Gen. Leon Komornicki, były zastępca Szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, był gościem kanału „NaJaremu” w programie „Prześwietlenie”, nagranym w 83. rocznicę Krwawej Niedzieli. Generał, którego rodzina pochodziła z Kresów i padła ofiarą wydarzeń na Wołyniu, mówił o decyzji prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu elitarnej jednostce Sił Zbrojnych Ukrainy imienia „bohaterów UPA”, o osobistej historii rodzinnej związanej z Kresami oraz o szerszej strategii bezpieczeństwa Polski wobec Ukrainy i Rosji.
„Jakby mnie ktoś napluł w twarz”
Zapytany, co poczuł, gdy pierwszy raz usłyszał o decyzji Zełenskiego, gen. Komornicki odpowiedział, że każdy Polak mierzący swoją obecność kategoriami etyki i odpowiedzialności za państwo powinien poczuć się tak, jakby ktoś napluł mu w twarz. Zaznaczył, że nie są to emocje, lecz zachowany spokój i właściwa miara oceny tego zachowania – łączy nas bowiem wspólna historia sowieckiego zniewolenia, w którym Ukraińcy byli aktywnymi uczestnikami, zajmując wiele kluczowych stanowisk w sowieckiej armii i aparacie władzy.
Na argument, że Ukraińcy postrzegają UPA jako organizację walczącą o niepodległość, generał odpowiedział pytaniem o czas – gdy Ukraina stała się częścią Związku Sowieckiego, część jej mieszkańców miała wybór między złożeniem broni i rozstrzelaniem przez NKWD a dalszą walką o przetrwanie. Zestawiając to z polskim etosem żołnierzy wyklętych, podkreślił zasadniczą różnicę: Armia Krajowa stworzyła jedno z największych ruchów podziemnych w okupowanej Europie, podczas gdy ukraińscy nacjonaliści przystąpili do sojuszu z hitlerowskimi Niemcami, połączeni wspólną ideologią nazizmu i faszyzmu – i to jest, jego zdaniem, jedyna wspólna płaszczyzna historyczna między oboma epizodami. Problemem jest to, że współczesna Ukraina buduje na tej ideologii swoją państwowość, strategię bezpieczeństwa i doktrynę militarną, mimo że jest ona obarczona zbrodnią ludobójstwa wobec niewinnych sąsiadów, nie zbrojnych przeciwników.
Generał przywołał własne doświadczenie – po powrocie z Kanady zainteresował się losem ukraińskich zbrodniarzy wojennych, którzy uniknęli walki w armii sowieckiej i za pośrednictwem Watykanu trafili do Ameryki Północnej, gdzie cieszyli się takim samym szacunkiem jak polscy weterani z Brygady Spadochronowej, Dywizji Pancernej gen. Maczka czy Korpusu gen. Andersa. Przypomniał, że dywizja SS Galizien, utworzona przez ukraińskich ochotników, walczyła po stronie Hitlera i dokonywała zbrodni nie tylko na Wołyniu, ale i w rejonie tarnopolskim, prowadząc systematyczne czystki etniczne, których ofiarami – jak dodał – byli też Węgrzy na Zakarpaciu, temat, o którym w Polsce mało się mówi, mimo że mieszkająca tam mniejszość węgierska cierpi z tego powodu mocno również dziś. Generał zaznaczył przy tym, że premier Węgier Viktor Orbán, formułując swoje zastrzeżenia wobec Ukrainy, miał w tej sprawie „trochę racji”.
Osobista historia rodzinna z Kresów
Zapytany o osobisty wymiar tej historii, generał podkreślił, że stara się nie mieszać emocji z oceną jako Polaka, choć historia dotyka go bezpośrednio. Opowiedział, że w jego rodzinnym domu Ukraińcy byli postrzegani pozytywnie aż do czasu zbrodni wołyńskiej – byli sąsiadami, z którymi istniały bliskie relacje, w tym małżeństwa mieszane, a ukraińskie dzieci uczęszczały do polskich szkół, ucząc się języka polskiego, co generał przywołał jako dowód panującej wówczas na Kresach tolerancji. Wskazał, że fala przemocy rozprzestrzeniała się stopniowo z zachodniej Ukrainy na Lwowszczyznę i region tarnopolski, a jeszcze przed wkroczeniem Niemców część Ukraińców nosiła czerwone opaski, wskazując polskie rodziny inteligenckie do sowieckich wywózek – to był, jego zdaniem, pierwszy akt zdrady.
Podkreślił, że Ukraińcy nie tolerowali nawet małżeństw mieszanych – w jego rodzinie takie związki istniały, a ich uczestnicy byli często mordowani lub zmuszani do ucieczki, tracąc cały dobytek. Zestawił to z postawą Białorusinów, którzy – mimo że wielu z nich służyło w armii sowieckiej – nigdy nie dopuścili się podobnych zbrodni na Polakach ani nie tworzyli analogicznych formacji zbrojnych, a mimo to nigdy nie doczekali się żadnego gestu pojednania ze strony ukraińskiej, w przeciwieństwie do pewnych, choć ograniczonych, prób ze strony ukraińskiej. Wspomniał też o rodzinnych losach związanych z Kresami – matka urodzona w Baranowiczach, dziadek jako osadnik wojskowy Piłsudskiego wywieziony na Sybir bez powrotu.
„To nie jest incydent, to jest cios zadany z premedytacją”
Odnosząc się wprost do decyzji Zełenskiego z 2026 roku, generał przyznał, że choć nie demonstrował tego publicznie, decyzja go dotknęła – ocenił ją jako cios zadany świadomie, w odpowiednim czasie i kontekście trwającej wojny oraz współpracy polsko-ukraińskiej. Prowadzący zapytał, jaki interes miałaby w tym Ukraina, przypominając skalę polskiej solidarności z 2022 roku – kolejki na granicach, prywatne zbiórki, rodziny czekające na powrót ojców z frontu.
Komornicki odpowiedział, że mamy do czynienia z powtórką historii z innego okresu – Polska okazuje serce i oddanie, a strona ukraińska uderza w zamian, tak jak miało to miejsce w czasie wojny. Ocenił, że proces ten miał charakter pełzający, sięgający lat 90., i przebiegał etapami: najpierw na zachodniej Ukrainie odgrzebywano bohaterów UPA, nazywano ich imieniem ulice i szkoły, a od 2017 roku wprowadzono podręczniki szkolne z symboliką UPA obecną już od nauki alfabetu, przy całkowitym przemilczeniu Wołynia, kolaboracji z Niemcami i mordów na Żydach. Zaznaczył, że mimo tych sygnałów Polska od 2014 roku nie reagowała, wspierając przemiany demokratyczne na Ukrainie bez zastrzeżeń.
Drugim etapem, jak wyjaśnił generał, było przeniesienie tej symboliki po 2014 roku na centrum i wschód Ukrainy, wraz z żołnierzami rekrutowanymi z zachodu kraju wysyłanymi do walki w Donbasie – przywrócono wówczas m.in. święto powołania UPA i pozdrowienie „Sława Ukrainie”. Skrytykował brak jakiejkolwiek reakcji ze strony polskich władz i ambasady, w tym brak żądań ekshumacji szczątków ofiar wciąż leżących w bezimiennych miejscach na Kresach, które – jak ocenił – nigdy nie doczekają się już godnego pochówku.
„To są ludzie ukształtowani przez Związek Sowiecki”
Generał określił dzisiejszą ukraińską „wierchuszkę” władzy jako ludzi ukształtowanych mentalnie przez system sowiecki – „homo sovieticus” myślących kategoriami rosyjskimi, mimo deklarowanego dążenia ku Europie. Zwrócił uwagę, że wielu Ukraińców, którzy znaleźli schronienie w Polsce, pochodzi ze wschodniej, nie zachodniej Ukrainy – ci z zachodu w większości poszli walczyć – co jego zdaniem oznacza, że wśród przybyszy może znajdować się ukryta agentura, o której polskie państwo nie ma pełnej świadomości, co określił jako dowód na to, że Polska funkcjonuje „jak dzieci we mgle”, jako państwo „z dykty”, budujące politykę na emocjach i krótkoterminowych interesach zamiast dalekowzrocznej strategii.
Odnosząc się do samego prezydenta Zełenskiego, generał przypomniał, że przed wojną otwarcie ośmieszał Władimira Putina, bawiąc w Moskwie, w czasie gdy jego rodacy ginęli na wschodzie kraju w 2014 roku – nie oceniając jednak negatywnie faktu, że nie uciekł z Kijowa w 2022 roku, przyznał, że rzeczywistym bohaterstwem wykazał się naród ukraiński, nie sam prezydent i jego otoczenie. Odnosząc się bezpośrednio do bliskiego kręgu prezydenta, w tym do szefa jego administracji Andrija Jermaka, generał ocenił, że kierowali się oni myśleniem typowo rosyjskim – korupcją i dążeniem do maksymalnego wzbogacenia się w swoim najbliższym otoczeniu, zwłaszcza jeszcze przed wybuchem pełnoskalowej wojny.
Prowadzący, komentując tę relację, zapytał wprost, dlaczego Ukraina zdecydowała się „zdradzić swojego adwokata w Europie” – nawiązując do roli, jaką Polska pełniła dotąd jako rzecznik ukraińskich interesów na forum unijnym.
Docenienie ukraińskiej armii przy krytyce jej przywództwa
Generał zdecydowanie ostrzegł przed lekceważeniem przeciwnika, zarówno rosyjskiego, jak i ukraińskiego – określił jako błąd nazywanie rosyjskich żołnierzy obraźliwymi epitetami, co uznał za powielanie rosyjskiej narracji mającej na celu uśpienie czujności przeciwnika. Posłużył się przy tym metaforą bokserską: bokserzy, którzy są przekonani o swojej sile i mają wrażenie „żelaznej szczęki”, ponieważ nigdy nie zostali dotkliwie trafieni, przegrywają właśnie dlatego, że wcześniej czy później zostają trafieni – nielekceważenie przeciwnika jest, jego zdaniem, pierwszym krokiem do uniknięcia klęski. Podkreślił, że Ukraińcy są świetnymi żołnierzami i dowódcami, szybko uczącymi się na doświadczeniach wojny, i zbudowali zdolności obronne oparte na nowoczesnych technologiach – produkują dziś około 2,5 miliona dronów rocznie, w tym kilka tysięcy szturmowych dronów dalekiego zasięgu typu kamikaze, zajmując drugie miejsce na świecie pod tym względem po Rosji (3,5 miliona).
Odniósł się krytycznie do własnego środowiska wojskowego, przypominając, że w czasach jego służby jako zastępcy szefa sztabu zachodni generałowie – wymienił z nazwiska Johna Galvina, Colina Powella, a także generałów Hoffmana i Montchale’a – traktowali polskich oficerów jako ekspertów od radzieckiej doktryny wojskowej, prosząc o dzielenie się tajnymi planami i wiedzą Układu Warszawskiego podczas pierwszych w historii wizyt zachodnich wojskowych w polskim sztabie. Wspomniał również, że podczas swojej służby miał okazję ćwiczyć z wykształconymi na Zachodzie oficerami irańskimi, których określił jako ludzi „niezwykle światłych”. Ocenił ostro, że współcześni zachodni dowódcy w ogóle nie wiedzą dziś, jak prowadzić wojnę na europejskim teatrze działań, ponieważ tę wiedzę i doktrynę świadomie zarzucono w zachodnich akademiach wojskowych po zakończeniu zimnej wojny.
Bronił decyzji o przekazaniu Ukrainie polskich czołgów, podkreślając jednocześnie zasadę, że „nie ma czegoś takiego jak bezinteresowna pomoc” – to tylko naiwni ludzie w to wierzą – i krytykował brak jasno zdefiniowanej polskiej strategii wobec konfliktu na Ukrainie, zwracając uwagę, że obowiązująca dziś strategia bezpieczeństwa państwa pochodzi jeszcze z okresu przed pandemią COVID-19 i nie obejmuje wojny.
„Nie są Europejczykami” – ukraińska i rosyjska mentalność
Prowadzący przywołał wypowiedź premiera Donalda Tuska, że żadne porozumienie zawarte „ponad naszymi głowami” nie zostanie zaakceptowane przez Polskę, w kontekście spotkania Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii i Zełenskiego bez udziału Polski. Generał zauważył z ironią, że premier ogłosił to dopiero po tym, jak Zełenski „napluł nam w twarz”, a wcześniej Polska pozostawała bierna. Ocenił, że Ukraińcy i Rosjanie dzielą tę samą cywilizacyjną mentalność ukształtowaną przez cyrylicę i wspólną historię – „to nie są Europejczycy”, mimo deklarowanego dążenia do wejścia do Unii Europejskiej.
Na pytanie, czy banderyzm może być wartością europejską, generał odpowiedział, że dyskryminacja Polaków na Ukrainie to fakt przemilczany, podobnie jak masowy zwrot polskich odznaczeń przez ukraińskich polityków i wojskowych po decyzji prezydenta Nawrockiego o odebraniu Zełenskiemu Orderu Orła Białego – co, jego zdaniem, dodatkowo upokarza Polskę. Ocenił ukraińską strategię jako czytelną: budowa tożsamości narodowej na ideologii banderowskiej miała celowo doprowadzić do skłócenia i osłabienia Polski poprzez rozgrywanie konfliktu historycznego.
Postulaty: Rada Bezpieczeństwa, sankcje wobec Zełenskiego, nie narodu
Generał zaapelował o zwołanie Rady Bezpieczeństwa Narodowego i wypracowanie wspólnego stanowiska wobec zaistniałej sytuacji, podkreślając, że ukarany powinien zostać prezydent Zełenski, nie naród ukraiński. Wskazał, że Polska dysponuje realnymi narzędziami nacisku – przejściami granicznymi, lotniskiem-hubem logistycznym w Rzeszowie, finansowaniem terminali Starlink – i powinna dać jasno do zrozumienia, że Ukraina z banderyzmem nie wejdzie do Unii Europejskiej, budując koalicję sojuszników w tej sprawie: Węgrów, prawdopodobnie Słowaków oraz diasporę żydowską.
Generał ocenił, że cała sytuacja pozwoliła Ukrainie osiągnąć „jednym ciosem” kilka celów naraz: ośmieszenie Polski, zdyskredytowanie jej na arenie międzynarodowej oraz faktyczne odsunięcie polskich firm od udziału w kontraktach związanych z odbudową Ukrainy – wszystko to w przededniu ustalania warunków zakończenia wojny oraz gwarancji bezpieczeństwa dla wschodniej flanki NATO, w kontekście osłabiającej się obecności amerykańskiej w regionie i poszukiwania przez Waszyngton głównego sojusznika w tej części Europy. Ocenił krytycznie zachodnich przywódców, których określił mianem „kierowników”, nie prawdziwych przywódców, biorących udział w spotkaniach dotyczących odbudowy Ukrainy (Genewa, Londyn) bez udziału Polski, mimo że to polskie firmy bywają wypychane z ukraińskiego rynku, a intratne kontrakty zbrojeniowe trafiają do firm zachodnich, w tym budowanej przez Rheinmetall fabryki czołgów.
Skrytykował ostro polską strategię obronną opartą na tzw. „kozach betonowych”, zaprezentowanych na poligonie w Orzyszu, oceniając ten pomysł jako kompromitujący i nieadekwatny wobec zagrożenia – Polska powinna, jego zdaniem, budować zdolności ofensywno-obronne na terenie potencjalnego przeciwnika, a nie liczyć na statyczne przeszkody. Zaznaczył, że mimo budowy największej armii lądowej w Europie, bez spójnej strategii wysiłek ten może pójść na marne.
Rywalizacja o rolę „bramkarza” i strategiczna pozycja Ukrainy
Prowadzący zaproponował interpretację, że silna, „oczyszczona” Ukraina może być wygodna dla Zachodu jako swoisty „bramkarz” powstrzymujący Rosję bez bezpośredniego angażowania NATO. Generał nie odrzucił tej koncepcji, zauważając, że w obecnej grze geopolitycznej każdy kraj regionu szuka dla siebie nowej pozycji w układzie, który wyłoni się po zakończeniu wojny – nie chcąc być jedynie „mięsem armatnim” na usługach innych, lecz podmiotem wpływającym na decyzje sojusznicze, tak jak Korea Południowa na Dalekim Wschodzie, Izrael na Bliskim Wschodzie czy Turcja w swoim regionie. Ocenił, że Ukraina już dziś buduje taką pozycję „moderatora” na wschodniej flance, a Polska powinna dążyć do analogicznej roli, opartej na jasno zdefiniowanej strategii i celu politycznym.
Zdrada na wschodzie Ukrainy w 2022 roku i sytuacja z migami
Odnosząc się do początkowej fazy pełnoskalowej inwazji rosyjskiej, generał przypomniał, że wbrew oczekiwaniom Putina Rosjanie nie zostali powitani jako wyzwoliciele nawet na prorosyjskim wschodzie kraju, choć podkreślił, że doszło tam także do aktów zdrady – rozminowania przesmyku między Krymem a lądem, co umożliwiło rosyjski desant w kierunku Azowa, gdzie broniła się dopiero co zmobilizowana brygada, zasilana głównie żołnierzami z zachodniej Ukrainy.
Na sugestię prowadzącego, czy nie należało „machnąć ręką” na kwestię UPA i poczekać, aż zachodnie firmy podpiszą kontrakty gospodarcze z Ukrainą, generał odpowiedział, że te kontrakty już dawno zostały rozdane zachodnim firmom podczas spotkań w Genewie i Londynie – Ukraina zdążyła pozyskać cenne technologie i podpisać lukratywne umowy zbrojeniowe, w tym z Rheinmetall. Zauważył przy tym, że Ukraina, otrzymując zapowiedziane 90 miliardów wsparcia do końca roku, kalkuluje, iż właśnie do końca roku należałoby dążyć do zawarcia pokoju – i w tym czasie zdołała zbudować, jak to określił, „dostateczną wystarczalność obronną” opartą na nowoczesnych technologiach, mimo że jednocześnie olbrzymie sumy padły ofiarą korupcji, a duże pieniądze zostały przetransferowane przez otoczenie władzy. Przywołał anegdotę o odmowie przyjęcia przez Ukrainę polskich samolotów MiG w zamian za technologię dronową – Ukraińcy mieli ocenić je jako przestarzałe, co generał skomentował z pewnym zrozumieniem, wskazując na ogromny postęp ukraińskiej produkcji dronowej.
Prowadzący zapytał wprost, kto ponosi odpowiedzialność za te zaniedbania – prezydent, premier, czy generałowie? Komornicki odpowiedział, że winni są wszyscy – cała klasa polityczna, niezależnie od opcji politycznej, w tym również opozycja, która dysponowała pełną swobodą wypowiedzi, lecz nie wykorzystała jej do jasnego zdefiniowania polskich oczekiwań wobec Ukrainy.
Cytat ministra Sybihy i groźba działań odwetowych
Prowadzący i generał odnieśli się do wypowiedzi ukraińskiego ministra spraw zagranicznych Andrija Sybihy, który odebranie Orderu Orła Białego określił jako uderzenie w honor i godność prezydenta oraz armii ukraińskiej. Generał skomentował to jako przewrotne odwrócenie sytuacji – zamiast refleksji nad własną decyzją, strona ukraińska oskarża Polskę, a Sybiha miał nawet zasugerować możliwość „działań odwetowych” ze strony Ukrainy, co generał uznał za szczególnie niepokojące.
Kłótnia Trump-Zełenski i ocena zachowania obu stron
Prowadzący przywołał komentarz dziennikarza (najpewniej red. Bartosza Parafianowicza) na temat bezprecedensowej, publicznie transmitowanej kłótni między prezydentem USA Donaldem Trumpem a Zełenskim w Gabinecie Owalnym. Generał ocenił, że doradcy obu stron byli kompletnie zaskoczeni tym incydentem, tłumacząc go tą samą, nieeuropejską mentalnością, bezwzględną i pozbawioną szacunku dla konwenansów, wynikającą z faktu, że sytuacja zaszła już na tyle daleko, iż obie strony czuły się na tyle pewnie, by pozwolić sobie na taki wybuch.
Brak jedności Europy wobec Rosji i prognoza na przyszłość
Generał wyraził przekonanie, że prędzej czy później dojdzie do zbliżenia między Francją, Niemcami, Wielką Brytanią a Rosją – w poszukiwaniu dostępu do rosyjskich surowców energetycznych, zwłaszcza w kontekście niestabilności na Bliskim Wschodzie. Zaznaczył, że nie ma jednolitego europejskiego stanowiska wobec zamrożonych rosyjskich aktywów, co, jego zdaniem, jest tego dowodem. Ocenił, że Chiny, mimo posiadanej siły militarnej, nie są zainteresowane wojną, realizując zamiast tego strategię ekonomicznego wpływu poprzez inicjatywę Pasa i Szlaku.
Podsumowując, generał podkreślił, że mimo krytyki wobec Zełenskiego i jego otoczenia nie można zarzucić im działania wbrew ukraińskiemu interesowi narodowemu – problemem jest to, że działają wbrew interesom Polski. Zaapelował o wypracowanie jasnej, aktywnej strategii wobec Ukrainy, definiowanej przez Polskę, a nie biernie oczekującej na sygnały z zewnątrz, kończąc pytaniem retorycznym, gdzie były w tym czasie odpowiednie instytucje – Biuro Bezpieczeństwa Narodowego, prezydent, Rada Bezpieczeństwa – i stwierdzeniem, że cała sytuacja zaskoczyła zarówno Polskę, jak i samą Ukrainę.
Gościem programu „Prześwietlenie” na kanale „NaJaremu” na YouTube, liczącym 44,2 tys. subskrybentów, był gen. Leon Komornicki. Materiał opublikowany 11 lipca 2026.