Popek i Sokołowski w Centralnym Przystanku Historia IPN: dokumenty zbrodni wołyńskiej i korzenie ukraińskiego nacjonalizmu
Dr Leon Popek z Biura Upamiętniania Walk i Męczeństwa oraz dr Paweł Sokołowski z Oddziału IPN w Lublinie byli gośćmi red. Rafała Dudkiewicza w Centralnym Przystanku Historia Instytutu Pamięci Narodowej w Warszawie, gdzie zaprezentowali trzeci tom swojej pracy edytorskiej poświęconej dokumentom zbrodni wołyńskiej.
Nie incydent, lecz zorganizowana zbrodnia sięgająca 1939 roku
Dudkiewicz otworzył dyskusję pytaniem o tezę, według której wydarzenia z 11 lipca 1943 roku bywały przez lata przedstawiane jako pojedynczy incydent, poprzedzony dobrosąsiedzkimi relacjami. Dr Sokołowski zdecydowanie odrzucił taką interpretację, wskazując, że proces przemocy wobec Polaków na Wołyniu rozpoczął się już 1 września 1939 roku, gdy dochodziło do zorganizowanych napadów na osadników wojskowych i cywilnych, uciekinierów, wycofujące się oddziały Wojska Polskiego, policję i administrację, a także podpaleń dworów i pałaców. Proces ten trwał aż do wejścia Sowietów, a w województwie tarnopolskim napady na całe polskie wsie miały miejsce jeszcze dłużej.
Sokołowski podkreślił, że po ataku Niemiec na Związek Sowiecki w czerwcu 1941 roku powołana została ukraińska policja w służbie niemieckiej, która brała czynny udział w mordowaniu ludności żydowskiej – w ciągu roku na Wołyniu zamordowano około 240 tysięcy wołyńskich Żydów, z których ocalała jedynie garstka. Wiosną 1943 roku około pięciu tysięcy funkcjonariuszy tej policji zdezerterowało do lasu z bronią i amunicją, zasilając szeregi UPA jako doświadczeni instruktorzy i dowódcy – to wtedy, jak ocenił historyk, Wołyń zaczął „płonąć”.
Sokołowski zwrócił uwagę, że w tym czasie Polacy stanowili już tylko około 10 procent mieszkańców Wołynia (wobec 16-17 procent w 1939 roku), a region pozostawał praktycznie bezbronny, ponieważ Sowieci już w latach 1939-1940 rozbili polskie struktury podziemne, aresztując kilka tysięcy działaczy Związku Walki Zbrojnej wraz z dowództwem.
Apogeum 11 lipca i mord w Kisielinie
Sokołowski opisał 11 lipca 1943 roku jako kulminacyjny moment zbrodni – dzień zorganizowanego napadu na 99 miejscowości w czterech powiatach (włodzimierskim, horochowskim, kowelskim i łuckim), w którym zginęło kilka tysięcy Polaków. Zaznaczył, że ofiary ginęły właśnie w niedzielę, gdy szły do kościoła, ponieważ liczyły na ochronę modlitwy, a nie z powodu jakichkolwiek prowokacji z ich strony.
Dudkiewicz przywołał przykład Kisielina jako miejsca, gdzie doszło do walki w obrębie samego kościoła. Sokołowski zrelacjonował przebieg wydarzeń: po zakończeniu mszy napastnicy zapowiedzieli, że ci, którzy spokojnie wyjdą, nie zostaną skrzywdzeni. Grupa około 90 osób, która opuściła świątynię, została rozstrzelana przy murach dzwonnicy. Część wiernych, którzy nie zdążyli wyjść, schroniła się na plebanii, gdzie zabarykadowała drzwi i broniła się przez ponad 10 godzin – w większości byli to kobiety i dzieci oraz kilkunastu mężczyzn, łącznie około 80 osób. Obrońcy rozbierali piece kaflowe, odrzucali cegłami i kaflami wrzucane granaty, a gdy podpalono drzwi, gasili ogień moczem. Sokołowski zachęcał, by odwiedzający dziś Kisielin zwrócili uwagę na mury plebanii, gdzie do dziś widoczne są dziesiątki śladów po kulach z tamtych wydarzeń.
