodowościowej – zaznaczając przy tym złośliwie, że wśród nazwisk osób przeglądających te teczki i mikrofilmy nie figuruje żaden z krytyków jego książki, podczas gdy jego własne nazwisko widnieje tam od lat studenckich.
Wcześniejsze ostrzeżenia z lat 1939-1942
Odpierając argument „nikt nie mógł przewidzieć”, Zychowicz przypomniał, że ukraiński terror wobec Polaków rozpoczął się już w momencie klęski wrześniowej 1939 roku – ukraińscy nacjonaliści zabijali wówczas pojedynczych polskich żołnierzy oddzielonych od swoich oddziałów, dokonywali aktów sabotażu i zrywali godła państwowe, celebrując upadek II RP. Nienawiść narastała w okresie okupacji sowieckiej i eksplodowała po wkroczeniu Niemców – polskie podziemie wiedziało zarówno o zbrojeniu się ukraińskich nacjonalistów, jak i o wyjątkowo brutalnej ideologii banderowców wymierzonej w mniejszości etniczne, w tym Polaków.
Pierwsze konkretne raporty o zagrożeniu zaczęły napływać jesienią 1942 roku – Zychowicz zacytował jeden z nich, opisujący punktowe uderzenia w polskie elity (księży, leśników, urzędników), mające na celu pozbawienie polskiej społeczności przywództwa oraz stworzenie zaplecza operacyjnego dla przyszłych oddziałów UPA. Przywołał historię ppor. Lecha Łady Żagiełła, który na przełomie 1942 i 1943 roku przeniknął do formującej się UPA i przesłał do Londynu meldunek cytujący słowa upowca: sprawę polską rozwiążą tak, jak Hitler rozwiązał sprawę żydowską, chyba że Polacy usuną się sami. Ostrzeżenie, mimo dotarcia do Londynu, zostało zignorowane – sam Łada został wkrótce zdekonspirowany i zamordowany przez ukraińskich nacjonalistów.
Zychowicz zacytował również relację Kazimierza Banacha, delegata rządu na kraj na Wołyniu, opisującego swoją wizytę u głównego delegata rządu londyńskiego Cyryla Ratajskiego w lipcu 1942 roku – Ratajski potraktował go życzliwie, ale sprawiał wrażenie, że traktuje problem ukraiński jako wymysł nierozważnych ludzi. Przywołał też ocenę historyka Dariusza Faszczy, że doniesienia z Wołynia traktowano z niedowierzaniem, opierając się na przekonaniu o lojalności wołyńskich chłopów wobec Polski, wynikającym z przedwojennego „eksperymentu” wojewody Henryka Józewskiego.
Zychowicz przytoczył kolejne raporty Biura Wschodniego Delegatury Rządu na Kraj, ostrzegające przed przygotowaniami OUN do wystąpień w momencie zmiany władzy na tych terenach i apelujące o zdecydowaną akcję polską, a nie pertraktacje. Zacytował też raport z kwietnia 1943 roku wzywający do większej aktywności na ziemiach wschodnich oraz do utworzenia tam polskich formacji wojskowych na wzór sowieckich oddziałów dywersyjnych.
Priorytet: akcja „Burza”
Kluczowym wyjaśnieniem tej bierności, jak wskazał Zychowicz, było to, że Armia Krajowa koncentrowała się na przygotowaniach do akcji „Burza” i przyszłego powstania powszechnego, które miało przynieść Polsce niepodległość po zakończeniu wojny. Przywołał ocenę historyka Władysława Filara, ocalałego żołnierza wołyńskiej konspiracji, według którego kierownictwo Okręgu Wołyńskiego AK, złożone z oficerów z centralnej Polski, w początkowym okresie zupełnie nie rozumiało lokalnej sytuacji, koncentrując cały wysiłek na przygotowaniu do akcji „Burza”. Zychowicz podkreślił, że Okręg Wołyński był najpóźniej utworzonym okręgiem AK spośród wszystkich – dopiero w sierpniu 1942 roku – co określił jako „falstart”: za późno zbudowano struktury, nie stworzono oddziałów partyzanckich, nie dostarczono wystarczającej broni.
