Ukraińcy przeprowadzili najbardziej udaną operację od dwóch lat, ale inicjatywa strategiczna nadal należy do Rosji — Lewandowski w „Kanale Otwartym”

•
Nowe

Płk Piotr Lewandowski, ekspert Kanału Otwartego, był gościem Grzegorza Ślubowskiego w programie „Kanał Otwarty”. Rozmówcy omówili ukraińską operację Vivaldi pod Łymanem i operację Weles pod Kupiańskiem, zmiany w ukraińskim dowodzeniu, walkę o Dobropole, wojnę powietrzną i uderzenia w infrastrukturę po obu stronach, gotowość Kijowa do przyjęcia linii demarkacyjnej oraz skutki amerykańskiej operacji przeciw Iranowi dla wojny na Ukrainie.

Operacja Vivaldi pod Łymanem: Ukraińcy zepchnęli Rosjan za rzekę Żerebiec

Ślubowski zapytał, czy operacja Vivaldi już się zakończyła i jaki dała efekt. Lewandowski wyjaśnił, że o osiągnięciu celów mówią sami Ukraińcy, w tym generał Biłecki, dowódca III Korpusu Armijnego, który za operację odpowiadał. Przypomniał, że takie operacje planuje się z celami minimum i maksimum, na wypadek gdyby rozwój sytuacji pozwolił kontynuować powodzenie. Według jego oceny Ukraińcy osiągnęli cel minimum, czyli zlikwidowali pogłębiające się obejście ukraińskiego pasa twierdz: Konstantynówki, Słowiańska i Kramatorska. Rosjanie prowadzili tam operację zgodnie ze sztuką wojenną, czyli atakowali frontalnie oraz oskrzydlali przeciwnika bliżej i głębiej. Rosyjskie dywizje z Grupy Armii Zachód uderzyły na kierunku Łymana i na północ od miasta. W samym Łymanie utknęły, ale na północ od niego zyskiwały powodzenie. Ten kierunek, ku Iziumowi, pozwoliłby oskrzydlić cały ufortyfikowany ukraiński rejon od północnego wschodu.

Ukraińcy przez kilka miesięcy prowadzili operację kształtującą pole walki, wykorzystując przede wszystkim drony. Używali dronów bliskiego zasięgu i średniego zasięgu, sięgających 200, a czasem 300 km w głąb. Atakowali rosyjskie zaplecze i przeprawy przez rzekę Żerebiec, która leżała bezpośrednio na tyłach walczących rosyjskich wojsk, a także rosyjskie zdolności w dziedzinie systemów bezzałogowych: operatorów dronów, stacje przekaźnikowe, bazy i magazyny dronów. Gdy uznali, że zadali Rosjanom straty, które znacząco osłabią ich zdolność reakcji i pozwolą odizolować obszar kontruderzenia, przeprowadzili skuteczną operację, która zepchnęła siły rosyjskie za Żerebiec. To był cel minimalny. Uderzyli w bok rosyjskiego oskrzydlenia, zgodnie ze sztuką operacyjną, bo jej zasady się nie zmieniły. Drony zmieniły narzędzia, tempo manewru i zasady koncentracji wojsk, ale pozostała reguła koncentrowania sił skrycie wobec przeciwnika, przy czym siły to nie tylko liczba żołnierzy, lecz także zdolność sprzętowa do rozpoznania, rażenia i izolacji pola walki. Ukraińcy wykonali to prawidłowo, a zaskoczeni Rosjanie musieli wycofać elementy dwóch dywizji za rzekę.

Plan maksimum, czyli próba przekroczenia rzeki i zbudowania przyczółków w co najmniej dwóch miejscach, zakończył się niepowodzeniem. Opór rosyjski stężał na tyle, że Ukraińcy zatrzymali się na Żerebcu, który z ich perspektywy jest dogodną rubieżą do obrony i ustabilizowania frontu. Przy okazji całkowicie wyparli Rosjan z Łymana. Pojedynczy żołnierze rosyjscy mogą się tam pojawiać, bo front nie jest stuprocentowo szczelny, ale według ukraińskich i rosyjskich blogerów wojskowych o wysokiej dozie obiektywności walki toczą się na wschód i południowy wschód od Łymana w kompleksach leśnych, a samo miasto jest całkowicie pod kontrolą ukraińską.