Sokołowski przywołał osobiste wspomnienia Włodzimierza Sławosza Dębskiego, ojca kompozytora Krzesimira Dębskiego, którego osobiście poznał. Dębski został ranny podczas odrzucania granatu – odłamek przerwał mu ważną żyłę, co groziło śmiercią z wykrwawienia w ciągu kilku minut. Jego narzeczona, posiadająca przeszkolenie sanitarne, założyła mu opatrunek uciskowy ze zwiniętej gazety, okresowo luzując ucisk, by zapobiec martwicy – dzięki temu przeżył, choć stracił nogę. Po zdarzeniu pomógł mu sąsiad, Ukrainiec, który przewiózł go do szpitala – banderowcy odpłacili mu za to śmiercią jego i kilku członków jego rodziny.
Wśród rannych obrońców plebanii w Kisielinie znalazł się także ksiądz Kowalski. Próbował osłonić okno przed ostrzałem karabinu maszynowego, używając w tym celu pierzyny lub poduszki – licząc, jak wspominał Sokołowski, że pierze zdoła zatrzymać pociski. Został jednak trafiony w gardło, a kula wepchnęła mu w ranę fragmenty pierza z rozerwanej poduszki. Przeżył, choć do końca życia miał problemy z mową.
Ideologiczne korzenie ukraińskiego nacjonalizmu integralnego
Odpowiadając na pytanie o źródła ideowe, które umożliwiły dehumanizację sąsiadów prowadzącą do mordów, dr Paweł Sokołowski przedstawił sylwetki czterech twórców ideologii integralnego nacjonalizmu ukraińskiego: Dmytra Doncowa, Mychajły Kołodzińskiego, Stepana Łenkawskiego i Mykoły Ściborskiego.
Sokołowski wyjaśnił, że koncepcja Doncowa różniła się zasadniczo od klasycznych nacjonalizmów XIX wieku – odrzucała chrześcijaństwo, racjonalizm, demokratyzm i liberalizm, opierając się zamiast tego na sile życiowej i instynkcie pozbawionym pierwiastka rozumowego. Doncow zaadaptował także koncepcję darwinizmu społecznego, głosząc, że silniejszy naród ma prawo przetrwać kosztem słabszego, oraz absolutyzował samo pojęcie narodu, stawiając je ponad Bogiem. Kluczowym elementem tej ideologii był ekspansjonizm – Sokołowski podkreślił, że Doncow otwarcie postulował usunięcie z terenów ukraińskich innych narodowości, w tym Żydów i Polaków, rozumiejąc to nie jako czystkę etniczną w sensie wypędzenia, lecz jako totalną fizyczną eksterminację.
Mychajło Kołodziński, autor „Doktryny wojskowej nacjonalistów ukraińskich”, akcentował element okrucieństwa – Sokołowski przywołał jego słowa mówiące o konieczności takiego okrucieństwa, by kolejne pokolenia Polaków bały się patrzeć w stronę Ukrainy. Stepan Łenkawski był twórcą tzw. dekalogu nacjonalisty ukraińskiego, którego siódme przykazanie nakazywało nie wahać się przed żadną zbrodnią, jeśli wymaga tego interes narodu. Mykoła Ściborski w wydanej w Paryżu w 1935 roku pracy „Nacjokracja” opisał model funkcjonowania państwa ukraińskiego opartego na nacjonalizmie integralnym, inspirowanym – jak zaznaczył Sokołowski – zarówno hitleryzmem, jak i włoskim faszyzmem, w tym postulatem władzy totalitarnej jednostki.
Sokołowski wskazał też na różnicę programową między wcześniejszą Ukraińską Organizacją Wojskową, postulującą jedynie oderwanie od Polski trzech województw, a Organizacją Ukraińskich Nacjonalistów, która rozszerzyła ten program o budowę państwa obejmującego wszystkie ziemie historycznie i etnicznie zamieszkałe przez Ukraińców.
Odnosząc się do tego wątku, prowadzący Rafał Dudkiewicz zauważył, że Polska jako państwo protestowała – jego zdaniem słusznie – przeciwko praktyce nadawania jednostkom Sił Zbrojnych Ukrainy imion związanych z bohaterami UPA, wiążąc ten współczesny spór bezpośrednio z omawianą genezą ideologiczną.
Obalony mit NKWD i pierwszy mord w Parośli
Dudkiewicz zapytał, czy istnieją dokumenty potwierdzające funkcjonującą przez lata w części publicystyki prawicowej tezę, jakoby mordy na Polakach inspirowane były przez NKWD. Dr Leon Popek stanowczo zaprzeczył tej tezie, wskazując, że sprawcą zbrodni był dowódca UPA Dmytro Kłaczkiwski, pseudonim Kłym Sawur, upamiętniony okazałym pomnikiem w Równem.
Popek opisał pierwszy udokumentowany mord z 6 lutego 1943 roku w kolonii Parośle w powiecie sarneńskim, gdzie partyzanci podający się za oddział sowiecki poprosili mieszkańców o możliwość przenocowania, a następnie nakłonili ich, by dali się związać pod pretekstem ochrony przed niemieckim odwetem – po czym dokonali masakry przy użyciu siekier i noży, zabijając przy okazji także kilku wziętych wcześniej do niewoli Kozaków w służbie niemieckiej. Ocalało jedynie kilka osób, w tym poznany osobiście przez Popka Witold Kołodyński, który przeżył uderzenie obuchem siekiery w głowę – jak wspominał Popek, albo sprawca był zmęczony i uderzył zbyt słabo, albo ocalały miał wyjątkowo grubą czaszkę.
Popek podkreślił, że dopiero prace prof. Grzegorza Motyki, przedstawione około dekady temu na jednej z polsko-ukraińskich konferencji naukowych, jednoznacznie obaliły tezę o sprawstwie NKWD, dowodząc, że odpowiedzialna była 1. sotnia UPA pod dowództwem Dowbeszy-Korobki. Mimo to, jak zauważył, mit o inspiracji sowieckiej wciąż funkcjonuje wśród części historyków ukraińskich, co wymaga stałego przedstawiania dowodów.
Popek zaznaczył także, że oddziały UPA, wkraczając do ukraińskich wsi, terroryzowały miejscową ludność, zmuszając do stawienia się na zbiórki mężczyzn w wieku od 18 do 40 lat uzbrojonych w siekiery, widły, kosy i noże – choć część mieszkańców odmawiała udziału. Wskazał, że skoordynowanie ataku na blisko 100 miejscowości w czterech powiatach w ciągu jednego dnia, przy braku sprawnej łączności, wymagało ogromnego wysiłku logistycznego, w tym wcześniejszego rozesłania gońców. Kościoły, takie jak w Porycku, Kisielinie czy Zabłociu, były celami ataków właśnie dlatego, że gromadziły największą liczbę Polaków w jednym miejscu.
Popek podkreślił też, że po wypaleniu Wołynia fala mordów rozprzestrzeniła się na sąsiednie województwa – lwowskie, stanisławowskie i tarnopolskie – choć w publicystyce ukraińskiej temat wciąż bywa zawężany wyłącznie do Wołynia i określany słowem „tragedia”, podczas gdy – jak zaznaczył – właściwym określeniem jest ludobójstwo, „genocidium atrox”, ludobójstwo ze szczególnym okrucieństwem. Przytoczył liczby: około 60 tysięcy zamordowanych Polaków w ciągu kilku miesięcy w dwóch tysiącach miejscowości na Wołyniu, a w kolejnych latach 1944-1947 – kolejne dwa tysiące miejscowości i co najmniej 74 tysiące ofiar. Dla porównania wskazał, że pacyfikacja Zamojszczyzny przez Niemców objęła w ciągu półtora roku około 320 wsi.
Statystyki z pierwszych dwóch tomów: siekiery, potem broń palna
Dr Paweł Sokołowski omówił szczegółowo dane liczbowe wynikające z dwóch pierwszych tomów opracowania. Zaznaczył, że w tomie pierwszym, obejmującym Wołyń i rok 1943, dominującym narzędziem zbrodni były siekiery – ponad połowa ofiar, a łącznie z innymi narzędziami rolniczymi i nożami blisko 70 procent. W tomie drugim, dotyczącym roku 1944 i pozostałych województw Małopolski Wschodniej, sytuacja odwróciła się diametralnie – niemal 87 procent ofiar zginęło od broni palnej, a narzędzia rolnicze stanowiły już tylko 11-12 procent przypadków.
Sokołowski wskazał również na dane dotyczące miejsc śmierci – w tomie pierwszym dominowały las i kościół, co wiązał zarówno z lesistością regionu, jak i praktyką napadania na świątynie w trakcie mszy, często w okresie świąt Wielkanocy lub Bożego Narodzenia. W tomie drugim głównymi miejscami zbrodni stały się dom, las i kościół. Zwrócił uwagę na drastyczny wzrost odsetka ofiar spalonych żywcem w drugim tomie – ponad 88 procent.
Wśród miejsc śmierci Sokołowski wymienił też zabudowania gospodarcze, stodoły, szopy, drogi, pola i łąki, wskazując, że dokumenty pozwalają mówić właściwie o swego rodzaju polowaniach na Polaków, zabijanych tam, gdzie udało się ich zastać – zdarzały się nawet przypadki mordowania ofiar wprost na wozach. Szczególną uwagę poświęcił klasztorowi w Podkamieniu, gdzie z imienia i nazwiska udokumentowano zaledwie 22 ofiary, podczas gdy szacunki mówią o od 400 do 600 zabitych w tym miejscu – rażącą dysproporcję między liczbą udokumentowaną a rzeczywistą skalą mordu Sokołowski określił jako szczególnie uderzającą. Zwrócił też uwagę, że według relacji w samych szpitalach zmarły od ran zaledwie dwie osoby, co – jego zdaniem – dodatkowo potwierdza inny niepokojący wskaźnik: wśród ofiar niemal nie było rannych, byli niemal wyłącznie zabici.
Omawiając statystykę rannych i zabitych, Sokołowski przywołał dane zebrane przez prof. Józefa Widajewicza z Rady Głównej Opiekuńczej: w województwie lwowskim rannych było zaledwie około 1,4 procent ofiar (pozostałe 98,6 procent to zabici), w stanisławowskim niecałe 2,5 procent, a w tarnopolskim 3,5 procent. Ocenił, że świadczy to o niemal stuprocentowej skuteczności sprawców w dążeniu do totalnej eksterminacji, posługując się przy tym obrazowym porównaniem, że akcje prowadzono tak, by nawet najmniejsza istota nie zdołała się przez obławę prześlizgnąć. W obronie własnej, jak dodał, zginęło zaledwie pięciu Polaków – co jego zdaniem świadczy zarówno o całkowitym zaskoczeniu ofiar, jak i braku jakiegokolwiek przygotowania do obrony ze strony ludności cywilnej.
Podkreślił też, że w obu tomach udokumentowano łącznie przynajmniej 26 886 ofiar, zaznaczając, że liczba ta jest zaniżona, ponieważ świadkowie często nie potrafili precyzyjnie określić liczby osób spalonych w stodołach.
Sokołowski zwrócił uwagę na chłodny, pozbawiony emocji styl relacji zawartych w dokumentach, co – jak wyjaśnił dr Popek – wynikało z faktu, że materiały te przygotowywano z myślą o przyszłych procesach sądowych, w celach dowodowych, a nie jako świadectwa osobiste.
Tajemnicza teczka z Tarnobrzega i praca Urszuli Szumskiej
Dr Leon Popek opowiedział historię odnalezienia dokumentów będących podstawą całej publikacji. W 2021 roku do Muzeum Zamku Tarnowskich w Tarnobrzegu zgłosił się mężczyzna, który podczas prac remontowych w swoim domu znalazł pakunek zawierający cztery zeszyty z ręcznymi i maszynowymi zapiskami. Dyrektor muzeum, prof. Tadeusz Zych, wraz z uczestniczącym w ekspertyzie dr. Popkiem, ustalili, że mają do czynienia z bezcennym zbiorem źródeł historycznych.
Kluczem do zrozumienia pochodzenia dokumentów było nazwisko Urszuli Szumskiej, historyczki urodzonej w 1907 roku w Stanisławowie, która w 1936 roku uzyskała doktorat na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. Działając z ramienia Stronnictwa Narodowego w strukturze Komitetu Ziem Wschodnich we Lwowie, Szumska była współodpowiedzialna za dokumentowanie fali uchodźców napływających do miasta po lipcu 1943 roku – łącznie do Lwowa dotarło szacunkowo około 50 tysięcy osób ocalałych z rzezi wołyńskiej.
Popek wyjaśnił, że Szumska przekazała dokumenty swojemu przedwojennemu uczniowi Bolesławowi Zyburze z Tarnobrzega po tym, jak sama była wzywana i aresztowana przez Urząd Bezpieczeństwa, a podczas jednej z rewizji skonfiskowano jeden z zeszytów. Obawiając się utraty pozostałych materiałów, zdecydowała się je ukryć poprzez przekazanie zaufanej osobie. Zybura przechował dokumenty na strychu swojego domu, gdzie przeleżały niemal 80 lat, zanim zostały przypadkowo odnalezione podczas prac rozbiórkowych.
Trzeci tom: rejestr ocalałych i losy uchodźców we Lwowie
Dr Paweł Sokołowski szczegółowo omówił zawartość trzeciego, najnowszego tomu, poświęconego rejestrowi osób ocalałych z rzezi, które dotarły do Lwowa. Wyjaśnił, że zespół badawczy świadomie wybrał określenie „ocalali”, a nie „ocaleni”, ponieważ w zdecydowanej większości przypadków ludzie ci przetrwali dzięki własnym staraniom, a nie pomocy z zewnątrz – choć nieliczni sprawiedliwi Ukraińcy również nieśli pomoc.
Tom trzeci zawiera wykaz blisko 4200 osób, z niewielką liczbą powtórzeń, których przyczyna nie została jeszcze ustalona. Sokołowski wskazał, że choć większość ocalałych pochodziła z terenów kresowych dotkniętych bezpośrednio rzezią, prawie 50 osób przybyło z terenów dawnej sowieckiej Ukrainy, w tym dwie osoby z Charkowa. Wśród jedenastu powiatów województwa wołyńskiego jedynie z powiatu lubomelskiego nie dotarł do Lwowa nikt, najwięcej ocalałych pochodziło natomiast z powiatów włodzimierskiego, horochowskiego i krzemienieckiego.
Sokołowski opisał strukturę rękopisu, zawierającego m.in. datę, stopień pokrewieństwa, imię i nazwisko, wiek, miejsce pochodzenia i miejsce docelowe, a także informacje o przyznanych zapomogach finansowych, żywnościowych i odzieżowych. Zwrócił uwagę na osobliwość rękopisu – obok części wpisów widnieją tajemnicze znaki, które badacze nazywają roboczo „parawkami”, a których dokładne znaczenie wciąż pozostaje nieustalone. Zauważył też, że stopień szczegółowości rejestru z czasem rósł – podczas gdy początkowe karty zawierały sześć kolumn danych, od pewnego momentu ich liczba wzrosła do trzynastu, co sugeruje rosnące potrzeby ewidencyjne prowadzących spis.
Ocalali, jak podkreślił Sokołowski, docierali do Lwowa dosłownie w tym, w czym zdołali uciec, nie mając możliwości zabrania niczego ze sobą. Przywołał wspomnienie nauczycielki Danuty Popek, która po latach pracy zawodowej wróciła do rodzinnego domu boso i w łachmanach, co potwierdza również zachowane pismo Polskiego Komitetu Opiekuńczego w Chełmie, informujące, że niemal wszyscy przybywający byli obdarci i bosi.
Sokołowski ujawnił, że część ocalałych – 186 osób, w tym aż 79 dzieci poniżej 18. roku życia – została wywieziona na przymusowe roboty do Niemiec. Najmłodszą deportowaną Wołynianką była, według dokumentów, Teresa Toczyńska, mająca zaledwie miesiąc życia. W zeszytach odnotowano też 19 przypadków śmierci we Lwowie, bez podania przyczyny, co Sokołowski wiązał najprawdopodobniej z trudami samej podróży w okresie jesiennym.
Sokołowski zaznaczył również, że dla wielu ocalałych Lwów był tylko przystankiem w drodze do rodzin w centralnej, południowej lub wschodniej Polsce. Wskazał, że na Wołyniu mieszkało wcześniej około 18 tysięcy osadników wojskowych i 42 tysiące osadników cywilnych, i wyraził przypuszczenie, że to właśnie ta grupa mogła w dużej mierze kierować się właśnie w te rejony kraju. Dodał, że w dokumentach odnotowywano też zawody ocalałych – w samym rejestrze zidentyfikowano na przykład aż 20 nauczycieli pochodzących z Wołynia.
Cel dokumentów: dowody sądowe i wizja lokalna
Dr Leon Popek podkreślił wagę trzeciego tomu w kontekście wciąż toczących się w Polsce, choć obecnie zawieszonych, spraw sądowych o mienie zabużańskie – wiele rodzin nie dysponowało dotąd żadnymi dokumentami potwierdzającymi swoje losy, które teraz mogą odnaleźć w opracowanych rejestrach.
Dr Sokołowski wyjaśnił, że twórcy dokumentacji, świadomi jej przyszłego znaczenia dowodowego, zakładali nie tylko ściganie sądowe sprawców, ale też integralność terytorialną powojennej Polski i możliwość powrotu na dawne ziemie. Stąd też w dokumentach szczególny nacisk położono na możliwość przeprowadzenia w przyszłości wizji lokalnej w miejscach zbrodni, co – zdaniem historyka – tłumaczy chłodny, wyzuty z emocji styl relacji, mający zachować maksymalny walor dowodowy.
Odpowiedzialność sprawców: kara z rąk Sowietów, dekady milczenia
Odpowiadając na pytanie o to, czy sprawcy zbrodni ponieśli jakąkolwiek odpowiedzialność, dr Leon Popek wskazał na paradoks – część winnych została ukarana przez władze sowieckie, które od stycznia 1944 roku, po ponownym zajęciu tych terenów, rozprawiały się z podziemną działalnością UPA aż do końca lat 50. Dziesiątki tysięcy działaczy OUN-UPA trafiło na zesłanie na Syberię z wyrokami 10-20 lat, jednak duża część sprawców nigdy nie poniosła żadnej odpowiedzialności.
Popek podkreślił, że sam temat zbrodni wołyńskiej po 1945 roku był w Polsce systemowo przemilczany, a otwarta dyskusja publiczna i naukowa rozpoczęła się właściwie dopiero po przełomie 1989-1990 roku, gdy środowiska kresowe zaczęły organizować stowarzyszenia, zbierać relacje i wydawać wspomnienia, m.in. przy okazji zjazdów środowisk związanych z 27. Wołyńską Dywizją Piechoty Armii Krajowej. Wśród wcześniejszych publikacji na ten temat wymienił książki Władysława Cybulskiego (spisane przez Henryka Pająka) oraz pracę Szoty i Szcześniaka.
Zaledwie 250 upamiętnień na dwa tysiące zniszczonych miejscowości
Popek zaznaczył, że większość upamiętnień miejsc zbrodni na Kresach powstała z inicjatywy rodzin ofiar i stowarzyszeń kresowych, wymieniając m.in. Janinę Kalinowską, Zofię Szwal, Teresę Radziszewską i Janusza Choroszkiewicza, a w kontekście kręgu Huty Pieniackiej – obszerną, liczącą kilkaset stron publikację poświęconą wołyńskim dzieciom, którą określił jako pracę wyjątkowej wagi.
Popek zwrócił też uwagę na osobliwy rys pamięci z czasów PRL – nieliczne pomniki powstałe jeszcze za władzy sowieckiej, m.in. w Porycku, Kisielinie i Niemilii, nosiły charakterystyczne inskrypcje mówiące o pamięci mieszkańców, którzy zginęli z rąk „burżuazyjnych nacjonalistów ukraińskich” – sformułowanie unikające wprost słowa „Polacy” i przemilczające prawdziwy kontekst zbrodni.
Państwo polskie, za pośrednictwem Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, ufundowało do 2015 roku zaledwie kilka pomników, m.in. w Porycku, Lidawce, Borszczówce i Ostrówkach. W sumie na blisko dwa tysiące zniszczonych miejscowości powstało około 250 upamiętnień, w większości metalowych i drewnianych krzyży, często niestojących bezpośrednio na miejscach pochówku, lecz oznaczających samo istnienie dawnej polskiej wsi.
Popek podał, że dla całego Wołynia przeprowadzono zaledwie pięć ekshumacji: trzy w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej (w latach 1992, 2011 i 2015, łącznie 672 osoby), jedną w Pawliwce, dawnym Porycku (2003 rok, około 60 osób) oraz jedną w kolonii Gaj w powiecie kowelskim (80 osób) – w sumie niespełna 800 osób na 60 tysięcy ofiar w dwóch tysiącach miejscowości. Zwrócił uwagę, że przy obecnym tempie – około dwóch ekshumacji rocznie, zależnym od zgody strony ukraińskiej – pełne zbadanie wszystkich miejsc zajęłoby setki lat, a dodatkowym problemem jest odejście niemal wszystkich żyjących świadków, w tym zmarłego kilka lat temu prof. Władysława Filara, którego Popek osobiście znał.
Jako przykład roli przypadku w odnajdywaniu miejsc zbrodni przywołał sytuację z kwietnia bieżącego roku w Ostrówkach, gdy leśniczy podczas sadzenia lasu natrafił na ludzkie kości w miejscu, którego nikt wcześniej nie wskazywał. Podkreślił też zawodność ludzkiej pamięci nawet wśród osób deklarujących pewność co do lokalizacji – mieszkańcy, którzy wielokrotnie wskazywali Popkowi dokładne miejsce dawnej szkoły, po rozpoczęciu poszukiwań okazali się mylić o niemal 80 metrów.
Dr Sokołowski dodał, że po wymordowaniu i wypędzeniu Polaków ślady polskiego osadnictwa na Wołyniu były systematycznie zacierane – dziś, by odnaleźć dawną wieś, potrzebna jest przedwojenna mapa, ponieważ około tysiąca miejscowości zamieszkanych niegdyś przez Polaków zniknęło całkowicie ze współczesnej mapy Ukrainy. Wśród nich, jak wyliczał, znajdują się między innymi Jankowiec, Kątów, Ostrówki, Wola Ostrowiecka, Czmykos, Borek, Terebejki, Sawosze i Kuprycze – same tylko przykłady z powiatu lubomelskiego w okolicach Ostrówek. Dziś w ich miejscu są pola uprawne, dawne grunty kołchozowe, pod którymi wciąż znajdują się doły śmierci, a jedynymi niemymi świadkami dawnego osadnictwa bywają czasem zdziczała grusza, śliwa czy kępa bzu, które przetrwały tam, gdzie kiedyś stały polskie gospodarstwa.
Sokołowski zaznaczył, że część badaczy proponuje w tym kontekście termin „ludobójstwo kulturowe”, opisujący zniszczenie całego dorobku wypracowanego przez pokolenia Polaków na tych ziemiach.
Kończąc spotkanie, red. Rafał Dudkiewicz podziękował gościom oraz publiczności za udział w dyskusji, zachęcając do zapoznania się z kolejnymi tomami dokumentacji zbrodni wołyńskiej opracowanej przez zespół IPN Lublin.
Rozmowę prowadził red. Rafał Dudkiewicz z udziałem dr. Leona Popka (Biuro Upamiętniania Walk i Męczeństwa) oraz dr. Pawła Sokołowskiego (Oddział IPN w Lublinie). Program dostępny na kanale IPNtvPL na YouTube, liczącym 201 tys. subskrybentów. Opublikowany 10 lipca 2026.