Luty 1943: początek mordów i eskalacja próśb o pomoc
Zychowicz opisał, jak w lutym 1943 roku zagrożenia zaczęły się materializować, a UPA przystąpiła do systematycznego mordowania Polaków. Przytoczył dramatyczny meldunek kpt. Juliana Kozłowskiego z 9 sierpnia 1943 roku, ostrzegający przed całkowitym zlikwidowaniem ludności polskiej w razie braku natychmiastowej reakcji, oraz podobną ocenę Kazimierza Banacha, że podporządkowanie wszystkich działań planowi powstania przeciwniemieckiego nie prowadzi na Wołyniu do żadnego celu, ponieważ w razie wymordowania ludności wojsko i tak nie będzie mogło zrealizować swoich zadań.
Zychowicz podkreślił, że w odróżnieniu od jednorazowej erupcji przemocy, mordy na Wołyniu trwały wiele miesięcy – co wyklucza argument o niemożności reakcji. 9 lutego 1943 roku ukraiński oddział wkroczył do wsi Parośla i wymordował 155 Polaków, wiążąc ich sznurami i mordując siekierami. Przywołał wstrząsającą relację ocalałego rodzeństwa, udokumentowaną przez Ewę i Władysława Siemaszków. W nocy z 26 na 27 marca banderowcy zaatakowali Lipniki, mordując kilkuset Polaków – to właśnie tam cudem przeżył, ranny w głowę wraz z uciekającą matką, przyszły kosmonauta PRL Mirosław Hermaszewski, odnaleziony następnego dnia na skutym lodem polu. W kwietniu doszło do masakry w Janowej Dolinie, gdzie zginęło nawet ponad 500 osób.
Zychowicz zacytował raporty napływające do Warszawy wiosną 1943 roku, ostrzegające przed „zupełną zagładą” bezbronnej ludności polskiej i wskazujące, że sytuacja byłaby mniej groźna, gdyby istniały w terenie polskie oddziały zbrojne – apele te pozostały bez odpowiedzi. 11 lipca 1943 roku doszło do tzw. Krwawej Niedzieli, gdy zaatakowano 99 polskich miejscowości jednocześnie, w tym atak na kościół w Kisielinie, gdzie banderowcy wrzucali granaty do wnętrza w trakcie mszy – to właśnie tam nogę stracił ojciec Krzysztofa Komedy, wybitnego polskiego kompozytora.
Spór Banach–Bąbiński i skłócone Polskie Państwo Podziemne
Zychowicz opisał, że możliwą reakcję krępował ostry, personalny spór między pułkownikiem Kazimierzem Bąbińskim „Luboniem”, dowódcą Okręgu AK Wołyń, a delegatem rządu na kraj Kazimierzem Banachem – obaj wzajemnie na siebie donosili do Warszawy. Choć obaj mieli, jego zdaniem, swoje racje, ocenił, że więcej zdrowego rozsądku wykazywał Banach, domagający się natychmiastowego przekazania broni do samoobrony, podczas gdy dowództwo AK chciało trzymać broń w magazynach i wycofywać roczniki wojskowe z oddziałów samoobrony. Przywołał ocenę historyka Władysława Filara, że konflikt ten miał wyraźnie negatywny wpływ na zdolność przeciwstawienia się atakom UPA, powodując rozproszenie sił w okresie największych mordów.
Zychowicz zacytował szokujący raport oficera AK majora Tadeusza Klimkowskiego „Ostoi”, opisujący kompletną beznadziejność początkowej reakcji polskiej i brak jakiejkolwiek broni w terenie z powodu opieszałej organizacji – zaznaczył, że dokument ten, znajdujący się w Studium Polski Podziemnej w Londynie, otrzymał od historyka Mariusza Zajączkowskiego, dodając, że był to badacz w swoim czasie usunięty z IPN w bardzo nieprzyjemnej atmosferze. Przywołał też ustalenia Ewy i Władysława Siemaszków, że istniejąca od 1942 roku konspiracja była nastawiona wyłącznie na walkę z Niemcami, nie dostrzegając w porę, że to Ukraińcy stanowią najpoważniejsze zagrożenie.