Rosjanie zostali ponadto zmuszeni do alarmowego przerzucenia odwodów na kierunek ukraińskich uderzeń, czyli na północ od Łymana. Ukraińcy wykorzystali to, by odepchnąć siły rosyjskie, które znajdowały się około 8 km od linii Słowiańska i Kramatorska i atakowały od południowego wschodu i wschodu. Sukces pod Łymanem pozwolił też odepchnąć siły kolejnej rosyjskiej grupy armii, Grupy Armii Południe. W efekcie Ukraińcy znacząco poprawili sytuację na kierunkach północno-wschodnim, wschodnim i południowo-wschodnim, zmuszając elementy dwóch grup armii do utraty terenu. Rosjanie zdobywali go mniej więcej od lipca, a stracili w cztery tygodnie. Lewandowski ocenia, że pod względem konsekwencji jest to najbardziej udana ukraińska operacja od dwóch lat, co Ślubowski nazwał niesamowitym sukcesem.

Utrzymanie zdobyczy i opóźnienie rosyjskiej ofensywy zimowej

Lewandowski zastrzegł, że teraz trzeba te zdobycze utrzymać. Zwrócił uwagę, że Rosjanie odnieśli sukces, zajmując Konstantynówkę, ale nie są w stanie utrzymać kontroli nad miastem. Nie wystarczy wejść i powiesić flagę, trzeba jeszcze kontrolować teren, skonsolidować ugrupowanie, przegrupować się i kontynuować natarcie. Dla Rosjan Konstantynówka jest takim samym problemem jak przed zdobyciem: nadal stanowi punkt ciężkości walk i uniemożliwia kontynuowanie uderzenia bezpośrednio na Kramatorsk. Pytanie brzmi, czy ukraińskie siły, które też poniosły straty, zdołają skonsolidować ugrupowanie i po zwrotach zaczepnych przejść do twardej, stałej obrony. Będzie to poważny problem, bo Rosjanie przerzucili na te kierunki wsparcie powietrzne. Na ten obszar spada bardzo dużo rosyjskich bomb kierowanych, a rosyjskie lotnictwo jest praktycznie bezkarne, ponieważ Ukraińcy nie mogą razić samolotów zrzucających je z ponad 100 km od linii kontaktu. Pojawiły się też w dużej sile rosyjskie wojska dronowe, a z ostatniego tygodnia potwierdzonych informacji o atakach rosyjskich dronów jest mniej więcej pięć razy więcej niż ukraińskich.

Ukraińcy uderzyli według Lewandowskiego w bardzo korzystnym momencie. Rosyjskie zdolności po kampanii letniej stopniowo słabły, a Rosjanie szykowali się do przerwy operacyjnej: utrzymania zajętego terenu, ograniczenia działań zaczepnych, rotacji części jednostek i odtworzenia ich zdolności bojowej. Odtwarzanie zajmowało im co najmniej miesiąc, a ostatnio ponad dwa. Ukraiński zwrot zaczepny nie tylko spowodował utratę terenu, ale też zdezorganizował plany na szczeblu armii i dywizji, co prawdopodobnie opóźni rosyjską ofensywę zimową. Lewandowski jest pewien, że do niej dojdzie. Nie wiadomo, gdzie będą punkty ciężkości, ale prawdopodobnie nadal będzie to kierunek słowiański i kramatorski. To, czy Ukraińcy utrzymają zdobycze w ekstremalnie trudnych warunkach zimowych, zadecyduje o tym, czy sukces będzie miał długotrwałe efekty.

