Jacek Bartosiak i zespół Strategy&Future — Marek Budzisz, Marek Stefan i Albert Świdziński — przeprowadzili obszerną analizę kryzysu w relacjach polsko-ukraińskich, odchodząc od perspektywy emocjonalnej na rzecz geopolitycznej.
Budzisz: to nie był incydent, to był plan
Marek Budzisz postawił tezę, że decyzja Zełenskiego o nazwie jednostki wojskowej nie była błędem ani niedopatrzeniem, lecz świadomym elementem zaplanowanej sekwencji politycznej. Wskazał, że w ramach nieformalnego porozumienia zawartego między Dudą a Zełenskim w Wiśle w 2022 roku strona ukraińska przez lata powstrzymywała się od procedowania takich nazw, mając świadomość polskiej wrażliwości. Zmiana oznacza, że Kijów świadomie zdecydował się tę wrażliwość zignorować.
Kontekst jest szerszy: Zełenski jednocześnie forsuje bezpośrednie rozmowy pokojowe z Rosją — zapraszał Abramowicza do Kijowa, wzywał Kushnera i Witkoffa do ukraińskiej stolicy, a Rubio wycofał się z rozmów w Genewie. W tym układzie Polska jest Zełenskiemu zbędna, a nawet kłopotliwa — jako modelowy sojusznik Waszyngtonu zaburzałaby możliwość balansowania między skrzydłem amerykańskim a europejskim w negocjacjach. Zełenski buduje też nową architekturę bezpieczeństwa, w której Ukraina ma być centrum łączącym skrzydło skandynawsko-bałtyckie i tureckie — bez Polski. Polska pretendująca do roli sworznia wschodniej flanki NATO wypycha Ukrainę z tej pozycji. Polska nieobecna — ułatwia Ukrainie jej zajęcie.
„Mamy do czynienia z pewnym planem o charakterze politycznym, a nie incydentem dyplomatycznym. Ten kryzys został sprowokowany przez stronę ukraińską. My jak zwykle daliśmy się wciągnąć w rozgrywkę, z której nie wyjdziemy zwycięsko” — ocenił Budzisz.
Jednocześnie zastrzegł, że kalkulacja Zełenskiego obarczona jest poważnym błędem strategicznym — jej horyzont jest co najwyżej półroczny, a oparcie przyszłości Ukrainy na finansowaniu zachodnioeuropejskim to niepewny fundament.
Świdziński: błąd emocji zamiast interesów
Albert Świdziński ocenił, że bezwarunkowa polska pomoc dla Ukrainy na początku wojny była właściwą decyzją państwową. Problem pojawił się potem — Polska była tak przyspawana do sojuszniczego postrzegania sprawy, że de facto pozwoliła Amerykanom prowadzić swoją politykę wobec Ukrainy. Równocześnie Ukraina zbudowała przewagę technologiczną i wojskową, a polski przemysł za nią nie nadążył — co wzmocniło ukraińską pogardę wobec Polski. Gdy Duda dzwonił do Zełenskiego, próbując go przekonać do ustępstw wobec Trumpa, ta pogarda się utrwaliła.
Polska nie potrafiła skonwertować swojej kluczowej roli — bez której Ukraina by nie przetrwała — na żadne realne zyski: technologie, wpływy, kontrakty na odbudowę, surowce. „Moglibyśmy przekonwertować tę walutę na cokolwiek — wybraliśmy wdzięczność. I tej wdzięczności nie dostaliśmy” — podsumował.
Wskazał też, że Polska mogła wywierać presję: zagrozić zablokowaniem środków europejskich dla Ukrainy, wstrzymać Jasionkę, a nawet symbolicznie zasygnalizować możliwość dialogu z Rosją — nie jako petent, lecz jako podmiot mający realne instrumenty nacisku. Nic z tego nie nastąpiło, bo wymagałoby przełamania barier psychologicznych i zmiany myślenia z emocji na interesy.
Budzisz: Polska z pasywizmu uczyniła cnotę
W drugiej rundzie Budzisz uzupełnił, że Polska przez lata realizowała politykę kunktatorską — ostrożną, nieryzykowną, bez wizji strategicznej. Paradoksalnie ta polityka przyniosła Polsce więcej niż ukraińska polityka żonglowania okazjami. Polska jest dziś w lepszej pozycji strategicznej niż Ukraina, choć tego nie widać w bieżącej debacie.
Ostrzegł jednocześnie, że zachodnioeuropejskie finansowanie Ukrainy, na którym Zełenski opiera całą swoją strategię, może szybko stać się piętą achillesową — jeśli gotowość do finansowania spadnie, Rosja to natychmiast wykorzysta. Sceny polityczne w Europie Zachodniej się przemodelowują: AfD we Francji Zjednoczenie Narodowe, którego kandydatka będzie walczyć o prezydenturę już w przyszłym roku. Elita ukraińska popełnia błąd myląc taktykę ze strategią i „rozdając karty”, zanim wygrała wojnę.
Bartosiak: wpływ bierze się ze współzależności, nie z symboli
Jacek Bartosiak wskazał, że prawdziwy wpływ na partnera buduje się przez system zależności — nie przez zajmowanie pozycji na „wysokim wzgórzu symbolicznym” i nagabywanie go stamtąd o politykę historyczną. Polska nie zbudowała tej zależności, bo przez lata operowała w ramach amerykańskiego systemu sojuszniczego, nie definiując własnych celów i własnych narzędzi.
Podsumował też szerszy problem mentalny: Polska relacje z Ukrainą buduje tak samo jak z Amerykanami — robi coś, nie zapisuje czego chce w zamian, a potem oczekuje wdzięczności. To nie wzbudza szacunku, lecz pogardę. „Zastępujemy brak normalnej aktywności dojrzałego państwa deklamatorstwem” — powiedział. Zwrócił uwagę, że w trakcie całego kryzysu zniknął minister spraw zagranicznych — i to mówi samo za siebie.