Rozkaz o utworzeniu oddziałów partyzanckich – dziewięć dni po apogeum mordów
Zychowicz podkreślił, że dopiero 20 lipca 1943 roku – dziewięć dni po Krwawej Niedzieli – wydano rozkaz o utworzeniu dziewięciu lotnych oddziałów partyzanckich mających wspierać polską samoobronę. Formowanie trwało powoli przez całe lato i jesień, osiągając pełną operatywność dopiero pod koniec 1943 roku, licząc ostatecznie około 1300 żołnierzy spośród ośmiu tysięcy zaprzysiężonych już wówczas w AK na Wołyniu. Powstałe oddziały, w tym legendarny oddział „Jastrzębia”, walczyły – jak podkreślił Zychowicz – bardzo dzielnie i skutecznie, wygrywając większość starć z banderowcami, jednak włączyły się do akcji, gdy zdecydowana większość ofiar ludobójstwa już nie żyła. Zychowicz zadał w swojej książce pytanie: gdyby rozkaz padł wiosną 1943 roku, po pierwszych pogromach w Parośli, Lipnikach czy Janowej Dolinie, w lipcu byłby już kto bronił polskich wsi – zastrzegając jednocześnie, że nawet wtedy nie udałoby się uratować wszystkich, biorąc pod uwagę wielkość Wołynia porównywalną z Belgią oraz wcześniejsze przygotowanie UPA, wzmocnionej przez byłych funkcjonariuszy niemieckiej policji pomocniczej mających już doświadczenie w mordowaniu ludności żydowskiej.
Przytoczył wstrząsające relacje żołnierzy wołyńskiej konspiracji – Władysława Kobylańskiego, opisującego, jak starsi konspiratorzy gasili zapał młodych, każąc im „siedzieć spokojnie i słuchać”, zamiast organizować obronę, oraz historyka Marka Koprowskiego, który zauważył, że dana placówka (Mizocz) nie odgrywała żadnej roli w planach akcji „Burza”, więc nie skierowano tam ani oficerów, ani broni, a gdy trzeba było bronić ludności, było już za późno.
Pięć przyczyn zaniechania
Zychowicz podsumował analizę pięcioma zasadniczymi przyczynami: po pierwsze, konspiracja na Wołyniu powstała za późno; po drugie, kierownictwo centralne lekceważyło zagrożenie ze strony banderowców; po trzecie, wszystkie siły koncentrowano na przyszłej akcji „Burza”; po czwarte, ostrzeżenia i późniejsze błagalne prośby o pomoc były konsekwentnie ignorowane; po piąte, broń dotarła za późno, a oddziały partyzanckie utworzono realnie dopiero pod koniec 1943 roku.
„Co pomyśli sobie świat” – obawa przed międzynarodowym wizerunkiem
Zychowicz przedstawił kolejny, jego zdaniem szczególnie zdumiewający powód opieszałości: obawę części polskich elit podziemnych o międzynarodowy wizerunek Polski. Zacytował komunikat przedstawicieli stronnictw politycznych przy kierownictwie podziemia, ostrzegający, że „problem ukraiński” ma złą markę w opinii zagranicznej i podnoszenie go zwiększyłoby krytycyzm wobec Polski. Przytoczył też powojenną wypowiedź płk. Jana Rzepeckiego, szarej eminencji Komendy Głównej, że przekazanie broni Kresom „rozniecałoby ogień walki do niewyobrażalnych rozmiarów” i dostarczyłoby światu argumentu, że polska walka o wschodnią granicę w 1939 roku była błędem politycznym. Zychowicz ocenił ten cytat jako absolutny absurd – dowód, że część oficerów Komendy Głównej bardziej obawiała się reakcji opinii międzynarodowej niż utraty polskiego życia, jednocześnie licząc naiwnie na porozumienie z bezkompromisowo szowinistyczną frakcją banderowską OUN-B.
Skonfliktowane i zignorowane Biuro Wschodnie
Zychowicz opisał, że wewnątrz Polskiego Państwa Podziemnego istniało silne poczucie klęski – działacze Biura Wschodniego Delegatury Rządu na Kraj, konsekwentnie alarmujący o sytuacji, byli marginalizowani przez kierownictwo nastawione ugodowo wobec banderowców. Wśród dokumentów dotyczących sporu w Radzie Narodowościowej (zdeponowanych w Archiwum Akt Nowych pod sygnaturą 202/16-3) zacytował Piotra Jarockiego-Wojnickiego, który 25 września 1943 roku pisał, że jedynym realnym działaniem wobec ziem wschodnich pozostaje zorganizowanie silnej, należycie uzbrojonej polskiej samoobrony – postulat, jak zaznaczył Zychowicz, wysuwany przez różne środowiska od niemal roku, bez żadnego odzewu. Dodał, że wśród naczelnych czynników panowało nawet przekonanie, iż Wołyń jest „stracony” i oddziały należałoby stamtąd wycofać. Przywołał też ocenę historyka Czesława Partacza, że niektórzy generałowie odnosili się do spraw kresowych wręcz wrogo – jako przykład podał gen. Tatara, zwolennika współpracy z Rosją, uważającego ziemie wschodnie za „raka toczącego Polskę” i głoszącego, że jeden powiat odzyskany na zachodzie jest więcej wart niż utracone Kresy Wschodnie.
Poczucie zdrady wśród Wołyniaków
Zychowicz przywołał serię dokumentów pokazujących narastające poczucie porzucenia wśród polskiej ludności: apel z 1 września 1943 roku obwiniający brak wcześniejszych kroków za wybuch masowego mordowania; raport z lwowskiego podziemia z lutego 1944 roku, po rozprzestrzenieniu się fali mordów na Galicję Wschodnią, mówiący o wrażeniu, że władze interesują się mordowaniem Polaków tylko wtedy, gdy sprawcami są Niemcy; oraz wstrząsający raport oficera AK z inspektoratu sądowowiszeńskiego, pytającego wprost, dlaczego nie pozwolono ludności ratować własnego życia, skoro państwo nie jest w stanie zorganizować jej obrony. Zychowicz podkreślił szczególnie drastyczny fakt: w Galicji Wschodniej Polakom kategorycznie zabroniono pod karą śmierci przyjmować broń oferowaną chętnie przez Niemców do celów samoobrony, uznając to za zdradę – skomentował gorzko, że „dobry Polak” miał raczej dać się zarąbać banderowcowi siekierą, niż wziąć karabin od Niemca. Przywołał też los Adama Ronikiera, szefa Rady Głównej Opiekuńczej, któremu delegatura zabroniła organizowania samoobrony, zapowiadając poświęcenie temu odrębnego odcinka.
27. Wołyńska Dywizja AK – wojsko zmarnowane
Zychowicz podkreślił, że dowód na to, iż siły i ludzie do obrony jednak istnieli, stanowi historia 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK – najpotężniejszej partyzanckiej jednostki w całej historii Armii Krajowej, utworzonej rozkazem płk. Bąbińskiego dopiero 15 stycznia 1944 roku, w ramach przygotowań do akcji „Burza”. Nagle, jak zauważył, odnalazło się kilka tysięcy żołnierzy i sporo broni – ludzie ci wcześniej czekali w konspiracji lub przebywali w miastach chronionych niemieckimi garnizonami. Przywołał relację weteranki Moniki Śladewskiej, opisującej gorączkowe formowanie dywizji w Kupiczowie: ściąganie konspiratorów z okolicy, oddziały konne w przedwojennych mundurach, uruchamiane piekarnie i młyny – „Wojsko Polskie nagle wyszło spod ziemi”.
Zychowicz ocenił jednak, że dywizja została w istocie zmarnowana – rzucona do bezsensownej walki z wycofującymi się Niemcami w ramach akcji „Burza”, rozbita, skrwawiona, a w końcu częściowo wymordowana i częściowo wcielona przymusowo do komunistycznej armii Berlinga. Co więcej, formowanie dywizji dodatkowo osłabiło lokalną samoobronę, ponieważ oficerowie AK zaczęli wyciągać do lasu młodych chłopców broniących dotąd swoich wsi – co wywoływało rozdzierające sceny płaczu wśród ludności cywilnej i nawiązuje do wspomnianej wcześniej sceny z filmu Smarzowskiego. Przywołał ocenę prof. Grzegorza Motyki, że dowództwo AK świadomie realizowało akcję „Burza” nawet kosztem osłabienia samoobrony polskich wsi, licząc, że większość sił przyda się do walki z Niemcami po nadejściu Armii Czerwonej.
Skuteczna samoobrona: „Solidarność 43″
Zychowicz podkreślił, że mimo zaniechań Armii Krajowej, sami Polacy spisali się w tej sytuacji na medal – organizując skuteczną samoobronę w wielu miejscowościach, takich jak Przebraże czy Huta Stepańska. Tę epopeję określił mianem „Solidarności 43″, oceniając, że zasługuje ona na najwyższy szacunek, ponieważ ci ludzie dokonywali tam nieprawdopodobnie bohaterskich czynów.
Głosy ocalałych: „zabito ich dwukrotnie”
Na zakończenie części dokumentalnej Zychowicz przytoczył serię wstrząsających relacji świadków i badaczy: raport ze Lwowa o narastającej ironii wobec bierności władz; list Leopolda Tesznara o gorzkiej świadomości ludności, że została pozostawiona bez pomocy; relację przedstawiciela Stronnictwa Narodowego o powszechnym poczuciu bezsilności; raport delegatury z czerwca 1944 roku, mówiący o żalu społeczeństwa, że o jego cierpieniu nikt „ani słówkiem nie piśnie” w Londynie; list pani Dobrzańskiej ze Lwowa błagający, by nie pozostawiano ludności „na pastwę losu”; analizę Komitetu Ziem Wschodnich, wskazującą na zupełną obojętność czynników wojskowych wobec likwidacji polskości na Kresach, wynikającą z doktrynerskiego przekonania, że zadaniem AK jest walka wyłącznie z Niemcami; oraz gorzkie słowa Henryka Słowińskiego, przypisujące administracji Polskiego Państwa Podziemnego bezpośrednią część odpowiedzialności za skalę ofiar.
Przywołał również osobistą relację weterana Polskiej Samoobrony Stanisława Jastrzębskiego, do dziś niepojmującego bierności wobec jawnych planów eksterminacji, oraz wspomnienie ze spotkań z Andrzejem Żupańskim, żołnierzem oddziału przerzuconego na Wołyń dopiero w marcu 1944 roku, głęboko rozżalonym, że pomoc nadeszła tak późno – to właśnie w przedmowie do jego książki zawarto stwierdzenie, że brak zbrojnej pomocy Komendy Głównej AK dla ginącej ludności Wołynia i Małopolski Wschodniej powinien zostać poddany rzetelnym badaniom naukowym.
Zychowicz odpiera zarzuty o „obwinianie ofiar”
Zychowicz zamknął odcinek zdecydowanym zastrzeżeniem: krytyka zaniechań Komendy Głównej AK w żadnym razie nie oznacza przerzucania winy z UPA i OUN-B na Armię Krajową ani prób „wybielania” ukraińskich nacjonalistów – odpowiedzialność za samo ludobójstwo, zaplanowane i wykonane przez kurenie i sotnie UPA wraz ze zmobilizowanymi wieśniakami, spoczywa wyłącznie na sprawcach. Podkreślił jednak, że nie ma powodu, dla którego nie wolno byłoby dyskutować o ewidentnych zaniechaniach polskiego podziemia – celem takiej dyskusji jest wyciąganie wniosków na przyszłość, zgodnie z zasadą, że najważniejszym obowiązkiem państwa i jego agend jest obrona biologicznej substancji narodu, a nie realizacja odgórnych koncepcji powstańczych kosztem bezpieczeństwa ludności.
Ocenił, że dla części polskich elit nastawionych koncyliacyjnie wobec ukraińskich nacjonalistów Wołyniacy byli traktowani jak „młodsi bracia”, o których ludobójstwie lepiej było głośno nie mówić – zarówno wtedy, jak i przez wiele powojennych dekad, co podsumował znanym w środowisku hasłem, że ofiary Wołynia „zabito dwukrotnie”: raz w 1943 roku, a drugi raz, gdy nad tą tragedią zapadła kurtyna milczenia.
Materiał kanału „Historia Realna” na YouTube, liczącego 770 tys. subskrybentów. Premiera 10 lipca 2026.