Operacja Weles: ukraiński rajd podziemnym gazociągiem pod Kupiańskiem

Zapytany o operację Weles, Lewandowski ocenił, że jej skutki są bardziej propagandowe niż istotne na poziomie operacyjnym, choć wpływają także na poziom taktyczny. Dotyczy ona tej samej Grupy Armii Zachód, która poniosła porażkę pod Łymanem. Grupa działa w niekorzystnej sytuacji, bo na wielu rozbieżnych kierunkach: pod Łymanem i na północ od niego, w rejonie Karpiwki, w uderzeniach na ukraińskie pozycje na wschodnim brzegu rzeki Oskił w rejonie Borowej, w walkach o Kupiańsk oraz przy utrzymywanym przyczółku pod Dworiczną, na północ od Kupiańska, ale już na zachodnim brzegu rzeki. Operację przeprowadził kolejny ukraiński korpus, nazywany hartyjskim, zbudowany na bazie Brygady Gwardii Narodowej Hartia. Pod Oskiłem biegnie nieczynny gazociąg, którego Rosjanie używali do przenikania na tyły ukraińskiej obrony. Wchodzili do niego często pod osłoną ukraińskich cywilów, przetrzymywanych przy wejściach, co uniemożliwiało ukraińskie uderzenia, zwłaszcza artylerii, bo podziemnego rurociągu trudno dosięgnąć dronami. Tą drogą rosyjscy szturmowcy kilkakrotnie wychodzili w różnych punktach na tyłach ukraińskiej obrony.

Ukraińcy postanowili więc przeprowadzić kontroperację: samemu przejść gazociągiem, zaatakować rosyjskie rejony wypadowe i ostatecznie zablokować rurociąg. Według doniesień przygotowywali ją przez kilka miesięcy, choć Lewandowski nie potrafi ocenić, czy to tak długo trwało. Na pewno przeprowadzili staranne rozpoznanie, naziemne i powietrzne, przeszkolili i specjalnie wyposażyli żołnierzy oraz rozwinęli system łączności działający pod ziemią. Na niektórych odcinkach zorganizowali nawet transport wózkami, bo przekrój gazociągu wynosi zaledwie od metra do metra dwudziestu. Skoordynowali uderzenie oddziałów podziemnych z uderzeniami naziemnymi i operacjami sił dronowych. Żołnierze przeniknęli około 15 km na tyły wojsk rosyjskich, między innymi dzięki działaniom wiążącym na powierzchni, które skupiły uwagę Rosjan gdzie indziej. Zlikwidowano około 100 żołnierzy rosyjskich, podobno także w starciach wewnątrz gazociągu, a około 30 wzięto do niewoli. Podobno gazociąg zablokowano, choć technicznych szczegółów nie podano albo Lewandowski ich nie zauważył. Być może został zaminowany i wysadzony. Jeśli się potwierdzi, że nie może już być używany, cel zostanie osiągnięty i Ukraińcom będzie łatwiej utrzymać Kupiańsk.

Nie jest to według Lewandowskiego rozstrzygnięcie, ale ma znaczenie. Ukraińcy chcieli pokazać, że potrafią to, w czym do tej pory specjalizowali się raczej Rosjanie: upadek Awdijiwki zainicjowała podobna operacja, w której rosyjscy szturmowcy, m.in. z byłej Grupy Wagnera, przeniknęli przez ukraińską obronę rurami i atakiem od tyłu zdobyli jedną z kluczowych pozycji. Ukraińcy chcieli więc pokazać, że potrafią zrobić to nawet lepiej. Nazwa operacji pochodzi od Welesa, w mitologii słowiańskiej boga podziemi, bydła, czyli bogactwa, przedstawianego w opozycji do Peruna. Lewandowski ocenia ją jako ukraiński sukces, z doskonałą organizacją i starannym przygotowaniem, ale wpływ na sytuację na tym odcinku będzie można ocenić dopiero za kilka tygodni.

Zmiana dowodzenia, inicjatywa strategiczna i walka o Dobropole

Ślubowski zapytał, czy mamy do czynienia z momentem ukraińskiego kontrataku i przewagi. Lewandowski odpowiedział, że wiąże to ze zmianą dowódcy naczelnego: generała Syrskiego zastąpił generał Drapatyj. Syrski miał silną tendencję do mikrozarządzania i bardzo ograniczał swobodę decyzyjną dowódców korpusów i brygad. Dowódca korpusu, który widział szansę na zwrot zaczepny, musiał prosić o zgodę Kijów, a zanim ją wypracowano, sytuacja się zmieniała. Zwrot był wtedy spóźniony i nieskuteczny albo częściowo nieskuteczny. Drapatyj dowodzi inaczej i może sobie na to pozwolić, bo wymienił wielu dowódców: co najmniej trzech dowódców korpusów i dowódców co najmniej dziesięciu brygad. Lewandowski nazwał ich młodszymi generacyjnie i mentalnie, czyli oficerami, którzy nie boją się decyzji i związanej z nimi odpowiedzialności. Syrski promował jego zdaniem raczej dowódców starej daty, którzy nie dowodzili przez misję. Na tym polega NATO-wski sposób dowodzenia, w którym dowódca szczebla operacyjnego określa swój zamiar, a podwładni otrzymują cele cząstkowe, ale nie narzuca się im sposobu realizacji.

W jego ocenie Ukraińcy mają obecnie tylko trzy, być może cztery korpusy z kilkunastu zdolne do takiego dowodzenia. Pierwszy to III Korpus Armijny, który przeprowadził operację Vivaldi. Drugi to Korpus Gwardii Narodowej zwany Azowskim, zbudowany na bazie Brygady Szturmowej Azow, który walczył w rejonie Dobropola. Trzeci to VII Korpus Armii, który od początku miał tę zdolność i walczy na Zaporożu. Być może także Korpus Hartia, który przeprowadził operację Weles. Pozostałe korpusy dopiero muszą odnaleźć się w sytuacji swobody decyzyjnej i odpowiedzialności z nią związanej. Wcześniej, gdy decyzję podejmował Kijów, dowódca realizujący ją starał się przerzucić odpowiedzialność na stolicę, a teraz dowódca korpusu w pełni odpowiada za skutki. Zwroty zaczepne i zauważalna przewaga na pewnych kierunkach wynikają więc ze zmiany taktyki, a nie ze skokowego wzrostu zdolności. W ostatnich dwóch miesiącach nie było lepszego zaopatrzenia, wzrosła tylko zdolność koncepcyjna, wystarczająca, by na froncie pojawiły się pozytywne zjawiska.

Inicjatywa na poziomie strategicznym pozostaje jednak po stronie rosyjskiej. Grupy Armii Południe i Zachód częściowo ją utraciły, choć Lewandowski sądzi, że wkrótce ją odzyskają. Grupa Armii Centrum, atakująca z rejonu Pokrowska na Dobropole, ma inicjatywę w pełni. Grupa Armii Wschód, która walczyła w obwodach dniepropietrowskim i zaporoskim, nadal ją ma, choć częściowo przeszła do odtwarzania zdolności bojowej. Całkowitą inicjatywę ma też Grupa Wojsk Zaporoże. Obserwatorzy będą pilnie śledzić, jak zakończy się walka o Dobropole, które jest odpowiednikiem Łymana po drugiej stronie pasa twierdz, czyli próbą obejścia go od południowego zachodu. Jeśli Dobropole padnie, Rosjanie prawdopodobnie będą mogli kontynuować operację, chyba że utkną tak jak w Konstantynówce, czego nie można wykluczyć. Walczą tam bardzo dobre ukraińskie brygady Korpusu Gwardii Narodowej, a wbrew temu, co mówią Rosjanie, miasto nie zostało zdobyte i walki toczą się w jego centrum. Rosjanom udało się jednak oskrzydlić je od północy i południa, więc wojska ukraińskie walczą w półokrążeniu. Czy kontratakami zlikwidują okrążenia i utrzymają miasto, rozstrzygnie się w najbliższych tygodniach.

Ukraińska kampania dronowa przeciw rosyjskim rafineriom i rosyjska odpowiedź na ukraińską logistykę

Zapytany o skuteczność ukraińskich ataków w głębi Rosji, Lewandowski przypomniał, że ukraińska kampania powietrzna była odpowiedzią na wieloletnią rosyjską kampanię, w której Rosjanie skupiali się w dużej części na zniszczeniu ukraińskiej sieci energetyczno-ciepłowniczej. Początkowo Ukraińcy dość skutecznie jej bronili. Mieli wystarczająco dużo amunicji do Patriotów, by strącać pociski balistyczne, z pociskami manewrującymi radziły sobie najpierw MiG-i, potem F-16, a rosyjskie drony, irańskie albo na irańskiej licencji, jak stare Szahidy czy pierwsze Gerany o napędzie tłokowym, były zwalczane dzięki ukraińskiemu systemowi rozpoznania, pętli decyzyjnej, środkom rażenia i walce radioelektronicznej. Straty były dotkliwe, ale nie na tyle, by nie dało się odtwarzać zdolności infrastruktury krytycznej. Rosjanie zwiększali produkcję pocisków balistycznych i manewrujących, a w pewnym momencie przestali zwiększać liczbę dronów i postawili na jakość, czyli drony o napędzie odrzutowym, znacznie trudniejsze do zestrzelenia.

Ukraińcy stworzyli z kolei zdolność do seryjnej produkcji dronów dalekiego zasięgu: najpierw z przerabianych awionetek, obecnie z całkowicie nowych konstrukcji o napędzie tłokowym, relatywnie wolnych, ale rażących cele nawet ponad 2000 km w głębi Rosji. Uznali, że najdotkliwsze będą uderzenia w infrastrukturę przetwórstwa i dystrybucji ropy, jedno z głównych źródeł dochodu Rosji. Rosja ma około 50 największych, kluczowych rafinerii i niemal wszystkie zostały zaatakowane co najmniej raz. Część zawiesiła produkcję, większość odtwarza zdolności, ale wolumen przerobu ropy jest najniższy od około 20 lat. Doprowadziło to do braku benzyny na rynku rosyjskim, bo armia zużywa jej olbrzymie ilości, a Rosjanie musieli wybierać między paliwem dla sił zbrojnych a dla cywilów. Wybrali siły zbrojne, którym potrzeba paliwa dla około 600 tys. żołnierzy na teatrze ukraińskim. Choć walczy głównie piechota, używa wielu motocykli i lekkich pojazdów, a ugrupowanie rozproszone wymaga rozproszonej logistyki i dużo większej liczby pojazdów dostarczających zapasy. Zimą zużycie paliwa jeszcze wielokrotnie wzrośnie. Ukraińska odpowiedź była skuteczna i bolesna, ale nie rzuciła Rosjan na kolana. Rosyjski przemysł naftowy jest duży, a skuteczność dronów nie zastąpi skuteczności pocisków balistycznych. Zmniejszyło to zdolności i dochody Rosji i stworzyło trudności na rynku wewnętrznym, ale nie upośledziło armii w prowadzeniu wojny.

Ukraińcy zdecydowali się więc zaatakować kolejne cele, które miały dotknąć społeczeństwo rosyjskie, żeby poczuło wojnę. Uderzyli w Wildberries i Ozon, największe platformy internetowego handlu detalicznego w Rosji, a nie tylko tam, bo to potężne koncerny działające też w innych państwach regionu, w pewnym sensie odpowiednik Amazona na Zachodzie. Uderzenia dotknęły Rosjan, ale ich próg bólu jest bardzo wysoki. Lewandowski sądzi, że wywołało to raczej wzrost niechęci, a właściwie wrogości wobec Ukraińców niż wobec Kremla, który wojnę rozpoczął. Setki małych firm opierających handel na Wildberries zbankrutowały, a dziesiątki tysięcy obywateli rosyjskich straciły towar, co w odbiorze nie jest winą Kremla, tylko złych Ukraińców. Rosjanie odpowiedzieli, atakując praktycznie wszystkie ukraińskie magazyny wielkopowierzchniowe i centra logistyczne, w tym firmę Nowa Poczta, atakowaną już wcześniej, a teraz jeszcze intensywniej, oraz magazyny sieci spożywczych. Sami Ukraińcy przyznają, że w relatywnie krótkim czasie Rosjanie zniszczyli 90 proc. takich magazynów i centrów dystrybucji na terenie Ukrainy. Lewandowski nazwał to bardzo bolesną odpowiedzią.

Pociski balistyczne bez przeciwdziałania i wojna na wyczerpanie

Ślubowski zauważył, że Rosjanie praktycznie bezkarnie bombardują Ukrainę pociskami balistycznymi i że Ukraina nie ma, jak się przed nimi bronić. Lewandowski potwierdził i dodał, że Ukraińcy nie bez powodu przestali podawać liczbę wystrzelonych przez Rosję pocisków balistycznych, choć przez lata ogłaszali, ile dronów i pocisków manewrujących i balistycznych wystrzelono i ile zestrzelono. Z danych nieoficjalnych wynika, że w zeszłym tygodniu liczba zestrzeleń pocisków balistycznych wyniosła zero, a wszystkie rosyjskie pociski, prawdopodobnie około trzydziestu, osiągnęły cele. Głównym problemem jest brak amunicji do Patriotów, której Ukraina najprawdopodobniej nie będzie miała w ilości zmieniającej skuteczność rosyjskich ataków rakietowych. Jest to pośrednio wynik wyczerpania zapasów europejskich i braku możliwości zakupu pocisków w Stanach Zjednoczonych, co z kolei wynika z wojny amerykańsko-irańskiej, w której Amerykanie, a także ich sojusznicy, zużyli zapas pocisków do Patriotów, wystarczający na trzy lata.

Amerykanie zachowali jednak minimum strategiczne i dopiero zwiększają produkcję. Lewandowski zaznaczył, że wzrośnie ona dla newralgicznej amunicji zaawansowanej, czyli systemów PAC-3, nowej generacji do Patriotów, oraz pocisków manewrujących Tomahawk, ale będzie to zauważalne za około dwa lata, więc dla Ukrainy niewiele zmieni w kwestii niszczenia infrastruktury. Ślubowski podsumował, że mimo ukraińskich sukcesów na froncie ogólny obraz jest wojną na wyczerpanie, w której Ukraina jest w gorszej sytuacji, a przed nią jeszcze zima. Lewandowski dodał, że kiedyś Rosjanie musieli wystrzeliwać pociski balistyczne wszystkie naraz, żeby coś przedarło się przez obronę, a teraz wystrzeliwują je pojedynczo albo parami niemal przez całą dobę, głównie późnym popołudniem i w nocy. Nie robią tego, jak podkreślił, dlatego, żeby w fabrykach nie ginęli ukraińscy pracownicy, tylko po to, by Ukraina nie spała. Skoro pociski spadają od 18 wieczorem do wczesnych godzin porannych, mieszkańcy spędzają noce w schronach, a nie w domach, a rosyjskie pociski mogą bezkarnie spadać na Ukrainę przez całą dobę.

Linia demarkacyjna, zasoby ludzkie Ukrainy i kultura kłamstwa po obu stronach

Ślubowski zwrócił uwagę, że Zełenski wydaje się bardziej skłonny do zgody na rozejm, a nawet pokój na dotychczasowej linii frontu. Lewandowski odpowiedział, że o pokoju nie ma co mówić, bo żadnego pokoju nie będzie. Przedtem były sygnały nieoczywiste, jak gotowość do zawieszenia broni, ale w wywiadzie sprzed tygodnia Zełenski po raz pierwszy powiedział, że Ukraina jest gotowa zaakceptować linię demarkacyjną wzdłuż aktualnych pozycji wojsk rosyjskich. Linia frontu obejmuje obecnie obwód chersoński do Dniepru, większość obwodu zaporoskiego (około 60 proc., licząc według wersji rosyjskiej), zdecydowaną większość obwodu donieckiego, praktycznie cały ługański oraz część obwodów charkowskiego i sumskiego. Rosjanie od dłuższego czasu prowadzą operację buforową, przesuwając obecność wojsk wzdłuż całej granicy w obwodzie charkowskim i większości granicy w obwodzie sumskim. Kreml uznał po operacji kurskiej, w której wojska ukraińskie niespodziewanie przekroczyły front i przez dłuższy czas okupowały część Rosji, że zbuduje strefę 60–80 km w głąb Ukrainy, kontrolowaną przez rosyjskie wojska jako strefa okupacyjna wzdłuż granicy. Akceptacja linii demarkacyjnej oznaczałaby więc zgodę również na tę strefę buforową.

Skoro Kijów mówi, że na froncie jest tak dobrze, pytanie brzmi, dlaczego jest tak skłonny do zgody. Lewandowski zastrzegł, że jest bardzo ostrożny w prognozach, bo woli się mile rozczarować, niż przelicytować. Kluczem są jego zdaniem zasoby ludzkie Ukrainy. Straty ukraińskie są z całą pewnością olbrzymie, mniejsze niż rosyjskie, ale procentowo wyższe, jeśli chodzi o społeczeństwo, a koszty społeczne, ludzkie i ekonomiczne są ogromne. Ukraina nie wyprodukowała w tym roku ani tony stali, bo Rosjanie, korzystając z możliwości bezkarnych ataków, ostatecznie zniszczyli ukraińską zdolność jej produkcji i w czasie wojny jej nie odbudują. Zasoby ukraińskie nie pozwalają więc na optymistyczne kontynuowanie wojny w nadziei, że będzie lepiej. Najwyraźniej Kijów zakłada, że będzie raczej gorzej, mimo udanych zwrotów zaczepnych i intensyfikacji produkcji dronów bliskiego, średniego i dalekiego zasięgu. Drony pomagają żołnierzom i czasem ich wyręczają, ale ich nie zastąpią, bo samymi dronami nie utrzyma się frontu.

Lewandowski przyznał, że nie potrafi ocenić zdolności uzupełniania strat po żadnej stronie, a prawdziwe informacje mają tylko ukraińskie władze naczelne, polityczne i sztab generalny, choć można się zastanawiać, czy prawdziwe. Powołał się na kulturę kłamstwa typową dla państw postsowieckich, o której mówią sami Ukraińcy, oskarżając własnych oficjeli. Pytanie, na ile wpływa ona na rzeczowość oceny sytuacji w ukraińskiej armii. W Rosji jest ona jego zdaniem powszechna: oglądał w rosyjskim oryginale meldunek Gierasimowa, szefa sztabu generalnego, składany Putinowi na stanowisku tyłowym jednej z grup armii, w którym wymieniał zdobyte miejscowości. Albo obaj umówili się na kłamstwo, albo Gierasimow po prostu okłamywał prezydenta, czym oburzyli się nawet rosyjscy blogerzy wojskowi, jak Rybar. Czy ukraińska ocena własnych zdolności jest realistyczna, nie jest w stanie ocenić. Ślubowski stwierdził, że nie można w stu procentach wierzyć temu, co podają Ukraińcy, a Lewandowski odparł, że na pewno nie temu, co oficjalnie podaje Kijów, i że obie strony prowadzą wojnę propagandową, w której w piątym roku prawda została zabita wielokrotnie.

Nieudana amerykańska operacja przeciw Iranowi i jej skutki dla Ukrainy

Zapytany, jak wojna w Iranie wpływa na Ukrainę i co się tam dzieje, Lewandowski ocenił wprost, że Amerykanie tę wojnę, mówiąc obrazowo, spartaczyli. Nie jest to według niego winą żołnierzy amerykańskich, lecz części generałów, którzy tworzyli plany pod dyktando polityczne Waszyngtonu. Winę przypisał też sekretarzowi obrony Hegsethowi, najgorszemu, odkąd żyje, a żyje ponad 60 lat. Hegseth każe się nazywać sekretarzem wojny, choć amerykański Senat nie zaakceptował zmiany nazwy, i pasuje, według Lewandowskiego, do administracji, w której egocentryzm i samouwielbienie zdają się standardem. Dodał, że przeprasza za sarkazm, ale chwilami to, co widzi, go przerasta. Hegseth dokonywał czystek wśród generałów, którzy nie zgadzali się z koncepcją polityczną Waszyngtonu: generał mówiący, że tak się nie da, tracił pracę. Wyrzucano też generałów realizujących decyzje poprzedniej władzy, a kandydatami na awans byli ci, którzy za poprzedniej administracji nie byli widoczni i teraz przytakują. Tak tworzona kadra generalska daje takie planowanie operacyjne i takie skutki, choć winna jest relatywnie wąska grupa osób skłonnych w imię karier przyjąć nierealne założenia.

