Agata Szczęśniak i Agata Kołodziej omówiły w podcaście „Program Polityczny” OKOpress kryzys w relacjach polsko-ukraińskich — skupiając się nie tyle na samej decyzji Zełenskiego, ile na tym, co wydarzyło się po polskiej stronie: eskalacji nastrojów antyukraińskich, tropienia osób ukraińskiego pochodzenia w rządzie i roli dezinformacji w nakręcaniu tych emocji.
Kowalski tropi Ukraińców w ministerstwach
Punkt wyjścia stanowiły słowa wiceministra nauki Andrzeja Szeptyckiego, który w Radiu Tok FM porównał żołnierzy UPA do polskich żołnierzy niezłomnych — wskazując, że dla Ukraińców UPA jest przede wszystkim symbolem walki z Sowietami, a nie symbolem zbrodni wołyńskiej. Słowa te wywołały w Sejmie ostre reakcje. Poseł Przemysław Czarnek nazwał polityków koalicji rządzącej zdrajcami narodu i pasożytami, odwołując się do korzeni ukraińskich Szeptyckiego. Poseł Janusz Kowalski zapowiedział objazd wszystkich ministerstw w celu sprawdzenia, ile obcokrajowców w nich pracuje — a przy okazji stwierdził, że mail wysłany przez ministrę Nowicką podpisała „pewnie Ukrainka, bo nie ma polskiego imienia i nazwiska”.
Szczęśniak i Kołodziej oceniły te wystąpienia jako niebezpieczne. „To w prostej linii prowadzi do historii, w której może łaskawie pozwolimy im pracować w ministerstwach, ale będą nosić żółto-niebieskie opaski” — powiedziała Kołodziej. Obie dziennikarki przypomniały, że tropienie osób po nazwisku i korzeniach ma w polskiej polityce precedensy: przez lata tak traktowano Donalda Tuska, tropionego jako Niemca.
Nawrocki: co zmienił przez trzy lata
Szczęśniak przytoczyła nagranie z 2023 roku, w którym ówczesny prezes IPN Karol Nawrocki mówił wprost: „Ukraińcy mają prawo wybierać sobie bohaterów. Jeśli dla nich bohaterem jest Stepan Bandera, Polacy nie będą wybierać patronów ukraińskich ulic.” Trzy lata później ten sam człowiek jako prezydent zapowiada odebranie orderu i blokowanie akcesji Ukrainy do UE.
Dziennikarki zwróciły uwagę, że jedną z pierwszych decyzji Nawrockiego jako prezydenta było skierowanie do Sejmu projektu uchwały w sprawie UPA i upamiętnienia ofiar Wołynia — co strona ukraińska odebrała jako sygnał zerwania nieformalnego porozumienia z czasów Andrzeja Dudy, na mocy którego oba kraje unikały eskalowania sporów historycznych. Tym samym — w ukraińskiej interpretacji — otwarto drogę do powrotu historii do relacji dwustronnych.
Jak naprawdę wyglądało nadanie nazwy
Kołodziej powołała się na analizę historyka Jarosława Hrycaka, która jej zdaniem w Polsce przeszła niezauważona. Według tej relacji inicjatywa nadania jednostce nazwy UPA wyszła bezpośrednio od żołnierzy. Ukraińcy zdawali sobie sprawę, że może to wywołać konflikt z Polską — i właśnie dlatego do nazwy dodano człon „bohaterów”, jako pewne złagodzenie. Kołodziej oceniła, że gdyby Polska chciała szukać wyjścia z sytuacji, ta okoliczność mogłaby stanowić punkt wyjścia do rozmów — bo ukraińska strona być może szuka jakiegoś wyjścia z twarzą.
Jednocześnie Kołodziej zaproponowała nieoczywiste porównanie: Armia Krajowa, otoczona w Polsce kultem, też dopuszczała się zbrodni — w tym palenia wiosek i zabijania cywilów jako odwet za rzeź wołyńską. „I mamy ulicę Armii Krajowej, nie bohaterów Armii Krajowej. Ukraińcy zrobili jakiś krok wstecz, zanim afera wybuchła” — stwierdziła, zastrzegając, że nie jest historykiem i rozumie, że ta teza jest kontrowersyjna.
Połowa Polski, nie cała
Dziennikarki skrytykowały narrację o rzekomej jednomyślności Polaków w oburzeniu na Zełenskiego. Powołały się na badanie SW Research, z którego wynika, że decyzję Nawrockiego o odebraniu orderu popiera 52% respondentów, 22% jej nie popiera, a 25% nie ma zdania. To znaczy, że niemal połowa Polaków albo jest przeciwna, albo niezdecydowana — co zadaje kłam obrazowi jednolitego narodowego oburzenia.
Skrytykowały też raporty kolektywu Res Futura, który analizuje dyskurs internetowy i podaje imponujące liczby zasięgów. Szczęśniak wskazała na liczne wątpliwości metodologiczne: nie wiadomo, które platformy są badane, jak kwalifikuje się poszczególne wypowiedzi, a liczba botów szacowana na 3% jest jej zdaniem nierealistycznie niska wobec skali dezinformacji w internecie. Zwróciły uwagę, że polski internet jest silnie prawicowy i prawica jest w social mediach sprawniejsza — co sprawia, że głosy umiarkowane są systematycznie zagłuszane.
Dezinformacja i algorytmy
Szczęśniak odesłała do analiz Anny Mierzyńskiej z OKOpress, dokumentujących jak rosyjska dezinformacja od lat sączyła antyukraińskie nastroje w polskim internecie — najpierw w pozornie niepolitycznych grupach pomocy uchodźcom, potem w debacie publicznej. Kołodziej dodała, że za eskalację nastrojów odpowiadają nie tylko rosyjskie trolle, ale i algorytmy Big Techów, które premiują treści emocjonalne i szokujące.
Jako przykład spirali absurdu przytoczyły historię z Kielcami: miasto chciało przekazać niepotrzebne stare autobusy do ukraińskiej Winnicy, miasta partnerskiego. Wywołało to lokalną histerię. Mer Winnicy, widząc co się dzieje w Polsce, podziękował za ofertę i odmówił przyjęcia autobusów — żeby nie zaogniać sytuacji w Polsce. „I to mnie strasznie ujęło” — powiedziała Kołodziej.
Ekshumacje trwają
Szczęśniak podkreśliła, że wbrew temu, co mówią politycy Prawa i Sprawiedliwości, ekshumacje na Wołyniu faktycznie się odbywają — pod auspicjami Ministerstwa Kultury, z udziałem Pawła Kowala. Zakwestionowała natomiast postulat, by media miały swobodny dostęp do zdjęć z wykopalisk. Pytała, czy rodziny ofiar naprawdę chcą, żeby po telewizjach i portalach krążyły zdjęcia masakrowanych szczątków. „Czy mamy się upajać pornografią tej zbrodni?” — sformułowała wprost.
Głos Tuska — spóźniony i niepełny
Premier Tusk zabrał w końcu głos w Sejmie, mówiąc o polowaniu na czarownice, ksenofobii i pogardzie wobec osób innego pochodzenia. Wymienił polskich posłów o niepolsko brzmiących nazwiskach jako przykład absurdu logiki etnicznej. Szczęśniak oceniła tę reakcję jako spóźnioną i niewystarczającą. Wskazała na wewnętrzną sprzeczność: kilka dni wcześniej Tusk sam pisał na X o „rajdzie ukraińskiego kierowcy” i żądał natychmiastowych konsekwencji. Ukraińcy za naruszenia przepisów są deportowani w ciągu kilkunastu godzin — podczas gdy Polacy za podobne wykroczenia czekają na wyroki latami. Tusk nie zapowiedział też żadnych konkretnych kroków wobec fali nienawiści w internecie, choć wobec pojedynczego kierowcy działał błyskawicznie.