Michał Waleszczyński-Lis przedstawił na kanale Sekielski Brothers Studio obszerny materiał dokumentalny poświęcony rzezi wołyńskiej — ludobójstwu dokonanemu przez Ukraińską Powstańczą Armię na polskiej ludności cywilnej Wołynia i Galicji Wschodniej w latach 1943-1944.
Otwarcie: raport AK i świadectwa ocalałych
Materiał otwiera odczytany fragment raportu Komendy AK Obszaru Lwowskiego z 1 września 1943 roku, opisujący metody stosowane przez UPA wobec polskiej ludności: przybijanie bagnetami do ziemi kobiet, w tym ciężarnych; rozrywanie dzieci za nogi, nadziewanie ich na widły i przerzucanie przez płoty; wiązanie inteligencji kolczastym drutem i wrzucanie do studni; odrąbywanie siekierami rąk, nóg i głów; wycinanie języków, odcinanie nosów i uszu; wydłubywanie oczu, wyrzynanie genitaliów, rozpruwanie brzuchów i wywlekanie wnętrzności; rozbijanie głów młotkami; wrzucanie żywych dzieci do płonących domów; przerzynanie żywych ludzi piłami; odcinanie kobietom piersi; nadziewanie na pale lub zabijanie kijami; wykonywanie wyroków „śmierci” przez odrąbywanie kończyn, a na końcu głowy; a także wrzucanie granatów lub płonącej słomy do piwnic i schronów, w których chroniły się większe grupy ludzi.
Po tym cytacie przywołano świadectwo dotyczące kobiety w ciąży napadniętej przez banderowców na drodze — napastnicy przez cały dzień przedłużali jej agonię, nie spiesząc się, sprawdzając, jak długo można ciągnąć jej cierpienie: najpierw odcięto jej kolejno palce u rąk, potem u nóg, następnie piersi i język, a zanim zdążyła udławić się własną krwią, zaczęto obdzierać ją ze skóry. Krzyk było słychać w promieniu kilometra. Świadectwo to pochodzi od cudem ocalałej z rzezi Janiny Kalinowskiej, która opisała też los swojego chrzestnego ojca — wracającego akurat w chwili napadu mężczyznę napastnicy pojmali, wydłubali mu oczy, obcięli nos i język, podcięli uszy, po czym skrępowali ręce kolczastym drutem, przywiązali linę i jeden z morderców, dosiadłszy konia, poganiał go, ile miał sił, wlokąc rozszarpywane w ten sposób ciało po drodze — chrzestny ojciec zmarł w strasznych mękach.
Trzecim przywołanym świadectwem są wspomnienia Władysławy Kamińskiej, opisującej ucieczkę rodziny docierającej do Pieńków. Chory na astmę ojciec, Władysław, zaczął zostawać w tyle. Dogonił go sąsiad, niejaki Saszka Żuk, do którego ojciec zwrócił się słowami: „Saszka, czego ty chcesz mnie zabić? Co ja zrobiłem złego?” — na co usłyszał odpowiedź, że był dobrym sąsiadem, ale musi zginąć, bo jest Polakiem, i właśnie dlatego, że był dobrym sąsiadem, zostanie oszczędzony dłuższych męczarni. Żuk strzelił mu w głowę pociskiem rozrywającym — widoczna pozostała tylko połowa głowy i jedno oko. Kamińska, przyszedłszy następnego dnia, zastała ciało ojca leżące na wznak przy płocie, z rozrzuconymi rękami.
Dopiero po tych trzech świadectwach prowadzący, Michał Waleszczyński-Lis, przywitał widzów i zapowiedział temat odcinka.
Wołyń przed wojną: mozaika narodowościowa
Autor opisał przedwojenny Wołyń jako jedno z województw II Rzeczpospolitej na jej wschodnich kresach — region spokojny, rolniczy, w dużej mierze pozbawiony przemysłu, gdzie każdy był „kowalem własnego losu”, starającym się zapewnić sobie i bliskim godne i spokojne życie. Życie toczyło się wokół niewielkich wsi, miasteczek i parafii, wśród rozległych pól, lasów i bagien, z osadami oddalonymi od siebie nierzadko o kilkanaście kilometrów — co czyniło je zdanymi wyłącznie na własne siły w razie napaści, bez szans na szybką pomoc z zewnątrz.
Według spisu powszechnego z 1931 roku Wołyń zamieszkiwało ok. 2 mln ludzi. Najliczniejszą grupę stanowili Ukraińcy, mieszkający głównie na wsiach; Polacy stanowili ok. 16 proc. mieszkańców regionu i żyli zarówno w miastach, jak i na wsi. Autor podkreślił silne przemieszanie społeczności — obecność Żydów, Czechów, Niemców i Rosjan — oraz codzienne, pokojowe współistnienie: wspólne targi, wspólną naukę dzieci w szkołach, wzajemną pomoc sąsiedzką przy żniwach i budowie domów, a niekiedy małżeństwa mieszane. Dla wielu mieszkańców liczyła się nie narodowość sąsiada, lecz jego uczciwość i to, czy można mu ufać.
Narastanie napięć w okresie międzywojennym
Po wojnie polsko-bolszewickiej Wołyń znalazł się w granicach odrodzonej Polski, co dla Polaków oznaczało odzyskanie utraconych w zaborach ziem, a dla części ukraińskich środowisk narodowych — utratę szansy na własne państwo. Już na początku lat 20. zaczęły powstawać ukraińskie organizacje niepodległościowe sięgające po działalność konspiracyjną i terrorystyczną. W 1920 roku utworzono Ukraińską Organizację Wojskową (UWO), przeprowadzającą zamachy, akty sabotażu i ataki na polską administrację. Dziewięć lat później, w 1929 roku, z kilku środowisk nacjonalistycznych powstała Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) — to z jej struktur wywodzić się mieli późniejsi organizatorzy wydarzeń na Wołyniu.
Ideologia OUN zakładała stworzenie niepodległego państwa ukraińskiego na ziemiach uznawanych za ukraińskie, a w części dokumentów i wypowiedzi jej działaczy Polacy byli przedstawiani jako przeszkoda w realizacji tego celu. Z biegiem czasu poglądy części kierownictwa radykalizowały się, a możliwość pokojowego współistnienia z innymi narodowościami była coraz częściej odrzucana na rzecz rozwiązań siłowych. Napięcia pogłębiała też polityka polskiego państwa — osiedlanie byłych żołnierzy Wojska Polskiego, rozwój polskiej administracji i szkolnictwa na Kresach — na co ukraińskie organizacje nacjonalistyczne odpowiadały działalnością konspiracyjną, zamachami i sabotażem, zwalczanymi z kolei aresztowaniami i działaniami policyjnymi wymierzonymi w struktury OUN. Autor zaznaczył jednak, że mimo rosnącej z roku na rok wzajemnej nieufności, niechęci i narastającej nienawiści, dla większości zwykłych mieszkańców codzienne życie nadal toczyło się normalnie — sąsiad pozostawał sąsiadem, a polityką zajmowali się inni.
Sowiecka okupacja
Prawdziwy przełom przyniosła II wojna światowa. We wrześniu 1939 roku Wołyń znalazł się pod okupacją Związku Radzieckiego, a w ciągu kilku tygodni znany od pokoleń świat zaczął się rozpadać: zlikwidowano polskie urzędy, szkoły podporządkowano nowej władzy, rozpoczęły się masowe aresztowania i deportacje. Tysiące ludzi wywożono w głąb ZSRR, najczęściej nocą — funkcjonariusze NKWD dawali rodzinom kilkanaście, czasem kilkadziesiąt minut na spakowanie najcenniejszych rzeczy przed prowadzeniem do wagonów towarowych. Wiele rodzin rozdzielano już w momencie zatrzymania: mężowie znikali podczas aresztowań, kobiety z dziećmi trafiały do transportów jadących tysiące kilometrów na wschód, dzieci ostatni raz widziały ojców na podwórkach lub dworcach kolejowych, nie wiedząc, że żegnają się na zawsze. Za deportowanymi pozostawały otwarte drzwi domów, niedokończone posiłki na stołach i gospodarstwa, do których wielu właścicieli nigdy nie wróciło.
Niemiecka okupacja i formacje pomocnicze
W czerwcu 1941 roku III Rzesza zaatakowała Związek Radziecki, a Wołyń znalazł się pod okupacją niemiecką — dla mieszkańców nie oznaczało to wyzwolenia, lecz początek jeszcze brutalniejszego terroru, opartego na wymuszanym pobiciami, publicznymi egzekucjami i masowym mordowaniem posłuszeństwie. Szczególnie tragiczny los spotkał ludność żydowską: mieszkańców gett wyprowadzano całymi kolumnami poza miasta i wsie, prowadzono na skraj lasów do wcześniej wykopanych dołów, kazano zostawiać cały dobytek, po czym rozpoczynały się wielogodzinne egzekucje, a doły stopniowo wypełniały się ciałami całych rodzin i pokoleń. Autor podkreślił, że takie sceny rozgrywały się na Wołyniu nieustannie — mieszkańcy okolicznych miejscowości codziennie słyszeli serie wystrzałów i widzieli kolumny prowadzonych na egzekucję ludzi oraz unoszące się nad lasami dymy, aż śmierć przestała być czymś wyjątkowym.
W tym mroku dojrzewało jeszcze coś innego: Niemcy, świadomi, że nie są w stanie kontrolować ogromnych terenów wyłącznie własnymi siłami, zaczęli tworzyć formacje pomocnicze złożone z miejscowej ludności. Jedną z nich była Ukraińska Policja Pomocnicza — jej tysiące funkcjonariuszy otrzymało mundury, broń i wojskowe przeszkolenie, gorliwie uczestnicząc w obławach, akcjach przeciwko partyzantom, pacyfikacjach oraz zabezpieczaniu gett i deportacji ludności żydowskiej; znaczna część brała też udział w masowych egzekucjach prowadzonych przez niemiecki aparat terroru, ucząc się przez miesiące, jak planować obławy, otaczać miejscowości, siać strach i prowadzić działania z użyciem broni palnej.
Wiosną 1943 roku nastąpił moment, który całkowicie zmienił sytuację: z niemieckiej Policji Pomocniczej zaczęły masowo dezerterować całe grupy Ukraińców, zabierając ze sobą karabiny, pistolety, amunicję, miny, granaty i całe zdobyte podczas służby u okupanta wojskowe doświadczenie — zasilając w bardzo krótkim czasie szeregi rodzącej się Ukraińskiej Powstańczej Armii. Dla UPA, dysponującej dotąd ograniczonymi siłami, oznaczało to gwałtowny skok możliwości: nagle zyskała tysiące uzbrojonych, wyszkolonych ludzi znających zasady obław, walki, zabezpieczania terenu i koordynowania akcji przeciwko ludności cywilnej. To właśnie ci ludzie, jeszcze niedawno wykonujący rozkazy niemieckiego okupanta, mieli już wkrótce odegrać jedną z kluczowych ról w nadchodzącej tragedii.
Geneza decyzji o eksterminacji
Autor podkreślił, że historycy do dziś nie są zgodni co do dokładnego momentu podjęcia decyzji o masowej eksterminacji Polaków — nie odnaleziono jednego dokumentu z takim rozkazem. Przez wiele lat sądzono, że decyzję podjęto podczas trzeciej konferencji OUN-B, odbytej między 17 a 23 lutego 1943 roku. Nowsze badania, prowadzone m.in. przez śledczych IPN, wskazują jednak, że kierownictwo OUN-B zdecydowało wówczas jedynie o rozbudowie struktur wojskowych, natomiast decyzję o rozpoczęciu masowych mordów podjęli między marcem a majem 1943 roku lokalni przywódcy na samym Wołyniu.
Centralną postacią jest tu Dmytro Klaczkiwski, ps. Kłym Sawur, dowódca UPA-Północ i jedna z najważniejszych postaci ukraińskiego podziemia na Wołyniu — to on, według ustaleń śledztwa IPN, podjął decyzję o rozpoczęciu szeroko zakrojonej akcji wymierzonej w polskich cywilów. W przygotowaniach planu uczestniczyli też Wasyl Iwachiw, ps. Soma, odpowiedzialny za sprawy wojskowe OUN-B, oraz Iwan Łytwyńczuk, ps. Dubowy, dowódca UPA na północno-wschodnim Wołyniu, który odegrał kluczową rolę w organizowaniu pierwszych masowych mordów. Z zachowanych dokumentów i powojennych zeznań wynika, że w połowie 1943 roku do dowódców terenowych zaczęły docierać polecenia przygotowania szeroko zakrojonej akcji przeciwko polskiej ludności. Jeden z dowódców UPA, Jurij Stelmaszczuk, ps. Rudyj, zeznał, że otrzymał rozkaz wymordowania Polaków na terenie podległego mu okręgu, próbował go zakwestionować, jednak polecenie zostało utrzymane w mocy i ostatecznie wykonane. Autor zastrzegł, że historycy podchodzą do powojennych zeznań składanych przed organami bezpieczeństwa z ostrożnością, bo mogły być wymuszone — zestawione jednak z innymi źródłami tworzą spójny obraz przygotowywanej z premedytacją, przez wiele miesięcy, akcji.
Plan zakładał stopniowe usuwanie polskiej ludności z Wołynia poprzez bestialstwo i mord. Początkowo celem miały być pojedyncze osoby i niewielkie grupki — chodziło o zastraszenie, wywołanie paniki i sprawdzenie reakcji polskiego podziemia — a dopiero później rozpoczęto ataki na całe wsie i osady. Nikt jeszcze nie przypuszczał, że pierwsza z zaatakowanych miejscowości stanie się już za kilka dni symbolem początku jednej z najkrwawszych kart w historii Wołynia — nosiła nazwę Parośla I.
Pierwsza masakra: Parośla I
Przez pierwsze tygodnie 1943 roku większość Polaków na Wołyniu nie zdawała sobie jeszcze sprawy, że stali się celem przygotowywanej od miesięcy operacji — dochodziło wprawdzie do napadów i pojedynczych zabójstw, ale dla wielu były to kolejne tragedie wpisujące się w ponurą wojenną codzienność. Z perspektywy czasu historycy są zgodni, że początek 1943 roku był okresem przejścia od pierwszych zabójstw do systematycznej eksterminacji ludności cywilnej. Pierwszymi ofiarami byli najczęściej przedstawiciele lokalnej administracji, leśnicy, zarządcy majątków, agronomowie i osoby uznawane za związane z państwem polskim — wkrótce jednak jedynym kryterium, by zginąć, stało się bycie Polakiem. Jednocześnie na Wołyniu narastała koncentracja oddziałów UPA, zasilanych kolejnymi uzbrojonymi dezerterami z policji pomocniczej, budujących struktury dowodzenia i gromadzących broń w ramach przygotowań do operacji na coraz większą skalę — jej pierwszym etapem miało być sprawdzenie reakcji polskiej ludności, niemieckiego okupanta i struktur Armii Krajowej.
9 lutego 1943 roku sotnia dowodzona przez Hryhorija Perehiniaka, ps. Dowbeszka-Korobka, kilka dni wcześniej zaatakowała niemiecki posterunek we Włodzimiercu, a w drodze do Parośli jej żołnierze natknęli się na pięciu Polaków pracujących przy wyrębie lasu — wszystkich zakłuto nożami. Rankiem 9 lutego uzbrojony oddział, podający się za sowieckich partyzantów walczących z Niemcami, pojawił się w liczącej 26 gospodarstw i ok. 130 mieszkańców Parośli I w powiecie sarneńskim. Nie wzbudzając podejrzeń, poprosił o przygotowanie posiłku, rozszedł się po gospodarstwach — w jednym z domów zamordowano sześciu prowadzonych ze sobą, prawdopodobnie niemieckich jeńców — a wokół wsi rozstawiono straż, zatrzymując każdego próbującego wyjechać.
Po zakończeniu posiłku dowódcy oddziału oznajmili mieszkańcom, że zbliża się atak niemiecki i by uniknąć represji, powinni pozwolić się związać — wyglądając wówczas na jeńców tej samej grupy, mieli liczyć na łagodniejsze traktowanie ze strony Niemców. Mieszkańcy jeden po drugim kładli się na podłogach własnych domów, pozwalając wiązać sobie ręce i nogi. Gdy wszyscy byli już skrępowani, maski opadły: napastnicy, uzbrojeni głównie w noże i siekiery, zamordowali bezbronnych, związanych ludzi wewnątrz ich własnych domów — mężczyzn, kobiety, dzieci i niemowlęta, bez możliwości jakiegokolwiek oporu. Odrąbywano ręce, nogi i głowy, rozdeptywano butami niemowlęta, małe dzieci przybijano gwoźdźmi do ścian. Według różnych ustaleń historyków tego dnia zginęło od 149 do 173 Polaków. Po masakrze sprawcy ograbili gospodarstwa z dorobku wielu pokoleń i wywieźli go saniami, pozostawiając za sobą niemal wymarłą osadę. Następnego dnia docierający do Parośli mieszkańcy okolicznych miejscowości zastali widok, którego — jak podkreślił autor — nie sposób wymazać z pamięci. Parośla nie była największą masakrą rzezi wołyńskiej, ale pierwszą, która pokazała, że celem przestają być pojedynczy ludzie, a staje się nim cała ludność.
Eskalacja: kolejne miesiące 1943 roku
Po Parośli przemoc narastała z tygodnia na tydzień. W nocy z 26 na 27 marca 1943 roku oddziały podległe Iwanowi Łytwyńczukowi (ps. Dubowy) zaatakowały Lipniki — zginęło tam co najmniej 180 osób, zabijanych sierpami, widłami, nożami i siekierami, by oszczędzić amunicję. W nocy z 22 na 23 kwietnia zaatakowano Janową Dolinę — nowoczesną osadę robotniczą przy Państwowym Kamieniołomie Bazaltu, z elektrycznością, wodociągami, szkołą, ośrodkiem zdrowia i zapleczem sportowym, uchodzącą za jedną z najlepiej rozwiniętych na Wołyniu. Wszystko to zniknęło w ciągu jednej nocy — zginęło ok. 600 osób, a osadę spalono. Maj nie przyniósł ukojenia: liczba napadów rosła, fala przemocy przesuwała się ze wschodniej części Wołynia na zachód, a w ciągu kilku tygodni zaatakowano dziesiątki miejscowości w powiatach sarneńskim, kostopolskim, dubieńskim, łuckim i włodzimierskim. Coraz więcej rodzin opuszczało domy, próbując schronić się w większych miejscowościach lub tworzących się, w większości nieskutecznych, punktach samoobrony; inni, nie chcąc porzucać ziemi zamieszkiwanej przez pokolenia, postanawiali zostać.
Na początku lipca polskie podziemie podjęło jeszcze jedną próbę powstrzymania rozlewu krwi. Do rozmów z przedstawicielami ukraińskiego podziemia wyznaczono Zygmunta Rumla — poetę, żołnierza i pełnomocnika delegatury rządu na Wołyń — któremu towarzyszyli woźnica Witold Dobrowolski oraz Krzysztof Markiewicz, ps. Czort. Polacy zrezygnowali ze zbrojnej eskorty. 10 lipca 1943 roku cała trójka dotarła do umówionego miejsca spotkania we wsi Kustycze — wszyscy zostali zamordowani.
Krwawa Niedziela: 11 lipca 1943
Wieczorem 10 lipca 1943 roku Wołyń szykował się do snu: w polskich wsiach gasły lampy naftowe, gospodarze zamykali stodoły, rodziny szykowały odświętne ubrania na niedzielną mszę — nikt nie przypuszczał, że dla wielu tysięcy ludzi ta noc będzie ostatnią w ich życiu. Kilka kilometrów dalej, w gęstych wołyńskich lasach, od wielu dni gromadziły się oddziały UPA — napływali kolejni ludzie z bronią, amunicją i narzędziami mordu, dowódcy przekazywali ostatnie rozkazy i wyznaczali cele poszczególnych grup. Wszystko odbywało się w ciszy: każdy wiedział, dokąd ma iść i co ma zrobić po świcie. Poszczególne oddziały miały uderzyć niemal jednocześnie na dziesiątki miejscowości, zamykając drogi ucieczki i odcinając od jakiejkolwiek pomocy. Gdy pierwsze oddziały ruszyły z lasów, nad polami wciąż unosiła się mgła, a mieszkańcy polskich wsi jeszcze spali, nie wiedząc, że w ich stronę zbliża się śmierć w najgorszych z możliwych do wyobrażenia męczarni.
Autor wskazał, że źródłem wiedzy o stosowanych metodach tortur i zabijania jest opracowanie dr. Aleksandra Kormana pt. „Na rubieży”, nr 35, z 1999 roku, i polecił je do lektury. Następnie odczytał obszerny, udokumentowany w tym opracowaniu katalog metod mordu i tortur stosowanych przez oddziały UPA wobec polskich cywilów — obejmujący dziesiątki opisanych technik okaleczania głowy, twarzy, kończyn i tułowia, przemoc wobec kobiet w ciąży i niemowląt, metody długotrwałego przedłużania cierpienia ofiar (w tym okresowe polewanie zimną wodą dla przywrócenia przytomności i wznowienia bólu), a także skrajnie brutalne formy uśmiercania grup rodzinnych naraz, wleczenia, przybijania do drzew, budynków i przedmiotów, palenia żywcem oraz zakopywania żywcem. Autor odczytał ten katalog w całości, zaznaczając, że skala i systematyczność opisanego okrucieństwa miały służyć nie tylko zabijaniu, lecz maksymalizacji cierpienia ofiar i zastraszeniu ocalałych.
Po zakończeniu masakr, jak podsumował autor, Wołyń przypominał „usłane poćwiartowanymi, potwornie okaleczonymi zwłokami cmentarzysko” — setki polskich wsi przestały istnieć, puste domy stały nadal, a ich gospodarze leżeli z odrąbanymi głowami, nogami i ramionami; martwe dzieci wisiały przybite do ścian domostw, słupów i drzew. W wielu miejscach pozostały jedynie zwęglone belki domów, kominy sterczące ponad zarośniętymi fundamentami oraz prowizoryczne mogiły usypane przez nielicznych ocalałych, którzy mieli odwagę zbliżyć się do okaleczonych zwłok. Ci, którzy przeżyli, najczęściej nie wracali do swoich domów — uciekali do Łucka, Kowla, Włodzimierza Wołyńskiego i innych większych miejscowości, szukając schronienia za murami niemieckich garnizonów lub w polskich ośrodkach samoobrony; wielu tygodniami ukrywało się w lasach i na bagnach, żyjąc w stałym przekonaniu, że oddziały UPA mogą pojawić się w każdej chwili. Zdarzało się, że całe rodziny opuszczały Wołyń jednym wozem, zabierając tylko to, co zdołały unieść.
Kolejne fale i zasięg zbrodni
Autor podkreślił, że tragedia się na tym nie zakończyła. W sierpniu 1943 roku rozpoczęła się kolejna fala napadów — oddziały UPA zaatakowały m.in. Ostrówki i Wolę Ostrowiecką, obie miejscowości zostały praktycznie zniszczone, a ich polscy mieszkańcy zamordowani w podobnie nieludzki sposób jak opisano wcześniej. Podobnych ataków było znacznie więcej. W kolejnych miesiącach przemoc objęła też tereny Galicji Wschodniej, gdzie mordowanie polskiej ludności trwało aż do 1944 roku.
Podsumowanie
Autor zakończył refleksją, że ponad 80 lat po tych wydarzeniach wiele dawnych polskich miejscowości Wołynia już nie istnieje — część z nich starto tak dokładnie, że trudno dziś wskazać miejsce, w którym stały domy ich mieszkańców. Mijają lata, świadkowie umierają, wspomnienia bledną, a kolejne relacje o rzezi pozostają zapisane jedynie w archiwach i księgach lub przekazywane słowami takich twórców jak on sam. Prawdziwa, dokładna liczba ofiar rzezi wołyńskiej do dziś pozostaje nieznana, podobnie jak pełna skala okrucieństwa tej zbrodni.
Materiał opublikowano na kanale Sekielski Brothers Studio (289 tys. subskrybentów). Premiera odbyła się 8 lipca 2026.