Generał Leon Komornicki w rozmowie z Radosławem Pyffelem ocenił kryzys w relacjach polsko-ukraińskich jako efekt wieloletnich polskich zaniechań — i stwierdził, że decyzja Zełenskiego o nazwie jednostki wojskowej była świadoma i obliczona na określony efekt.
Zaniechanie od 1992 roku
Generał podkreślił, że budowanie ukraińskiej tożsamości państwowej na fundamencie ideologii UPA nie jest nowym zjawiskiem — trwa od momentu odzyskania przez Ukrainę niepodległości w 1992 roku. Polskie reakcje przez trzy dekady sprowadzały się do machania ręką i narracji „jakoś to będzie”. Komornicki przypomniał, że jako zastępca szefa Sztabu Generalnego w latach 1992-1997 sam uczestniczył w budowaniu relacji wojskowych z Ukrainą — wspólnych ćwiczeń, wymiany oficerów, studiów ukraińskich wojskowych w polskiej akademii — ale politycy patrzyli na to niechętnie.
Ocenił, że kwestię UPA i Wołynia należało postawić na ostrzu noża już na starcie — jako warunek właściwych relacji sąsiedzkich. Tego nie uczyniono. Tymczasem w szkołach podstawowych na zachodniej Ukrainie pojawiały się od lat podręczniki nawiązujące do UPA, pamięć o zbrodni wołyńskiej była systematycznie eliminowana z ukraińskiej przestrzeni publicznej, a ulice, szkoły i instytucje we Lwowie i całej zachodniej Ukrainie zaczęły nosić imiona Bandery i Szuchewicza. Film Smarzowskiego „Wołyń” był na Ukrainie zakazany.
Zełenski zrobił to celowo
Generał odrzucił narrację, że nadanie jednostce imienia „bohaterów UPA” było nieprzemyślanym błędem lub wypadkiem przy pracy. Jego zdaniem Zełenski świadomie wrzucił tę decyzję do polskiej piaskownicy politycznej, wiedząc jakie wywoła skutki. Efekt był zgodny z jego scenariuszem — Polska zaczęła się kłócić wewnętrznie, a w oczach opinii międzynarodowej zaczyna wyglądać na kraj awanturniczy i nieodpowiedzialny. To daje paliwo rosyjskiej wojnie hybrydowej i jednocześnie osłabia polską pozycję w negocjacjach o kształcie powojennego bezpieczeństwa w Europie.
Komornicki przypomniał przy tym wcześniejsze sygnały braku szacunku Zełenskiego wobec Polski: słynne wystąpienie w ONZ, w którym Ukraina zestawiła Polskę z Rosją przy okazji sporu o zboże, oraz fakt, że Zełenski odbył szereg kluczowych spotkań dyplomatycznych — w Waszyngtonie, Genewie, Londynie — bez udziału Polski, a ostatnio celowo ominął Jasionkę i leciał z Kiszyniowa.
Lewary istnieją — tylko ich nie używamy
Generał wymienił konkretne instrumenty nacisku, z których Polska nie korzysta: finansowanie systemu Starlink dla Ukrainy (Polska opłaca część kosztów), logistyczna rola Jasionki jako głównego hubu transferu wsparcia wojskowego, możliwość wstrzymania lub warunkowania poparcia dla akcesji Ukrainy do Unii Europejskiej. Ocenił, że Polska mogłaby zagrozić konkretnymi krokami — i że samo zagrożenie miałoby wartość.
Zastrzegł wyraźnie, że chodzi o ukaranie Zełenskiego, nie narodu ukraińskiego. Nastroje antyukraińskie wśród Polaków ocenił jako niebezpieczne zjawisko, które należy wygaszać — a nie nakręcać. Rosja jest głównym beneficjentem konfliktu polsko-ukraińskiego i to ona będzie go podgrzewać.
Co dalej
Generał ocenił, że sprawa zaszła za daleko, by liczyć na ukraińskie przeprosiny — ale to nie znaczy, że należy się pogodzić ze statusem quo. Pierwszym krokiem powinna być Rada Bezpieczeństwa Narodowego z udziałem zarówno prezydenta, jak i rządu, wypracowująca wspólne stanowisko. Polska przez lata zamiast tego wysyłała sprzeczne sygnały i licytowała się na pochwały — co tylko zachęcało Kijów do ignorowania polskich oczekiwań.
Komornicki zakończył stwierdzeniem, że relacje polsko-ukraińskie przestały być sprawą bilateralną — to kwestia europejska, dotycząca bezpieczeństwa wschodniej flanki NATO. Europa powinna zająć jednoznaczne stanowisko wobec gloryfikacji UPA, tym bardziej że Ukraina aspiruje do członkostwa w Unii Europejskiej. Polska nie może na to czekać biernie.