Publicysta Rafał Ziemkiewicz opublikował na swoim kanale obszerny komentarz do kryzysu polsko-ukraińskiego, odnosząc się do decyzji Donalda Tuska o niewysłaniu zaproszenia dla prezydenta Nawrockiego na konferencję URC w Gdańsku, do polityki Ukrainy wobec Polski, do sprawy Wołynia oraz do geopolitycznych konsekwencji obecnego konfliktu.
Tusk dołączył do wojny na symbole
Ziemkiewicz ocenił, że Donald Tusk symbolicznie opowiedział się po stronie Kijowa, nie wysyłając zaproszenia dla prezydenta Nawrockiego na konferencję w Gdańsku. Zdaniem publicysty premier wpisał się tym gestem w wojnę na symbole, którą Zełenski wypowiedział Polsce — i zrobił to mimo że Zełenski wcześniej demonstracyjnie odsunął go do tylnych wagonów pociągu w Kijowie, starał się przenieść konferencję z Gdańska do Wiednia i konsekwentnie dawał do zrozumienia, że Polska już mu do niczego nie jest potrzebna. Ziemkiewicz skomentował, że Tusk najwyraźniej liczy, że w nagrodę Zełenski następnym razem nie wyrzuci go do wagonu bagażowego — być może nawet pozwoli nieść za sobą sakwojaż.
Konferencję w Gdańsku publicysta opisał jako doroczne spotkanie, na którym uczestnicy opowiadają sobie nawzajem, jak to pomogą Ukrainie odbudować się po wojnie, podczas gdy przedstawiciele ukraińscy buńczucznie domagają się kolejnych pieniędzy, argumentując że walczą za wszystkich. Wskazał, że na tej konferencji nikt nie powie głośno o sprawie polskiej firmy Kontrolproces — spółki, która próbowała inwestować we Lwowie, straciła co najmniej 20 milionów euro na skutek działania lokalnej mafii powiązanej z władzami miasta, przegrała siedem arbitraży i nie otrzymała żadnej pomocy ani od polskiego, ani od zachodnich rządów. Ziemkiewicz ocenił, że ta sprawa pokazuje, czym naprawdę jest ukraińska rzeczywistość gospodarcza.
Nawrocki zareagował słusznie — ale symbol to za mało
Publicysta stanął po stronie decyzji Nawrockiego, oceniając że polska strona była prowokowana przez Zełenskiego świadomie i celowo, a prezydent zareagował jedynym możliwym sposobem — bardzo łagodnym gestem symbolicznym i dał Ukrainie prawie trzy tygodnie na wycofanie się z prowokacji. Ukraińcy wykorzystali ten czas wyłącznie po to, żeby zyskać na czasie i postawić polskiego prezydenta pod ścianę, jednocześnie opowiadając, że całe polskie państwo jest po ich stronie, a tylko Nawrocki jest problemem. Ziemkiewicz odrzucił tę narrację — stwierdził, że państwo polskie jest częściowo po stronie Ukrainy, ale wbrew woli własnych obywateli.
Jednocześnie zaznaczył, że odebranie orderu to zbyt słabe narzędzie. Ukrainy to nie boli — sama może rzucać te ordery. Boleć może natomiast zablokowanie negocjacji akcesyjnych z Unią Europejską. Po wycofaniu się Węgier Polska powinna była postawić w weto — i nadal może to zrobić. To jest coś, co Kijów naprawdę odczuje, bo akcesja do UE jest dla Ukrainy kluczowa. Tymczasem rząd Tuska nie dysponuje narzędziami, bo nie kieruje się polskim interesem narodowym.
Wołyń — zbrodnia przemilczana przez dekady
Ziemkiewicz poświęcił obszerną część komentarza kwestii rzezi wołyńskiej, którą określił jako coś tak potwornego, że każdy kto naprawdę to pozna, nie będzie spał spokojnie. Przypomniał, że przez dekady temat był w Polsce systematycznie tłumiony — przez tzw. polskie salony, przez kościół katolicki, który miał własne powody, by temat przemilczać, bo duchowieństwo grekokatolickie ukraińskie było głęboko uwikłane w zbrodnie. Wskazał, że jedynym tygodnikiem głównego nurtu, który temat podejmował, był postkomunistyczny Przegląd. Sam Ziemkiewicz twierdzi, że był jednym z pierwszych dziennikarzy głównego nurtu, który opublikował w Rzeczpospolitej całościowy artykuł pokazujący hańbę polskiej polityki w tej kwestii.
Odrzucił jako kłamstwo narrację o symetrii między UPA a Armią Krajową. Wskazał, że UPA działała według precyzyjnego planu eksterminacji, mordując demonstracyjnie i okrutnie po to, by siać przerażenie — tak jak w dawnych tradycjach koliszczyzny. Porównanie z AK — która być może spaliła jedną wioskę, i to prawdopodobnie w odpowiedzi na działania ułupowców — jest jego zdaniem absurdem.
Podkreślił, że żaden inny kraj europejski nie postępuje tak jak Ukraina. Litwa nie nazywa swoich jednostek wojskowych imionami sprawców Ponaru, Łotwa nie nawiązuje do tradycji swoich legionów SS, kraje zachodniej Europy milczą o własnych zbrojnych formacjach kolaboranckich z okresu II Wojny Światowej. Zełenski wyciąga to wszystko na flagi i sztandary, ogłaszając że nikt nie będzie mówił Ukrainie, kogo ma czcić. Tym samym — zdaniem publicysty — dostarcza idealnego pretekstu tym na Zachodzie, którzy chcą się przeprosić z Rosją.
1 lipca — rocznica pogromu lwowskiego
Ziemkiewicz wskazał na zbliżającą się okrągłą rocznicę pogromu lwowskiego z 1941 roku, dokonanego przez ukraińskie oddziały, w tym batalion Nachtigall dowodzony przez Szuchewycza — tego samego, którego Zełenski wpisuje do panteonu narodowych bohaterów. Przypomniał relacje Stanisława Lema, który jako świadek tych wydarzeń opisał je w swojej prozie, choć cenzura nie pozwoliła mu wprost wymienić sprawców. Według Ziemkiewicza ta rocznica powinna być w Polsce obchodzona, a polska strona powinna jasno pytać Zełenskiego, kiedy nazwie jakąś jednostkę wojskową na cześć policjantów ukraińskich, którzy zaganiali Żydów do dołów śmierci w Babim Jarze. Zachód może Wołynowi wybaczyć — ale tego jeszcze nie.
Zełenski — pożyteczny idiota Berlina i Putina
Publicysta postawił tezę, że Zełenski jest albo pożytecznym idiotą Berlina i Putina, albo świadomym gangsterem działającym w interesie ukraińskiej oligarchii. Jego zdaniem rzeczywisty plan dotyczący odbudowy Ukrainy nie zakłada udziału polskich firm, lecz przeniesienie niemieckich fabryk na Ukrainę — poza normy unijne, z tanią siłą roboczą, bez regulacji środowiskowych. Polska z programu SAFE pożycza pieniądze, kupuje za nie sprzęt od Niemców i wysyła go na Ukrainę — w interesie wyłącznie Berlina. Taki model od początku projektują wspólnie Niemcy i Ukraina, traktując Polskę jako płatnika, a nie partnera.
Ziemkiewicz ocenił, że Niemcy zawsze w historii dogadywali się z Rosją, porzucając Ukrainę. Po zakończeniu lub zamrożeniu wojny i po ewentualnym pojawieniu się nowego rosyjskiego przywódcy gotowego na reset — co publicysta uznaje za realny scenariusz — Niemcy i Francja będą szukały pretekstu do powrotu do business as usual z Moskwą. Gloryfikacja UPA przez Ukrainę jest w tej chwili konstruowaniem tego pretekstu. Będzie można powiedzieć: chcieliśmy pomagać, ale to państwo gloryfikuje nazistów — sorry, nie możemy dalej.
Opisał też czarny scenariusz, w którym Ukraina przegrywa wojnę i staje się rosyjską strefą wpływów na wzór Czeczenii — z zachowaniem lokalnej nacjonalistycznej narracji, ale pod moskiewskim dowodzeniem. Taka Ukraina mogłaby stać się idealnym narzędziem przeciwko Polsce, budując resentymenty na narracji o polskich panach, którzy przyjdą zabrać Lwów i Wołyń.
Polska powinna myśleć chłodno o swoich interesach
Ziemkiewicz podtrzymał tezę sformułowaną publicznie jeszcze w 2015 roku: jeżeli Ukraina nie chce bliskiej współpracy z Polską i awansu cywilizacyjnego w ramach Trójmorza, to z polskiego punktu widzenia przedłużająca się wojna, w której ukraiński nacjonalizm i rosyjski imperializm wzajemnie się wyniszczają kilkaset kilometrów od polskich granic, jest korzystna. Pomoc wojskowa — amunicja, piorunu, pojazdy bojowe, czołgi — nie była błędem, bo osłabia Rosję. Błędem było natomiast fundowanie z polskiego budżetu wszystkich procedur medycznych dla Ukraińców czy inne wydatki niemające związku z polskim bezpieczeństwem.
Wezwał do porzucenia myślenia sentymentalnego i inteligencko-idealistycznego, które zakłada, że Ukraina hartowana wojną stanie się naturalnym sojusznikiem Polski. Nie stanie się — jeśli Polska jej do tego nie zmusi albo jeśli Ukraina sama nie zmieni władzy na taką, która będzie myślała o interesie własnego narodu, a nie o dealach oligarchiczno-mafijnych z Berlinem.
Skrytykował przy tym polską klasę polityczną po obu stronach — zarówno środowiska postkolonialne, które zawsze stają po stronie antypolskiej, żeby zademonstrować moralną wyższość nad miejscową hołotą, jak i opcję pisowską, która przez lata budowała atmosferę bezwarunkowego poparcia dla Ukrainy, a teraz dokonuje zwrotu w przeciwną stronę, nie proponując żadnej spójnej koncepcji wyjścia z impasu.
Zakończył apelem: Polska powinna skupić się na tym, żeby mieć u siebie władzę kierującą się polskim interesem, a nie kompleksami niższości wobec Zachodu — bo bez tego żadne narzędzia dyplomatyczne, żadne fundacje i żadne konferencje nic nie dadzą.