Dr Małgorzata Bonikowska, prezeska Centrum Stosunków Międzynarodowych, była gościnią Pawła Pawłowskiego w programie „Newsroom” na kanale Wirtualna Polska News. Rozmowa dotyczyła oceny konferencji w Gdańsku poświęconej odbudowie Ukrainy, nieobecności prezydenta Zełenskiego, kulis decyzji Kijowa w sprawie polityki historycznej, a także szans polskiej gospodarki na udział w procesie odbudowy Ukrainy.
Konferencja w Gdańsku — sukces mimo zawirowań
Bonikowska oceniła konferencję dotyczącą odbudowy Ukrainy w Gdańsku jako nadspodziewanie udaną, biorąc pod uwagę napiętą atmosferę, w jakiej się odbywała. Przyznała, że towarzyszył jej chaos organizacyjny i nerwowość przed rozpoczęciem, jednak ostatecznie, jej zdaniem, zarówno część biznesowa, jak i polityczna wydarzenia zakończyły się sporym sukcesem dla Polski.
To nie polska konferencja, ale Polska dobrze na tym skorzystała
Ekspertka doprecyzowała, że nie zgadza się z tezą, jakoby to nieobecność prezydenta Ukrainy sprawiła, że temperatura sporu opadła i zrobiła więcej miejsca dla biznesu. Przypomniała, że jest to cykliczna konferencja darczyńców grupy G7, mobilizująca światowy kapitał wokół odbudowy Ukrainy — wcześniej odbywała się w Lugano, Berlinie i Rzymie, a w przyszłym roku odbędzie się w Tallinie. Wynegocjowanie organizacji tegorocznej edycji w Polsce uznała za samo w sobie duże osiągnięcie dyplomatyczne, niezależne od obecności czy nieobecności ukraińskiego prezydenta.
Szkoda, że zabrakło Zełenskiego — i szkoda polskich sporów wewnętrznych
Bonikowska wyraziła żal, że na konferencji zabrakło prezydenta Zełenskiego, ale również skrytykowała wpływ polskich sporów wewnętrznych — napięć na linii prezydent–premier i prezydent–rząd — na wydarzenia tej rangi. Oceniła, że coraz bardziej widoczna atmosfera nadchodzącej kampanii wyborczej (mimo że wybory odbędą się dopiero w październiku przyszłego roku) szkodzi polskiemu podejściu do bezpieczeństwa, polityki zagranicznej i relacji z Ukrainą, umniejszając znaczenie wydarzeń takich jak konferencja gdańska.
Kto zaczął spór — i dlaczego
Pawłowski przypomniał, że to decyzja prezydenta Zełenskiego o nadaniu jednostce wojskowej imienia „bohaterów UPA” zapoczątkowała całe zamieszanie i doprowadziła do jego nieobecności w Gdańsku. Bonikowska przyznała, że była to poważna pomyłka ze strony ukraińskiej, zaznaczając jednocześnie, że rozmawiała na ten temat z wieloma osobami po stronie ukraińskiej, które przedstawiały to jako element serii nominacji, niebędący świadomym, wymierzonym w Polskę aktem ze strony samego Zełenskiego. Przyznała jednak, że nie ma pewności, czy takie tłumaczenie jest prawdziwe.
Pawłowski zauważył, że późniejsza decyzja o ustawie ustanawiającej Panteon Bohaterów Ukrainy — wraz z deklaracją prezydenta, że nikt z zewnątrz nie będzie dyktował Ukraińcom wyboru bohaterów i sposobu opowiadania własnej historii — świadczy o świadomym kierunku obranym przez ośrodek prezydencki w Kijowie, co czyni trudnym do utrzymania tezę o przypadkowości wcześniejszej decyzji.
„Potencjalnie tykająca bomba” — brak deeskalacji
Bonikowska oceniła, że taki rozwój wydarzeń martwi, ponieważ nie służy relacjom polsko-ukraińskim. Podkreśliła, że po ruchu strony ukraińskiej powinna była włączyć się aktywna dyplomacja, dążąca do deeskalacji sytuacji, którą określiła jako „potencjalnie tykającą bombę” — stało się jednak dokładnie odwrotnie. Zdaniem ekspertki, w dużej mierze wynikało to z polskiego sporu wewnętrznego — prezydent Polski wykorzystał sytuację, uderzając nie tylko w Ukrainę, ale pośrednio też w rząd premiera Tuska i przygotowania do konferencji gdańskiej, co — jej zdaniem — nie było przypadkową zbieżnością czasową, biorąc pod uwagę, że wydarzenia te miały miejsce dosłownie kilka dni przed rozpoczęciem konferencji.
Polska nie idzie „jedną grupą”
Bonikowska zwróciła uwagę na symetryczny problem po stronie rządowej: decyzję polskiego rządu o niezaproszeniu polskiego prezydenta na konferencję w Gdańsku oceniła jako element tej samej politycznej kalkulacji odwetowej ze strony obozu rządzącego wobec obozu prezydenckiego. Podsumowała, że Polska nie działa jako jeden, spójny podmiot ponad podziałami politycznymi, co negatywnie odbija się zarówno na interesie państwa, jak i na postrzeganiu Polski przez inne kraje.
Odbudowa Ukrainy jako gigantyczna szansa gospodarcza
Odpowiadając na pytanie, jak polska gospodarka i przedsiębiorcy mogą realnie skorzystać na procesie odbudowy Ukrainy (w kontraście do niespełnionych obietnic korzyści gospodarczych po zaangażowaniu Polski w wojnę w Iraku), Bonikowska określiła odbudowę jako jeden z największych procesów gospodarczych nadchodzących lat, o wartości już liczonej w setkach miliardów dolarów — mimo że wojna wciąż trwa. Podkreśliła, że nie chodzi wyłącznie o fizyczną odbudowę zniszczeń, ale o całościową przebudowę kraju, dającą Ukrainie szansę na przeskoczenie kilku etapów rozwoju cywilizacyjnego, analogicznie do sytuacji Polski na początku lat 90., gdy brak wcześniejszych inwestycji w infrastrukturę pozwolił od razu budować rozwiązania nowoczesne, dostosowane do XXI wieku.
Efekt izraelski: dual-use i przemysł obronny jako koło zamachowe gospodarki
Ekspertka wskazała, że proces odbudowy angażuje kapitał międzynarodowy z krajów G7, ze szczególnym naciskiem na przemysł obronny — dziś stanowiący podstawowe koło zamachowe zarówno ukraińskiej, jak i szerzej europejskiej gospodarki. Obejmuje to inwestycje stricte wojskowe (broń, drony), infrastrukturę uwzględniającą zagrożenia (np. schrony), a także zjawisko technologii podwójnego zastosowania (dual-use) — zjawisko, które ukształtowało przez dekady rozwój technologiczny Izraela, zmuszonego od początku swojego istnienia do uwzględniania zagrożeń bezpieczeństwa zarówno w przemyśle wojskowym, jak i cywilnym. Bonikowska oceniła, że podobny mechanizm może rozwinąć się na Ukrainie, do której już teraz płyną gigantyczne środki prywatne i publiczne — na razie w ograniczonym stopniu ze względu na trwającą wojnę, ale ich skala wielokrotnie wzrośnie w przypadku rozejmu.
Geograficzna i kulturowa bliskość jako polski atut
Bonikowska podkreśliła, że Polska ma naturalną przewagę geograficzną i kulturową jako najbliższy Ukrainie kraj i potencjalny „hub” dla przedsięwzięć gospodarczych z nią związanych. Zwróciła uwagę, że na konferencji w Gdańsku obecna była duża delegacja japońska — dla firm z Japonii prowadzenie interesów na Ukrainie jest znacznie trudniejsze niż dla firm polskich, bliskich Ukrainie zarówno geograficznie, jak i mentalnie.
Polska traci pole na rzecz Niemiec i Danii
Mimo tych naturalnych atutów Bonikowska oceniła, że Polska wykorzystuje tę szansę bardzo nieumiejętnie. Powołując się na statystyki zaprezentowane podczas konferencji w Gdańsku, wskazała, że największa liczba wspólnych przedsięwzięć ukraińsko-europejskich pochodzi z Niemiec (pozycja numer jeden), a Dania zajmuje drugie miejsce — mimo że nie jest to kraj położony najbliżej geograficznie. Wyjaśniła to nie żadnym „spiskiem”, lecz tym, że oferty niemieckie i duńskie są znacznie lepiej przemyślane i dostosowane do faktycznych potrzeb ukraińskich — niemieccy i duńscy partnerzy analizują konkretne potrzeby i od razu przedstawiają gotowe rozwiązania, podczas gdy oferta polska, jej zdaniem, wypada pod tym względem gorzej.
Rozmowę przeprowadził Paweł Pawłowski w ramach cyklu „Newsroom”. Materiał dostępny na kanale Wirtualna Polska News na YouTube, liczącym dwieście szesnaście tysięcy subskrybentów. Opublikowany 29 czerwca 2026.