Piotr Zychowicz, publicysta historyczny i twórca kanału Historia Realna, rozmawiał z Bogdanem Rymanowskim o kryzysie w relacjach polsko-ukraińskich, o geopolityce i o swojej najnowszej książce „Polacy”. Rozmowa objęła zarówno bieżącą politykę, jak i historię ludobójstwa na Wołyniu — ze stanowiskiem nierzadko odbiegającym od dominującego w polskim dyskursie.
Odpowiedź Polski jest operetkowa
Zychowicz ocenił, że polska reakcja na nadanie jednostce wojskowej nazwy „bohaterów UPA” jest gestem pustym i operetkowym. Odebranie orderu to posunięcie, które Zełenskiego realnie nie zaboli — tym bardziej, że przez cztery lata wojny zebrał ich wiele i może nawet nie pamiętać wszystkich. Co więcej, nawet tego gestu Polska nie jest w stanie sprawnie przeprowadzić, bo kapituła Orderu Orła Białego się pokłóciła i podzieliła na zwolenników odebrania i przeciwników, a prezydent dostał niejasną rekomendację.
Zychowicz zaznaczył jednocześnie, że Zełenski sam zapędził się w kozi róg. Wiedział doskonale, że decyzja wywoła furię w Polsce — ale cofnięcie się teraz oznaczałoby, że ukraińska prawica i Prawy Sektor powiedzieliby mu, że „lachy mu dyktują jak ma nazywać swoje jednostki”. Znalazł się w sytuacji bez wyjścia — i tak źle, i tak niedobrze.
Polacy przyzwyczaili Zełenskiego, że może wszystko
Zychowicz postawił tezę, że Ukraina zdecydowała się na ten krok, bo Polska przez lata przyzwyczajała ją do bezkarności. Polska polityka wobec Ukrainy była prowadzona w trybie romantycznym, a nie realistycznym — tak jak miłość, a nie jak stosunki kupieckie. W realistycznym podejściu do polityki każde działanie jest natychmiast kwitowane wzajemnością. Polska tymczasem dawała czołgi, przyjmowała miliony uchodźców i nie przedstawiała weksli, oczekując, że Ukraina sama odwdzięczy się z wdzięczności. Wdzięczność jednak nie jest walutą polityczną — i to jest zdaniem Zychowicza główna przyczyna obecnego kryzysu.
Już w 2022 roku — ocenił — należało dawać sygnały, na jakich sprawach nam zależy. Prezydent Duda był symbolem tej polityki miłości i dostał za nią siarczystego klapsa. Podobnie Morawiecki i Kaczyński — zachowali się jak zakochani chłopcy, naiwnie i bez twardej kalkulacji interesów.
Lewary istnieją
Pytany o konkretne narzędzia nacisku, Zychowicz wymienił kilka. Ukraina nie wejdzie do Unii Europejskiej bez polskiej zgody — to jest najpoważniejszy lewar, choć Ukraińcy mogą zakładać, że Polska z czasem zmieni zdanie. Przez polskie porty, po zamknięciu czarnomorskich, idzie znaczna część ukraińskiego eksportu rolnego. Lotnisko Jasionka — choć Zychowicz zaznaczył, że to w praktyce enklawa amerykańska, więc ten lewar jest ograniczony. Polska może też sygnalizować, że pobyt Airbusa Zełenskiego w Balicach nie jest czymś danym raz na zawsze.
Kluczowe jest jednak — podkreślił — żeby nie tylko wykonywać gesty, lecz budować zdolność do konsekwentnego używania tych narzędzi. Polska zbyt często grozi, a potem się wycofuje — tak jak przy ustawie o IPN, kiedy pod naciskiem Izraela i Ameryki Polska się cofnęła. Ukraińcy to obserwują i wyciągają wnioski.
Mapa w gabinecie Budanowa i polska pozycja
Zychowicz przywołał relację z książki Parafianowicza: w gabinecie szefa ukraińskiego wywiadu Budanowa wisiała mapa przedstawiająca rozpad Rosji, na której obwód kaliningradzki był zaznaczony jako teren Niemiec — nie Polski ani państw bałtyckich. To pokazuje, jaką pozycję Polska zajmuje w ukraińskim myśleniu strategicznym. Ukraina nie postrzega się jako klient Polski — postrzega siebie jako dominujący podmiot w regionie, który po wojnie ma pretensje do roli centrum nowej architektury bezpieczeństwa.
Sondaż: 51,9% Polaków zmieniło nastawienie
Zychowicz powołał się na sondaż opublikowany w Rzeczpospolitej, według którego 51,9% Polaków zmieniło swoje nastawienie do Ukrainy w wyniku decyzji o nazwie jednostki. Jego zdaniem to może mieć poważne konsekwencje długofalowe: jeśli Ukraina będzie starała się wejść do UE i Polska zdecyduje się na referendum — wynik może być niekorzystny dla Kijowa. Zełenski, podejmując tę decyzję, mógł tego nie skalkulować.
Wołyń — AK zawiodła Polaków
Znaczna część rozmowy dotyczyła książki Zychowicza „Wołyń zdradzony” i jego tezy, że Armia Krajowa zawiodła ludność polską na Wołyniu. Zychowicz opierał się na szerokiej kwerendzie archiwalnej w Archiwum Akt Nowych, gdzie zachowały się teczki Delegatury Rządu na Kraj i Komendy Głównej AK.
Z tych dokumentów wynika, że już od jesieni 1942 roku do Warszawy napływały raporty ostrzegające przed organizowaniem się Ukraińców, ginięciem przedstawicieli polskich elit, zbieraniem broni. Pierwsze morderstwa zaczęły się w lutym 1943 roku w Parośli. Błagalne apele z Wołynia o pomoc były ignorowane przez wiele miesięcy. Rozkaz o stworzeniu partyzantki wydano 20 lipca 1943 roku — dziewięć dni po apogeum rzezi, kiedy w jedną noc zaatakowano 99 miejscowości.
Zychowicz ocenił, że byli ludzie i była broń — ale priorytetem Armii Krajowej była operacja Burza i zachowanie zasobów do walki z Niemcami. Dowódca AK traktował UPA jak kryminalną bandę, sprawę dla żandarmerii, a nie dla regularnego wojska. Kiedy wreszcie powstały oddziały partyzanckie, radziły sobie dobrze — UPA, która sprawnie mordowała bezbronnych cywilów, przegrywała z regularnymi oddziałami AK w otwartych starciach. Ale stało się to za późno.
Tytuł „Wołyń zdradzony” — wyjaśnił — nie jest jego własną oceną, lecz pochodzi bezpośrednio z dokumentów: tak właśnie czuli się ocaleni Wołyniacy, których relacje czytał.
UPA a żołnierze niezłomni — fałszywa symetria
Zychowicz odniósł się do porównania UPA do żołnierzy niezłomnych, które padło z ust wiceministra Szeptyckiego. Ocenił, że jest to porównanie absurdalne na dwóch poziomach. Po pierwsze, skala: zbrodnie polskiego podziemia, opisane w jego własnej książce „Skazy na pancerzach”, to łącznie niecały tysiąc ofiar — przy czym były to decyzje dowódców niskiego szczebla, często jako odwet. Po stronie UPA mamy sto tysięcy ofiar i decyzję zaplanowaną przez całą organizację na szczeblu Szuchewycza i prowodu OUN — czystkę etniczną i ludobójstwo. To różnica stu razy i zupełnie inna kwalifikacja prawna: z jednej strony zbrodnie wojenne, z drugiej ludobójstwo.
Po drugie, różnica w podejściu: Polska mówi otwarcie o ciemnych kartach własnej historii, wydaje o tym książki, IPN prowadzi badania. Po stronie ukraińskiej dominuje hagiograficzny, apologetyczny stosunek do własnej historii — stara komunistyczna forma zalana nową patriotyczną treścią.
Źródło okrucieństwa na Wołyniu
Rymanowski zapytał o źródło okrucieństwa zbrodni wołyńskich. Zychowicz wyjaśnił mechanizm strukturalny: regularne oddziały UPA — Kurenie — przełamywały opór polskich samoobrón, ale było ich za mało, żeby dokonać rzezi na taką skalę. Dlatego OUN zmobilizowała zwykłych ukraińskich sąsiadów, kusząc ich reformą rolną i ziemią po zamordowanych Polakach. Ci ludzie nie mieli karabinów — brali co mieli pod ręką: siekiery, widły. Stąd charakter zbrodni. Zychowicz zaznaczył jednocześnie, że nie ma złych i dobrych narodów — są tylko źli i dobrzy ludzie. ByliUkraińcy, którzy mordowali z bestialskim okrucieństwem, i byli tacy, którzy z narażeniem życia ratowali Polaków.
Geopolityka: Polska między Niemcami a Rosją
W szerszym geopolitycznym kontekście Zychowicz rozwinął swoją stałą tezę, którą określił jako nawiązanie do Stanisława Cata-Mackiewicza: Polska nie może być jednocześnie skonfliktowana z Niemcami i z Rosją. Historycznie katastrofy przychodziły zawsze wtedy, gdy oba mocarstwa sprzymierzały się przeciwko nam. Dziś jesteśmy w dobrej koniunkturze — Niemcy i Rosja są skonfliktowane. Jeśli to się zmieni, będziemy mieli poważny problem.
Dlatego ocenił, że polityka PiS polegająca na jednoczesnym konflikcie z Berlinem i Moskwą była błędem — ale służyła mobilizacji własnego elektoratu wychowanego na antygermanizmie z czasów PRL.
Jednocześnie podkreślił, że Polska powinna dążyć do pokoju — bo dwadzieścia lat prosperity, jakie za nami, może zostać zniszczone przez wojnę. Obserwując ukraińskie miasta pod rosyjskimi rakietami, widzi, jak szybko cały wysiłek pokoleń może pójść w gruzy.
Polityka historyczna kontra historia realna
Wątek ogólniejszy dotyczył sporu między „polityką historyczną” a „historią realną”, którą uprawia Zychowicz. Polityka historyczna — ocenił — zamiata pod dywan czarne karty i uwypukla te jasne. Jest hagiografią narodu. Historia realna pokazuje człowieka w całej złożoności, z sukcesami i upadkami, i zadaje pytanie o przyczyny klęsk zamiast szukać wyłącznie winnych na zewnątrz. Nawiązuje do Krakowskiej Szkoły Historycznej — Bobrzyńskiego i Szujskiego — którzy już w XIX wieku pytali, co Polacy zrobili nie tak, zamiast szukać winnych wyłącznie w sąsiadach.
Zychowicz odniósł się też do zarzutu, że ambasada rosyjska miała świętować wydanie jego książki o pakcie Ribbentrop-Beck. Ocenił to jako piramidalne kłamstwo — w tej książce pisał, że Polska powinna była rozwalić Związek Sowiecki i powiesić Stalina. Trudno sobie wyobrazić, żeby Rosjanie mieli z tego powód do świętowania.