Lewandowski posłużył się analizą admirała McRavena, byłego dowódcy amerykańskich sił operacji specjalnych (US SOCOM), który karierę zaczynał w Sealsach. Pierwszym celem było obalenie reżimu, który miał upaść po zabiciu przywódców w atakach powietrznych, bo uznano, że struktura irańska jest na tyle betonowa. Tymczasem Iran doskonale wiedział, że jego przywódcy są celem izraelskich operacji specjalnych i znał doktrynę amerykańską, zgodnie z którą operację zaczyna się od dekapitacji. Irańskie przywództwo religijno-polityczne i religijno-wojskowe jest jak hydra: zabijanie kolejnych powoduje, że natychmiast pojawiają się dobrze przygotowani ideologicznie i merytorycznie następcy, raczej bardziej radykalni, często z najbliższej rodziny. Jeśli amerykańska rakieta zabija ojca, radykalizm syna co najwyżej rośnie. Lewandowski przypomniał polskich komentatorów, którzy mówili, że po śmierci przywódców powstanie próżnia, a system wyznaczał jednak następcę i następcę następcy. Dekapitacja zakończyła się więc całkowitym niepowodzeniem.

Drugim celem miała być likwidacja irańskiego programu jądrowego. Dziś nie wiadomo, jak on wygląda, bo zszedł jeszcze bardziej do podziemia i został jeszcze bardziej utajniony, podczas gdy wcześniej był przynajmniej częściowo transparentny, więc sytuacja z punktu widzenia Zachodu jest gorsza niż była. Zakładano, że uderzenia powietrzne rozwiążą problem, choć nawet Izrael nie wierzył, że zniszczy program takimi uderzeniami, a jedynie opóźni. Amerykanie uznali, że skoro mają więcej samolotów i bomb, zniszczą go. Zupełnie błędnie oceniono też miejsce Izraela: według Lewandowskiego Izrael zerwał się z amerykańskiej smyczy, czyli ogon kręcił psem, a Ślubowski dodał, że tak mówiono. Smycz polegała na uzależnieniu Izraela od amunicji, ale Stany Zjednoczone ze względu na silne wpływy izraelskie nie ograniczyły potężnych dostaw, a Izrael robił to, co chciał. Nie był tu sojusznikiem, tylko zaogniał sytuację i co najmniej dwukrotnie, mniej lub bardziej świadomie, doprowadził do zerwania rozmów pokojowych. Amerykanie najwyraźniej nie mają na miejscu wywiadu osobowego albo go stracili, więc nie potrafili przewidzieć, co Iran planuje.

Lewandowski wskazał też utratę inicjatywy strategicznej: lepsza pod każdym względem armia amerykańska straciła ją, a przebieg wojny dyktuje Iran. Wystarczyło zablokowanie Cieśniny Ormuz oraz ataki hybrydowe na infrastrukturę teoretycznie neutralnych państw sąsiednich, które mają ropę i gaz i są sojusznikami USA. Nie brały bezpośrednio udziału w wojnie, ale Iran wciągnął je do niej, uderzając irańskimi pociskami i dronami wręcz naokoło. Okazało się, że Stany Zjednoczone nie przewidziały, że muszą chronić państwa, które kupiły od nich Patrioty i oczekują do nich amunicji. Lewandowski rozumie zaskoczenie atakami na sąsiadów, ale zaskoczenie blokadą Ormuz i po części atakami na amerykańskie bazy w regionie źle świadczy o poziomie koncepcyjnym planistów, najwyższych oficerów sztabu i ich podwładnych. Porównał to z rosyjską operacją specjalną przeciw Ukrainie, w której chęci polityczne górowały nad zdrowym rozsądkiem wojskowym. Ślubowski podsumował, że końca nie widać i że rozwiązania militarnego w Iranie też nie widać.


Rozmowę przeprowadził Grzegorz Ślubowski. Materiał „Płk Piotr Lewandowski: Kto wygrywa wojnę, a kto pokój? Rosja, Ukraina i możliwe zamrożenie frontu” dostępny na kanale „Kanał Otwarty” na YouTube, liczącym 227 tys. subskrybentów. Premiera 30 października 2026.


You may also like

Strona 3 z 130
Strona 3 z 130

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *