Filip Memches w Kanale Otwartym: samotność Polski w polityce historycznej i koniec idei Międzymorza?

Grzegorz Ślubowski rozmawiał w „Kanale Otwartym” z Filipem Memchesem, publicystą tygodnika „Do Rzeczy”, o awanturze wokół litewskiego oporu wobec unijnej rezolucji potępiającej gloryfikację UPA, o głębszych podziałach w europejskiej pamięci historycznej, kryzysie doktryny Giedroycia-Mieroszewskiego oraz o zbliżającej się rocznicy Krwawej Niedzieli.

Litewscy eurodeputowani przeciwko polskiej rezolucji

Ślubowski otworzył rozmowę od przypomnienia wpisu byłego dyrektora Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych Sławomira Dębskiego, który na platformie X napisał, że podczas głosowania nad uchwałą potępiającą Ukrainę za gloryfikację UPA w Parlamencie Europejskim wyróżniali się litewscy eurodeputowani – nakłaniali zachodnich kolegów do głosowania przeciwko tej rezolucji, występując tym samym przeciwko polskiej narracji.

Memches, zastrzegając, że nie sprawdzał dokładnie przynależności politycznej tych europosłów, przypuszczał, iż mogli wywodzić się ze Związku Ojczyzny – litewskiej partii o profilu konserwatywnym, należącej do Europejskiej Partii Ludowej, wyrastającej z ruchu Sajudis, litewskiego odpowiednika Solidarności z czasów schyłkowego okresu sowieckiego. Podkreślił, że kluczowym problemem jest tu głęboka różnica w pamięci historycznej między narodami regionu.

Różne wybory narodów bałtyckich i Ukrainy w czasie wojny

Memches wyjaśnił, że narody bałtyckie – Litwini, Łotysze i Estończycy, świadomie zastrzegając, że nie lubi tego zbiorczego określenia, bo są to odrębne narody – miały inną historię II wojny światowej niż Polska, podobnie jak Ukraina. Elity tych narodów, a przynajmniej ich część, w obliczu wyboru między dwoma okupantami, uznały Sowietów za gorszego wroga i zdecydowały się stanąć po stronie Niemiec przeciwko ZSRR – dotyczy to również Ukraińców z terenów należących niegdyś do II Rzeczpospolitej.

Ślubowski dopytał, czy to oznacza, że dzisiejsi eurodeputowani państw bałtyckich mogą lepiej rozumieć motywacje Ukraińców gloryfikujących UPA. Memches potwierdził, dodając, że choć rzadko wyrażane jest to wprost, taki przekaz niewątpliwie funkcjonuje – i pokazuje pewną samotność Polski w tym kontekście. Wyjaśnił, że w przeciwieństwie do wielu okupowanych krajów Europy (przywołał przykłady Francji i Norwegii z ich zinstytucjonalizowanymi formami kolaboracji), w Polsce nie istniały żadne zorganizowane, instytucjonalne formy współpracy z okupantem – byli szmalcownicy, były jednostkowe haniebne zachowania, ale nie organizacje polityczne. Głównym nurtem polskiej polityki podczas okupacji była jednocześnie antyniemieckość i antysowieckość, co – jego zdaniem – wyróżnia Polskę na tle Europy, ale jednocześnie skazuje ją na pewną samotność w polityce historycznej.

Rezolucja PE jako „rytualny antyfaszyzm”, nie empatia dla Polaków

Memches zauważył, że mimo iż przyjęta rezolucja krytykująca decyzję o nadaniu jednostce imienia UPA ostatecznie przeszła (choć bez ostrzejszych poprawek zgłaszanych przez prawicę), poparcie ze strony zagranicznych polityków ma w dużej mierze charakter koniunkturalny – wpisuje się w pewien „rytualny antyfaszyzm”, a nie wynika z empatii wobec Polaków. Wskazał, że jeszcze około 20 lat temu zachodnia lewica sprzeciwiała się stawianiu znaku równości między totalitaryzmem sowieckim a nazistowskim, uznając komunizm za ideę ze szlachetnymi założeniami, jedynie „wypaczoną” w wersji stalinowskiej. Ślubowski wtrącił w tym miejscu ironicznie: „Że jesteśmy fajni Europejczycy”, na co Memches odpowiedział, kontynuując ten ton: skoro „fajni Europejczycy” jeszcze 20 lat temu nie byli wcale skłonni do potępiania obu totalitaryzmów na równi, to dzisiejsza gorliwość ma charakter koniunkturalny.

Odnosząc się do zmiany tego klimatu, Memches wskazał na rolę Władimira Putina – reżim putinowski, przybierając pozory konserwatyzmu i prawicowości, jest w istocie hybrydą ideologiczną, łączącą odwołania do tradycyjnych wartości z pielęgnowaniem sowieckiej symboliki (jak sprzeciw wobec demontażu mauzoleum Lenina czy noszenie przez rosyjskich żołnierzy czerwonych sztandarów) oraz gloryfikacją stalinowskiego imperium jako pogromcy III Rzeszy. To sprawiło, że w dyskursie zachodnim Ukraina zaczęła być przedstawiana jako ofiara rosyjskiego kolonializmu – narracja, która dobrze wpisuje się w schematy lewicowe. Memches ocenił, że Polska „rzuciła granat” do tej debaty, przypominając, że nazizm i faszyzm to nie tylko przeszłość, ale zjawisko wracające poprzez dzisiejsze wydarzenia na Ukrainie, mimo iż sami Ukraińcy podkreślają, że gloryfikacja UPA nie jest wymierzona w Polskę, lecz ma przypominać etos walki ze Związkiem Sowieckim.

Warstwa czystych interesów: rywalizacja o Międzymorze

Ślubowski zapytał, czy poza warstwą pamięci historycznej nie istnieje też warstwa czysto politycznych interesów – rywalizacja o rolę lidera Europy Środkowej między Polską a Ukrainą. Zdradził, że z własnych kontaktów politycznych wie, iż od pewnego czasu działania Litwy irytują polskich polityków – Litwa ustawia się w roli arbitra między Polską a Ukrainą, jednoznacznie stając po stronie tej drugiej (przywołał także spór o drony).

Memches przyznał rację tej interpretacji, wskazując na kluczowy spór o kwestię podmiotowości Polski wobec zachodnioeuropejskich mocarstw. Polska, a zwłaszcza jej prawicowa część klasy politycznej i prezydent, wykazuje asertywność wobec Niemiec, podnosząc temat suwerenizmu w sporach o przyszłość integracji europejskiej. Państwa bałtyckie i potencjalnie Ukraina, ustawiając się w roli „klientów Niemiec”, ponieważ Niemcy celowo grają na te państwa, wpisują się w opcję niemiecką – co Memches skomentował gorzko ironicznym porównaniem do lat 30. Wskazał, że polska polityka historyczna koliduje dziś z polityką historyczną Ukrainy i państw bałtyckich, co jest na rękę Niemcom – kraj ten skrupulatnie kultywuje wizerunek „mocarstwa moralnego”, które rozliczyło się ze swoją przeszłością, i w ten sposób przekazuje Polsce komunikat: „potępiamy faszyzm i nazizm, ale wy też macie swoje trupy w szafie, zajmijcie się Jedwabnem”. Przypomniał, że jeszcze w kadencji Parlamentu Europejskiego 2004–2009 eurodeputowani z Polski i krajów bałtyckich jednym głosem domagali się postawienia znaku równości między III Rzeszą a Związkiem Sowieckim, a dziś sytuacja diametralnie się skomplikowała.

Rewizja mitu doktryny Giedroycia-Mieroszewskiego

Ślubowski zapytał wprost, czy to koniec idei giedroyciowskiej koncepcji ULB (Ukraina, Litwa, Białoruś), będącej fundamentem polskiej polityki wschodniej od 1991 roku, niezależnie od tego, kto rządził w Polsce. Memches zgodził się, że doktryna ta była ważnym punktem odniesienia ponad podziałami politycznymi – wpisał się w nią nawet obóz postkomunistyczny – aż do roku 2007, kiedy nowy rząd zmienił ten paradygmat pod wpływem międzynarodowej koniunktury: oczekiwań resetu z Rosją ze strony Niemiec oraz amerykańskiego resetu rosyjsko-amerykańskiego po wyborze Baracka Obamy w 2008 roku. Ocenił, że ówczesna polska władza wpisała się w tę koniunkturę w sposób, jego zdaniem, nadgorliwy, daleko posunięty w układaniu się z Kremlem – wprost, expressis verbis ogłaszając wówczas „koniec doktryny Giedroycia”, skoro państwa buforowe już powstały. Przywołał krytykę tej zmiany paradygmatu ze strony Bogdana Osadczuka, ukraińskiego historyka emigracyjnego, bliskiego współpracownika Jerzego Giedroycia, który określił ją jako powrót do endeckiej geopolityki i ukłon w stronę Rosji kosztem Ukrainy.

Memches rozwinął tezę, że w Polsce nie toczy się rzetelna debata o samej doktrynie Giedroycia, lecz o jej „legendzie” – podstawowym mitem jest przekonanie, że stanowi ona kontynuację geopolityki jagiellońskiej i myśli Piłsudskiego, podczas gdy w rzeczywistości było zupełnie inaczej. Przywołał tekst Juliusza Mieroszewskiego, opublikowany na łamach paryskiej „Kultury” w 1974 roku, wyłożenie myśli samego Giedroycia (który sam niewiele publikował, będąc przede wszystkim redaktorem). Doktryna zakładała powstanie trzech buforowych państw, ale u jej podstaw leżało przekonanie, że Rosja przestanie być imperium, a jednocześnie Polska musi przepracować własną imperialną przeszłość i zrezygnować z sentymentów za utraconymi Kresami, Lwowem i Wilnem – co stanowiło, jak podkreślił Memches, postawę krytyczną wobec idealizowanej geopolityki jagiellońskiej, zakładającej odpychanie Rosji poprzez obecność Polski na wschodnich rubieżach.

Naiwność Giedroycia wobec Rosji

Memches zwrócił uwagę na zaskakujący aspekt doktryny: nie była ona konfrontacyjna wobec Rosji – wbrew popularnemu dziś na prawicy wyobrażeniu o „szabelce na Rosję”. Giedroyc zakładał, że po rozpadzie ZSRR i upadku komunizmu władzę w Rosji obejmą ludzie bliscy środowisku paryskiej „Kultury”, czyli rosyjska emigracja, z którą Polska mogłaby znormalizować stosunki. Stało się jednak inaczej – prezydentem Rosji został były oficer KGB, a nową rosyjską elitę władzy ukształtowali ludzie odrzucający komunizm w warstwie ideologicznej, ale głęboko sentymentalnie związani z sowieckim imperium jako takim. Memches przywołał ciekawostkę: w wywiadzie udzielonym w 1991 roku Natalii Gorbaniewskiej, znanej tłumaczce i rosyjskiej dysydentce – Ślubowski od razu rozpoznał tę postać, komentując z uznaniem „No to znała osobistość”, na co Memches krótko potwierdził: „Tak, wielka postać” – Giedroyc, określający się jako kulturowy rusofil, sugerował konieczność przeprowadzenia plebiscytów na części wschodnich terenów Ukrainy, co dziś, jak ocenił Memches, byłoby odbierane jako „ruska onuca”. Skonkludował, że doktryna Giedroycia jest dziś przedstawiana w sposób zniekształcony zarówno przez jej zwolenników, jak i krytyków.

Czy to lata 30. – i co naprawdę dzieli Polskę z Ukrainą

Ślubowski zapytał, czy dzisiejsza sytuacja przypomina lata 30. Memches to zdecydowanie odrzucił, wskazując na kluczową różnicę: istnienie odrębnych, w miarę jednolitych etnicznie państw, co eliminuje potencjał konfliktów na tle etnicznym w skali, jaka istniała w II RP. Wyraził przy tym przekonanie, że wybuch wojny w 2022 roku i związany z nim exodus ludności ukraińskiej do Polski mógł być korzystny dla Kremla, ponieważ stworzył warunki dla dzisiejszych napięć polsko-ukraińskich wewnątrz samej Polski – co powinno uświadamiać wartość posiadania państwa jednolitego etnicznie.

Memches postawił tezę, że historia może być dziś raczej pretekstem i „paliwem” dla sporu wynikającego z rozbieżności interesów bieżących – gospodarczych, handlowych i geopolitycznych, zwłaszcza różnicy w stosunku Polski i Ukrainy do Niemiec i Unii Europejskiej: Ukraina wyraźnie dąży do roli „klienta” UE, unikając antagonizowania Brukseli. Zauważył, że interesującym scenariuszem byłoby postawienie Ukrainy „do pionu” w kwestiach historycznych, na wzór Chorwacji zmuszonej do rozliczenia się z dziedzictwem ustaszowskim – zastrzegł jednak, że stawka wojny na Ukrainie jest zupełnie inna niż konflikt bałkański lat 90.

Obawa przed prowokacjami w rocznicę Krwawej Niedzieli

Ślubowski zapytał o zbliżającą się rocznicę Krwawej Niedzieli, która w tym roku ma być obchodzona wyjątkowo intensywnie, przywołując wypowiedzi szefa ukraińskiego wywiadu wojskowego (HUR) Kyryło Budanowa, sugerujące, że „coś się szykuje”. Memches przyznał, że obawia się przede wszystkim prowokacji – skoro konflikt i eskalacja mogą przynieść komuś korzyść, zawsze pojawia się pytanie, komu na tym zależy, przy czym oczywiste jest, że antagonizm polsko-ukraiński leży w interesie Rosji, choć – jak zaznaczył – to sama Ukraina w pewnym sensie „podaje piłkę Kremlowi”, trwając przy czczeniu nacjonalistów odpowiedzialnych za masowe mordy niewinnych ludzi, co dostarcza Rosji argumentu do oskarżeń o neonazizm.

Memches podkreślił, że mimo wszystko trzeba równolegle przypominać, iż nie istnieje żadna wspólna płaszczyzna pamięci historycznej z Rosją, a rosyjska polityka historyczna w sposób fundamentalny zakłamuje prawdę o II wojnie światowej i okupacji sowieckiej.

Czy Ukraina zdejmie UPA ze sztandarów?

Ślubowski zapytał, czy wierzy w to, że władze ukraińskie odejdą od kultu UPA, przypominając wcześniejszą tezę Memchesa, że ukraiński nacjonalizm ma wiele twarzy i nie wszyscy na Ukrainie są zwolennikami tego kultu – wręcz może to być mniejszość. Memches ocenił, że wiele zależy od przebiegu samej wojny: im dłużej będzie się ona przedłużać, tym większy wpływ polityczny będą zyskiwać środowiska nacjonalistyczne, zarówno tradycyjni nacjonaliści z zachodniej Ukrainy, jak i Ruch Azowski, oddziałując nawet na polityków niebędących nacjonalistami. Podkreślił, że kluczowa jest tu postawa Europy Zachodniej, nie samej Polski, która w tej sprawie pozostaje osamotniona – jeśli główni gracze unijni zaczną naciskać na Ukrainę w kwestiach historycznych, sytuacja może się zmienić, ale jeśli będą podchodzić do tego wyrozumiale, nic się nie zmieni.

Memches spekulował także, czy decyzja prezydenta Zełenskiego o nadaniu jednostce imienia UPA mogła być obliczona nie na relacje z Polską, lecz na zdobycie punktów politycznych wewnątrz kraju, wśród żołnierzy przyzwyczajonych już do takich gestów – i że nieoczekiwanie silna reakcja polska mogła wynikać z napięć niehistorycznych z natury, dla których historia posłużyła jedynie jako pretekst, ujawniając konflikty, które i tak istniały, choć wcześniej pozostawały przykryte.

Niepewne zakończenie

Ślubowski podsumował, że to niezbyt optymistyczne zakończenie rozmowy. Memches przyznał to wprost, wskazując na głębokie różnice w pamięci historycznej jako źródło tego pesymizmu, zastrzegając jednocześnie, że nieprzewidywalna polityka zachodnioeuropejska może jeszcze przynieść zmiany układu sił, które przełożą się na nowe podejście do Ukrainy, a tym samym zmienią też sytuację Polski.


Rozmówcą Grzegorza Ślubowskiego w programie „Kanał Otwarty” był Filip Memches, publicysta tygodnika „Do Rzeczy”. Materiał na YouTube. Premiera 10 lipca 2026.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *