„To wybór cywilizacyjny na dziesiątki lat” — Ćosić o banderyzmie jako fundamencie ukraińskiej tożsamości

Nowe

Bartłomiej Graczak rozmawiał w programie „PRZEpytanie” z Dominiką Ćosić, dziennikarką Euronews i wieloletnią korespondentką w Brukseli, specjalizującą się w polityce unijnej i Bałkanach. Rozmowa dotyczyła sporu polsko-ukraińskiego wokół polityki historycznej, szczytu NATO w Ankarze, szans Ukrainy na członkostwo w Unii Europejskiej oraz historycznych analogii ostrzegających przed skutkami wewnętrznych i regionalnych podziałów.

Symetryzm jako narzędzie relatywizacji

Ćosić rozróżniła dwa aspekty sporu: sam spór historyczny oraz sposób jego rozgrywania medialnie. Oceniła, że część środowisk w Polsce – wskazała środowisko związane z „Gazetą Wyborczą” – na siłę wprowadza symetryzm w duchu „był Wołyń, ale przecież akcja Wisła, a Polacy wcześniej byli okupantami na Ukrainie”, co ma na celu zachwianie proporcji i relatywizację zbrodni. Wspomniała, że spotkała się nawet z opinią, według której Wołyń miał być w pewnym sensie usprawiedliwiony wcześniejszą polityką polską wobec Ukraińców.

To Ukraina wywołała spór — precedens z 2004 roku

Ćosić podkreśliła stanowczo, że to nie prezydent Karol Nawrocki decyzją o odebraniu Orderu Orła Białego wywołał konflikt, lecz pierwotna wina leży po stronie ukraińskiej – konkretnie decyzja o uhonorowaniu Bandery i UPA nazwą jednostki wojskowej. Zaznaczyła, że to nie pierwszy taki przypadek: pierwszym była decyzja prezydenta Wiktora Juszczenki, który w 2004 roku, tuż po Pomarańczowej Rewolucji, uhonorował Banderę – mimo że to właśnie Polska, świeży wówczas członek UE, aktywnie wspierała Ukrainę na forum europejskim (przywołała rolę europosła Jacka Saryusz-Wolskiego apelującego w Parlamencie Europejskim o wsparcie dla Ukrainy). Juszczenko, zamiast okazać wdzięczność Polsce, wkrótce potem pojechał podziękować Niemcom, uznając ich rolę za decydującą.

Niemcy: instrumentalne traktowanie Ukrainy od czasów II wojny światowej

Ćosić przedstawiła historyczną analogię sięgającą okresu okupacji niemieckiej. Przypomniała, że Niemcy hitlerowscy celowo rozgrywali Ukraińców przeciwko Polakom, tworząc dla ukraińskich elit specjalną uczelnię w Krakowie i traktując Ukrainę jako „spichlerz”, któremu wystarczy rzucić „szklane paciorki”, by zapewnić sobie lojalność. Ukraińcy uwierzyli w te partnerskie relacje z Niemcami – sam Bandera regularnie jeździł do Berlina – ale gdy nabrali zbyt dużej pewności siebie i uwierzyli, że mogą odzyskać niepodległość pod niemieckim patronatem, Berlin „przykręcił śrubę”, a Bandera trafił do aresztu. Ćosić oceniła to jako wzorzec pokazujący, że Niemcy traktują Ukrainę czysto instrumentalnie – łaskawie, dopóki jest im potrzebna, i surowo, gdy przestaje być wygodna lub robi się zbyt roszczeniowa.

2022: Polska pierwsza, Niemcy wysyłają stare hełmy

Odnosząc się do wybuchu pełnoskalowej wojny w lutym 2022 roku, Ćosić przypomniała, że to Polska jako pierwszy kraj nie tylko zadeklarowała pomoc, ale faktycznie ruszyła z realnym wsparciem, otwierając granice i oferując Ukraińcom szerokie prawa. Przywołała incydent, gdy premier Mateusz Morawiecki pojechał do Berlina i skrytykował ówczesnego kanclerza Olafa Scholza za to, że Niemcy w pierwszych dniach wojny zaoferowały Ukrainie jedynie stare hełmy wojskowe – co Scholza mocno rozzłościło, choć niemieckie media stanęły wówczas po stronie polskiego premiera. Ćosić oceniła, że to właśnie polskie zaangażowanie wymusiło na Niemczech i innych krajach zachodnioeuropejskich realną pomoc dla Ukrainy, a bez tego wojna mogłaby zakończyć się znacznie szybciej porażką Ukrainy. Przyznała jednocześnie zasługę samemu Zełenskiemu za pozostanie w Kijowie w pierwszych dniach wojny, co dało Ukraińcom pozytywny symbol i podniosło morale.

Ukraińska buta po tym, jak Niemcy zaczęły pomagać

Ćosić opisała mechanizm, w którym Ukraińcy, widząc rosnące zaangażowanie Niemiec, doszli do wniosku, że Polska – która wyczerpała już znaczną część własnych zasobów pomocowych – stała się im niepotrzebna, co przełożyło się na okazywanie buty, arogancji i niewdzięczności wobec Warszawy. Zwróciła uwagę, że Niemcy obserwują tę postawę i wyciągają z niej wnioski analogiczne do doświadczeń z czasów II wojny światowej: skoro Ukraina potrafi już teraz, będąc zależną od pomocy, okazywać taką roszczeniowość, to jak mogłaby się zachowywać jako pełnoprawny, duży członek Unii Europejskiej, prowadzący być może własną politykę niekoniecznie zbieżną z kursem Berlina. To, zdaniem Ćosić, tłumaczy stopniowe ochładzanie się entuzjazmu europejskich stolic wobec Ukrainy – „miesiąc miodowy” się kończy.

Brak przeprosin za Wołyń — porównanie do Chorwacji i Rosji

Ćosić oceniła, że paradoksalnym sukcesem Polski jest to, że temat Wołynia w ogóle przebił się do zagranicznej opinii publicznej – jeszcze rok wcześniej niewielu na Zachodzie w ogóle o nim słyszało. Skrytykowała jednak Ukrainę za to, że zamiast wykorzystać moment do jakiegokolwiek gestu pojednawczego, np. przeprosin za Wołyń, konsekwentnie odkłada ten temat na później, powtarzając od lat, że „to nie jest dobry moment” – najpierw z powodu Pomarańczowej Rewolucji, potem Majdanu, teraz wojny, a w przyszłości zapewne z powodu odbudowy kraju.

Przywołała przykład Rosji, która mimo wszystko zdobyła się na gest – prezydent Borys Jelcyn oficjalnie uznał odpowiedzialność Rosji za zbrodnię katyńską – czego Ukraina nigdy nie uczyniła wobec Wołynia. Rozwinęła obszerne porównanie do Chorwacji, która przystępując do UE musiała rozliczyć się zarówno z kolaboracją Ustaszów i obozu koncentracyjnego Jasenowac z czasów II wojny światowej, jak i ze zbrodniami z lat 90. – w tym operacją „Oluja” (Burza) z 1995 roku, w wyniku której Chorwaci dokonali czystek etnicznych na Serbach w Slawonii, wypędzając kilkaset tysięcy osób. Generał Ante Gotovina, jeden z bohaterów tej operacji, został ostatecznie schwytany i postawiony przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym dla byłej Jugosławii w Hadze – warunek konieczny dla chorwackiej akcesji do UE. Ćosić podkreśliła, że jeśli Chorwacja musiała wyrzec się części własnych bohaterów, w tym Ante Pavelicia, to Ukraina nie powinna być zwolniona z analogicznego rozrachunku.

Ukraina „omija kolejkę” — porównanie z Bałkanami Zachodnimi

Ćosić szczegółowo opisała proces akcesyjny państw byłej Jugosławii jako punkt odniesienia dla oczekiwań wobec Ukrainy. Słowenia weszła do UE już w 2004 roku, jako kraj najbogatszy, najbardziej jednolity etnicznie i religijnie, po zaledwie trzydniowej wojnie i finansowym „wykupieniu się” z Jugosławii. Chorwacja dołączyła w 2011 roku po rozliczeniu z przeszłością. Pozostałe kraje regionu – Serbia, Bośnia i Hercegowina, Czarnogóra, Macedonia Północna, a także Albania i Kosowo – wciąż czekają w kolejce, niektóre od kilkunastu, a nawet blisko 20 lat (Serbia rozpoczęła negocjacje w 2009 roku).

Ćosić przywołała rozmowę, którą przeprowadziła w Brukseli z przewodniczącą serbskiego parlamentu Aną Brnabić, była premier Serbii, która skarżyła się na podwójne standardy UE – niektóre kraje otwierają kolejne rozdziały negocjacyjne bez spełnienia wszystkich kryteriów, podczas gdy od Serbii wciąż wymaga się m.in. pełnej zgodności standardów wyborczych z wytycznymi OBWE/ODIHR. Opisała też casus Macedonii Północnej, zmuszonej przez Grecję do zmiany nazwy państwa (z federalnej republiki Jugosłowiańskiej na obecną formę) oraz sporu z Bułgarią o status języka macedońskiego jako warunki dalszych negocjacji.

Ćosić oceniła, że państwa bałkańskie, obserwując, jak wielkim kosztem społecznym i politycznym realizują własną integrację europejską, patrzą z rosnącym sprzeciwem na Ukrainę, która – ich zdaniem – „omija kolejkę”. Zaznaczyła, że podobny sprzeciw pojawia się też w części krajów zachodnioeuropejskich, np. w Austrii, wobec jawnych podwójnych standardów.

Dlaczego szybka akcesja Ukrainy jest w praktyce nierealna

Ćosić oceniła, że deklarowane w 2022 roku poparcie dla szybkiej ścieżki członkowskiej Ukrainy było w dużej mierze „fastrygowane” – łatwe do wyrażenia, dopóki perspektywa wydawała się odległa i abstrakcyjna. Wskazała, że część krajów oficjalnie popierających akcesję Ukrainy w rzeczywistości jest jej przeciwna, ale nie chce się ustawiać w jednym szeregu z Węgrami Viktora Orbána. Jako przykład podała francuskie rolnictwo: Ukraina jako potężny producent rolny, w ramach unijnej wspólnej polityki rolnej, kwalifikowałaby się do ogromnych dotacji kosztem rolników francuskich, hiszpańskich czy irlandzkich – co, zdaniem Ćosić, groziłoby we Francji poważnymi protestami społecznymi, których obawia się nawet prezydent Emmanuel Macron. Zaznaczyła też, że Niemcy z powodów politycznych, dopóki trwa wojna, nie powiedzą wprost „nie”, bo byłoby to niezręczne wizerunkowo i mogłoby zostać wykorzystane propagandowo przez Rosję.

Szczyt NATO w Ankarze: sukces częściowy, „zimny prysznic” i zamknięte drzwi

Ćosić oceniła szczyt NATO w Ankarze jako ambiwalentny dla Ukrainy. Z jednej strony uzyskała zapowiedź dalszego wsparcia finansowego i militarnego, w tym systemów Patriot. Z drugiej strony Holandia i Bułgaria zadeklarowały niechęć do dalszego finansowego wspierania Ukrainy, a nadzieje na jakikolwiek postęp w kwestii członkostwa w NATO okazały się płonne – Ukraina, jako kraj w stanie wojny z nieuregulowanymi granicami, nie spełnia podstawowego warunku członkostwa, co oznacza, że drzwi pozostaną zamknięte na wiele lat.

Oceniła, że spór o Wołyń rzutował na odbiór Ukrainy podczas szczytu – temat przedostał się do mediów niemieckich, francuskich i brytyjskich, co odwróciło zamierzony efekt: zamiast wizerunku Polski jako kraju „opętanego polityką historyczną”, świat dowiedział się o skali barbarzyństwa zbrodni wołyńskiej. Ćosić spekulowała, że wśród Niemców może występować pewna schadenfreude – porównując okrucieństwo (torturowanie, a nie tylko zabijanie) zbrodni banderowskich do zbrodni niemieckich, co w pewnym sensie relatywizuje te ostatnie w niemieckiej percepcji.

„To jest wybór cywilizacyjny na dziesiątki lat”

Ćosić przywołała rozmowę z cenionym polskim ekspertem od polityki zagranicznej podczas szczytu w Ankarze, który ocenił, że sprawa wykracza poza bieżący spór polityczny – Ukraina buduje dziś zręby własnej tożsamości narodowej, a oparcie jej na tradycji banderowskiej i Szuchewycza byłoby, jego zdaniem, tragedią i błędnym wyborem cywilizacyjnym na dziesięciolecia, mimo że Ukraina dysponuje alternatywnymi, godnymi tradycjami do budowania pozytywnej pamięci historycznej – np. Tarasem Szewczenką czy Petlurą z okresu walk z bolszewikami.

Ćosić odniosła się też do internetowych porównań Romana Dmowskiego do Bandery oraz zestawiania Akcji Wisła z Wołyniem – oceniając je jako fałszywe zarówno pod względem skali, jak i kolejności wydarzeń (Akcja Wisła była reakcją, nie przyczyną).

Argument prezent dla rosyjskiej propagandy

Ćosić stanowczo odrzuciła tezę, jakoby to decyzja Nawrockiego o odebraniu Orderu Orła Białego wywołała radość w Moskwie. Oceniła, że prawdziwą radość Kremlowi sprawiła decyzja ukraińskich władz o gloryfikacji Bandery i UPA, ponieważ bezpośrednio potwierdza to rosyjską narrację o rzekomej konieczności „denazyfikacji” Ukrainy – ukraińscy politycy, jej zdaniem, sami dostarczają Rosji gotowego argumentu propagandowego.

Nawrocki na szczycie: pewność siebie jako atut

Ćosić oceniła występ prezydenta Karola Nawrockiego w Ankarze pozytywnie, wskazując na jego pewność siebie i brak kompleksów językowych jako istotny atut wizerunkowy na arenie międzynarodowej. Zwróciła uwagę na bardzo ciepłe przyjęcie przez prezydenta Turcji Recepa Erdoğana oraz dobre relacje z sekretarzem generalnym NATO Markiem Rutte. Podkreśliła jednak, że w ramach struktur unijnych to rząd, nie prezydent, reprezentuje Polskę, co komplikuje spójność polskiego stanowiska międzynarodowego – zauważyła przy tym, że premier Donald Tusk, wicepremierzy Radosław Sikorski i Władysław Kosiniak-Kamysz oraz prezydent mówili podczas szczytu jednym głosem w sprawie amerykańskiej bazy wojskowej w Polsce, choć wcześniej doszło do zgrzytu, gdy Tusk zasugerował, że nie chce, by amerykańska obecność w Polsce odbywała się kosztem Niemiec – co szybko sprostował Sikorski.

Ostrzeżenie z Jugosławii: jak zewnętrzni gracze rozgrywają wewnętrzne podziały

W najbardziej rozbudowanym wątku rozmowy Ćosić, autorka książki „Balkan Express”, przedstawiła szczegółową analogię do rozpadu Jugosławii jako przestrogę dla regionu, w tym pośrednio dla relacji polsko-ukraińskich. Opisała, jak zewnętrzni gracze (Niemcy wspierające Chorwację i Słowenię, Rosja i Francja wspierające Serbię, Turcja i kraje muzułmańskie wspierające Bośnię) wykorzystały istniejące wewnętrzne podziały historyczne, religijne i narodowościowe, by doprowadzić do rozpadu państwa, które – jej zdaniem – miało realną szansę przetrwać i wejść do wspólnoty europejskiej jako całość. Wojny w byłej Jugosławii pochłonęły ponad 300 tysięcy ofiar w Europie zaledwie 30 lat temu.

Ćosić przeprowadziła eksperyment myślowy: gdyby Jugosławia przetrwała i weszła do UE jako jeden organizm, dziś mogłaby wraz z Polską i Rumunią tworzyć silny blok środkowoeuropejski liczący dziesiątki milionów mieszkańców, zdolny równoważyć oś francusko-niemiecką. Przełożyła tę refleksję na obawy o przyszłość Polski: ostrzegła, że przy odpowiednich pieniądzach, agentach wpływu i sprzyjających incydentach żaden kraj nie jest odporny na rozgrywanie wewnętrznych podziałów przez siły zewnętrzne – wskazując hipotetycznie na separatyzm śląski jako analogię do uznania niepodległości Kosowa w 2008 roku. Przypomniała, że rząd Donalda Tuska jako jeden z pierwszych chciał wówczas uznać Kosowo, podczas gdy prezydent Lech Kaczyński wstrzymywał ten proces, świadomy niebezpiecznego precedensu w prawie międzynarodowym.


Rozmowę przeprowadził Bartłomiej Graczak z Dominiką Ćosić, dziennikarką Euronews. Program „Ćosić o arogancji Ukrainy, Nawrockim i prawdziwym obliczu Europy” (PRZEpytanie) dostępny na kanale PRZEkanał na YouTube, liczącym 222 tys. subskrybentów. Opublikowany 20 lipca 2026.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *