Kaliningrad, Oresznik i „kryzys kubański 2.0”. Jak Putin przygotowuje grunt pod eskalację z Europą — ppłk rez. Maciej Korowaj w „Mgle wojny” Kanału Otwartego
Ppłk rez. Maciej Korowaj, były oficer wywiadu i stały gość programu „Mgła wojny”, przeanalizował z Grzegorzem Ślubowskim na Kanale Otwartym wystąpienie Władimira Putina na forum Wałdaj. Punktem wyjścia była zapowiedź rosyjskiego prezydenta, że blokada Kaliningradu może skończyć się użyciem broni jądrowej. Korowaj ocenił, że Kreml buduje dyplomatyczną „legendę” pod scenariusz, w którym rosyjska dywersja spowoduje masowe straty w państwie NATO, a każda europejska odpowiedź zostanie przedstawiona jako wypowiedzenie wojny. Mówił o „kryzysie kubańskim 2.0” jako drodze do wymuszenia negocjacji z Zachodem ponad głowami sojuszników oraz o tym, jak wojna przebudowuje rosyjskie państwo i elity. Wyjaśnił też, dlaczego Putin wciąż waha się przed realną eskalacją, czym jest dla Europy Oresznik i dlaczego jego zdaniem najgroźniejszy okres przypada na czas od początku tej jesieni do połowy przyszłego roku.
Kaliningrad: legenda pod przyszłą eskalację
Ślubowski zaczął od uwagi, że Rosja oficjalnie grozi, po czym się poprawił: „grozi” to chyba złe określenie, bo Moskwa raczej „uprzedza”, że w razie blokady Kaliningradu przez NATO możliwe jest użycie broni jądrowej. Przypomniał, że Putin mówił o tym na Wałdaju, a wcześniej podobne pismo rosyjskiego MSZ trafiło oficjalnie do NATO. Zauważył, że rosyjski prezydent konsekwentnie przedstawia Zachód jako stronę atakującą, a własne zapowiedzi jako działania defensywne. Korowaj ocenił, że to przygotowanie do scenariusza, w którym rosyjskie działania spowodują masowe straty na terytorium państwa NATO. Nie będą prowadzone pod rosyjską flagą, tak by sprawstwo Rosji było jedynie domniemane. Państwa europejskie będą wtedy szukały odwetu, a jedną z „miękkich” form takiej retorsji jest blokada Kaliningradu lub blokada ekonomiczna na Bałtyku. To właśnie na Bałtyk Rosja przeniosła cały ciężar eksportu morskiego, bo Morze Czarne znajduje się pod presją działań wojennych, a porty bałtyckie są dla niej na razie bezpieczne. Każdą próbę zablokowania czy ograniczenia tego eksportu Moskwa potraktuje jako blokadę ekonomiczną i już teraz buduje legendę dyplomatyczną: taka retorsja byłaby de facto wypowiedzeniem wojny z użyciem, jak mówił Putin, wszelkich dostępnych środków obronnych, co w podtekście oznacza także broń jądrową. Korowaj przypomniał, że od dawna pisze o przygotowaniu warunków do konfliktu egzystencjalnego między Rosją a Zachodem i do „kryzysu kubańskiego 2.0”. Tanie działania dywersyjne powodujące masowe straty w Europie mogą doprowadzić do groźby konfliktu nuklearnego, który jest dla Rosji pewnego rodzaju semantyką. Ma jej pozwolić usiąść do rozmów tak jak w latach 60., gdy Związek Sowiecki ustalał ze Stanami Zjednoczonymi kwestie rozbrojenia ponad głowami sojuszników. Przedmiotem takich negocjacji mogłyby być m.in. rozbrojenie nuklearne w ramach START i Ukraina. Przy takim stole Rosja chętnie usiądzie, bo wie, że odejście od niego oznacza, iż „za nimi już tylko popiół”. Korowaj zwrócił uwagę, że Putin powiedział na Wałdaju, iż negocjowanie z Zachodem nie ma dziś sensu, bo dotychczasowe ustalenia są bezwartościowe. Z wypowiedzi jego i jego otoczenia wynika, że sens porozumieniom z Zachodem nadałaby dopiero tego rodzaju eskalacja.
Monachium 2007 bez zmian, ale Rosja przeformatowana
Ślubowski zauważył, że narracja o Rosji od zawsze oszukiwanej przez Zachód, który chce wpędzić ją w chaos i odebrać jej status wielkiego państwa, nie jest wymysłem Putina, lecz jest w Rosji bardzo szeroko obecna. Korowaj nazwał ją fundamentem funkcjonowania Putina. Od przemówienia w Monachium w 2007 roku nie zmieniła się ani o milimetr, a przybiera coraz nowe formy projekcji agresji. W latach 2007–2026 Rosja wywołała wiele konfliktów rzekomo w obronie swoich interesów, a groźba użycia broni jądrowej jest projektem najwyższej rangi. Na zewnątrz ta strategia nie przyniosła Rosji efektów, ale wewnątrz pozwoliła Putinowi przeformatować struktury państwa. Mechanizmy, dla których kiedyś był jedynie flagą, dziś ustawiają go jako podstawę funkcjonowania państwa, a kolejne konflikty podporządkowały jego wysiłkowi zarówno centralne, jak i lokalne zależności. Korowaj zastrzegł, że Putin wciąż ma deficyty do zasypania. Bunt Prigożyna pokazał, że nawet zbudowany na putinowskim modelu aparat doświadcza paraliżu przy eskalacji, zwłaszcza wewnętrznej. Dopóki Putin nie będzie pewny, że system nie zawiesi się nawet przy eskalacji do poziomu nuklearnego, nie będzie eskalował i pozostanie przy semantyce. Ekspert obawia się jednak, że po ostatnich wypowiedziach Putin jest coraz bardziej przekonany, iż eskalacja jest mu potrzebna, by wygrać rozgrywkę z Zachodem. Popycha go do niej silne lobby służb specjalnych, biznesu i oligarchów, które Ślubowski nazwał „ludźmi wojny”. Korowaj dodał, że do eskalacji dążą także przeciwnicy Putina. Jedni liczą, że zatrzyma on „koło fortuny”, w którym jednego dnia można zostać milionerem, a drugiego zakładnikiem prokuratury ścigającej korupcję jako miecza na niepokornych. Drudzy, którzy stracili wpływy, liczą, że w napięciu systemowym Putinowi powinie się noga, bo wtedy łatwiej zmienić przywódcę. Powstaje paradoks: do eskalacji wobec Zachodu dążą polityczne „doły”, a Putin, dopóki nie ma pewności co do stabilności aparatu, nie. Może jednak cały czas eskalować werbalnie i przygotowywać się, by „nakarmić” jednych i drugich.
Nowe fortuny, regiony i partia wojny
Ślubowski podkreślił, że wojna przyniosła zmiany w strukturze gospodarczej i oligarchicznej Rosji, z których w Polsce nie zdajemy sobie sprawy i które mogą być większe niż w latach 90. Korowaj potwierdził, że dotyczą one nie tylko oligarchów z pierwszych stron gazet, ale całego „planktonu oligarchicznego” w regionach. To on ze swoimi lokalnymi powiązaniami mógłby zagospodarować ewentualny bunt społeczny. Spontaniczny opór Rosjan wobec Putina z początku 2022 roku spacyfikowano, ale niezadowolenie trwa, a Rosjanie wiedzą, że bez lokalnego poparcia w biznesie i polityce trudno je wykorzystać przeciw Moskwie. Kreml balansuje więc między eskalacją a zabezpieczeniem socjalnym, by regionalne siły nie wykorzystały napięć. Towarzyszą temu zmiany w administracji, do której, zwłaszcza lokalnej, wchodzi „partia wojny” złożona z weteranów „specjalnej operacji wojskowej”. Ponad 80 deputowanych nowej Dumy to weterani z różnych partii działających „na koncesji” Kremla. Ostry przekaz Putina ma więc nie tylko straszyć Zachód, ale i karmić to zaplecze. Korowaj zwrócił uwagę, że rzadko wspominane w analizach zabezpieczenie socjalne jest bardzo ważne dla stabilności. Wydatki wojenne i na operacje specjalne odbywają się kosztem innych, a najmocniej drenowane są lokalne struktury oligarchiczne, bo tam jest największy zasób rosyjskich pieniędzy. To regiony płacą rekrutom i kontraktnikom, a w wielu przypadkach sponsorują pododdziały, zwłaszcza obrony terytorialnej, przekształcane później w jednostki frontowe. Od tego regionalnego zasobu zaczyna się budowa rosyjskiego potencjału wojennego. Dopóki jednak Putin nie będzie pewny, że gwałtowne przyspieszenie eskalacji, a zwłaszcza realny konflikt nuklearny, nie sparaliżuje systemu i nie odbierze mu władzy w razie sukcesu czy porażki, nie będzie eskalował.
Putin nie lubi gwałtownych zmian, Rosja żyje w deficycie
Ślubowski zapytał, czy Putin nie wpadł w pułapkę: wojna musi trwać, by zaspokoić stworzone przez niego zaplecze, a jednocześnie kosztuje coraz więcej pieniędzy i ludzi. Korowaj odpowiedział, że to kwestia tego, jak Kreml postrzega Zachód i przyszłość. Przypomniał, że Putin nie lubi gwałtownych zmian i nie podejmuje decyzji pod presją zewnętrznych okoliczności. Nawet zmiany kadrowe dotyczące ludzi, którzy go zawiedli, nie były energiczne. Potrafi maskować niezadowolenie, dając podwładnym komfort pracy: jeśli popełnią błąd, ale są lojalni, nie grozi im gwałtowna sankcja, najwyżej zejdą z pierwszego toru. Przykładem jest minister obrony Siergiej Szojgu, który „przestrzelił” z wojną przeciw Ukrainie. Drugim kluczowym elementem jest umiejętność adaptowania się Rosji do deficytów. Wojna jest kosztowna i prowadzona poniżej progu opłacalności, ale Putin, co według Korowaja jest znamienne, jest przekonany, że świat zbliża się do przesilenia. W nim państwo już uczestniczące w konflikcie, ze społeczeństwem przygotowanym na wyrzeczenia i żyjącym poniżej cywilizacyjnego poziomu komfortu, będzie bardziej odporne niż zachodnie społeczeństwa, które według Putina żyją w komforcie i będą musiały dopiero przyzwyczajać się do zagrożeń. Stąd potrzeba zmian wewnątrz Rosji, by gwałtowne eskalacje nie paraliżowały systemu i nie doprowadziły do jego rozczłonkowania. Na to według Putina liczy Zachód, ale, czego nie powiedział na Wałdaju, a co pojawia się w rosyjskich analizach, po cichu liczą też Chiny. Pekin ma w swoich scenariuszach zarówno zwycięstwo, jak i porażkę Rosji, i oba „kupuje za każde pieniądze”.
Brak dogadania przed przesileniem
Ślubowski przyznał, że z częścią putinowskiej diagnozy trudno się nie zgodzić: świat jest niestabilny, Stany Zjednoczone przestają być jedynym supermocarstwem, a świat zostanie podzielony na bloki i strefy wpływów. Najniebezpieczniejszy jest właśnie moment przejścia. Korowaj podkreślił, że Putin, także w swobodnych odpowiedziach na pytania z sali, dwukrotnie zaznaczył, iż nie widzi dziś możliwości porozumienia z Zachodem w żadnym obszarze, nawet ze Stanami Zjednoczonymi, przynajmniej przed przesileniem i na obecnych warunkach. Prowadzący skomentował, że porozumienie jest możliwe pod warunkiem, że Zachód przyjmie wszystkie rosyjskie żądania. Korowaj dodał, że żądania z wstępnego przemówienia na Wałdaju nie różnią się niczym od tych z Monachium w 2007 roku, mimo prawie 20 lat różnicy.
Cztery pola rosyjskiej gry
Ślubowski zauważył, że gra nie toczy się więc o Ukrainę, lecz o pozycję Rosji jako mocarstwa. Korowaj wyjaśnił, że Rosja dawno zaplanowała w swojej strategii wpływ na cztery globalne obszary, w których albo ma coś do powiedzenia, albo może je zaburzać, tak by bez niej nie dało się rozwiązywać problemów ani czerpać korzyści. Pierwszym jest technologia: Rosja nie jest potentatem, ale ma zasoby, które na nią wpływają, i liczy na dostęp do technologii innych państw. Widać to było w jej modelu biznesowym na początku wieku, gdy ściągała technologie przez gospodarczą ekspansję lub „gospodarczą korupcję” z czołowymi firmami Zachodu i Wschodu. Drugim jest żywność: Rosja liczyła na wpływ na rynki dzięki zasobom Ukrainy i własnym, w tym nawozom, które w dużej mierze są w jej rękach. Trzecim jest populacja, czyli wpływ na migracje i własna ludność jako zasób do prowadzenia wojny, który, jak widać, pozwala na długotrwały konflikt z państwem średniej wielkości. Czwartym i najważniejszym jest bezpieczeństwo: jako mocarstwo nuklearne i konwencjonalne Rosja może je zarówno dawać, jak i zaburzać, osiągając w ten sposób cele polityczne. Te zasady, spisane na początku wieku, wciąż obowiązują. Rosja nie ma dziś wpływu, jakiego by chciała, ale porażki nie sprawiają, że rezygnuje. Jeśli nie osiąga celów militarnie, sięga po działania hybrydowe, wywiadowcze czy dywersyjne. Korowaj przestrzegł przed patrzeniem na Rosję w krótkiej perspektywie. To duże państwo, które planuje cele także poza horyzontem życia Putina, i buduje konstrukcję państwa zdolnego funkcjonować w świecie geopolityki co najmniej na równi ze Stanami Zjednoczonymi czy Chinami.
Putinizm po Putinie
Pytany, czy po Putinie zostanie putinizm, Korowaj odpowiedział, że wszystko na to wskazuje. Putin buduje państwo według określonych zasad i zaplecze, które ma przejąć pałeczkę, a liczenie na to, że zmiana przywódcy zmieni funkcjonowanie Rosji, nazwał błędem poznawczym wielu analityków. Putin tworzy środowisko, które wierzy w politykę agresywnego państwa, a ekspert nie widzi siły politycznej zdolnej to odwrócić. Środowiska emigracyjne czy opozycyjne nie mają wpływu na system, który jest coraz bardziej uodparniany na takie idee. Putin może nie osiągnąć sukcesów za życia, ale może zbudować fundamenty nowoczesnego w jego rozumieniu państwa rosyjskiego. Swój testament, jak to ujął Korowaj, pisze krwią własnego narodu i chce zostać zapamiętany jako twórca nowego państwa. Nie chodzi mu o rosyjskie flagi w każdej stolicy na zachód od Moskwy, lecz o system zdolny uczestniczyć w globalnej rozgrywce, który buduje się procesami, a wojna jest najlepszym motorem zmian. Każdy konflikt za jego prezydentury coraz bardziej formatował państwo do tej roli.
Dylematy zamiast deklaracji
Ślubowski zapytał, jak Zachód i Polska powinni postępować wobec Rosji, która nie wróci już do stanu z początków rządów Putina, gdy jej politycy próbowali upodobnić ją do Zachodu. Przyznał, że Garri Kasparow czy Michaił Chodorkowski to ciekawi ludzie o prozachodnich poglądach, ale mają niewielki wpływ, i zastanawiał się, czy nie szukać kontaktów z otoczeniem Putina, skoro to ono będzie rządzić w przyszłości. Korowaj odpowiedział, że trzeba budować odporność państwa i stale tworzyć dylematy dla Rosji, bo tylko one zaburzają jej ocenę i sprawiają, że nie jest pewna sukcesu. Rosja będzie działaniami poniżej progu wojny, czy poniżej progu art. 5 NATO, sondować bezwładność naszego systemu w podejmowaniu decyzji, regionalnie w Polsce i globalnie w Sojuszu. Nie cofnie się przed samymi deklaracjami, ale cofnie się przed dylematami lub brakiem własnej sprawczości w obszarze politycznym, społecznym, gospodarczym i militarnym. Jeśli Zachód zbuduje odporność tylko militarną, zaniedbując resztę, Rosja wypełni te luki. To przeciwnik z dużymi deficytami, ale zdeterminowany i zdolny do zmiany rytmu działań szybciej, niż Zachód potrafi się dostosować. Dzięki temu wygrywa przynajmniej z Europą. Z Chinami gra jej się trudniej, ze Stanami Zjednoczonymi łatwiej, a Polska jest dla Rosjan „idealną planszą do rozgrywek” z powodu bezwładności systemów i niebudowania dylematów.
Rozpad Rosji? Scenariusz niezerowy
Ślubowski uznał, że z polskiego punktu widzenia najbardziej pożądany byłby rozpad Rosji. Korowaj ocenił, że to scenariusz niezerowy, ale zmiany w lokalnych strukturach władzy przed wyborami i po nich rozbrajają potencjalne zapalniki. Chodzi o tak zwaną „kryszę”, czyli polityczny „dach” nad niepokojami społecznymi. Putin wprowadza tam swoich ludzi, choć nie wiadomo jeszcze, czy ci „nowi swoi” są wobec Kremla lojalni. Kolejne kryzysy i eskalacje mogą dać Putinowi pewność, że stabilność państwa pozwala mu grać na bardzo wysokich nutach eskalacyjnych, łącznie z bronią jądrową, do czego Rosjanie już przygotowują świat. Nie wiadomo, czy nastąpi to w tym roku, w przyszłym, czy za kilka lat, ale środowisko informacyjne, zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrzne, jest już do tego przyzwyczajone. Wola eskalacji płynie nie od społeczeństwa, lecz od realnych struktur zdolnych wywierać presję na Kreml. Do tego czasu Rosja może prowadzić długotrwały konflikt w ramach tego, co Korowaj nazywa „wojną zrównoważoną”, a co w Rosji jest doktryną nowej wojny, budowaną od początku wieku. Mimo że przepłaca, Moskwa jest przekonana, że dzięki prowadzeniu konfliktu w warunkach deficytu lepiej przetrwa przyszłe globalne napięcia.
Oresznik i „wy musicie wykonać pierwszy ruch”
Ślubowski przytoczył słowa Putina z Wałdaju, że Rosja dysponuje uzbrojeniem, którego nie ma nikt inny, i nazwał je oczywiście prężeniem muskułów, zauważając, że Rosjanie wskazują przy tym na Oresznik. Korowaj przypomniał, że Rosja odziedziczyła po Związku Sowieckim potencjał nuklearny, którego trudno nie doceniać, choć ma on wady, na które potrzeba osobnego odcinka. Putin przyznał jednak, że Rosja nie ma środków obrony przed ewentualnym odwetem, i dlatego zaznaczył, że nie wykona pierwszego uderzenia, którego zresztą nie przewiduje rosyjska doktryna. Rosja musi zostać zaatakowana, czy to przez blokadę Kaliningradu, czy przez retorsję, na przykład uderzenie na sojusznika Rosji, Białoruś, za zniszczenia na Zachodzie. Wtedy odpowiedzią byłoby użycie broni jądrowej lub demonstracja jej użycia. Sedno polega na tym, że Rosja nie chce wykonać pierwszego ruchu: „musicie wy go zrobić, a my zrobimy wszystko, żebyście go zrobili”. Ten paradoks pozwala jej działać w szarej strefie i przesuwać granice art. 5. Zachód wie, że Rosja chce sprowokować pierwszy ruch, więc ona podnosi eskalację, budując szarą strefę walki, która uniemożliwia uruchomienie art. 5, bo oznaczałoby to natychmiastowe wejście na poziom eskalacji nuklearnej. Korowaj nazwał to majstersztykiem rosyjskiej polityki, pozwalającym prowadzić konflikt poniżej progu wojny przez długie lata, i ocenił, że właśnie to zakomunikował Putin na tegorocznym Wałdaju. Ślubowski dopytał o sam Oresznik, broń, na którą Ukraina nie ma na razie antidotum i której Rosjanie raz już użyli, oraz o to, czy może ona wpłynąć na przebieg wojny. Korowaj odpowiedział, że Oresznik jest drogi, a dopóki przenosi głowice nienuklearne, pozostaje „semantyką geopolityczną” pokazującą zdolności. Nie jest skierowany przeciw Ukrainie, tylko na niej testowany, i nie ma przesądzić o wyniku wojny. Pokazuje, że Rosja może razić Europę bez użycia międzykontynentalnych pocisków, przeznaczonych, jak to ujął, „na grubego zwierza”, czyli na Stany Zjednoczone. Do rakiet średniego zasięgu może załadować ciężkie głowice nuklearne, a nie lekkie taktyczne. Europa ma przed nim bardzo małe możliwości obrony, więc Oresznik jest „pistoletem przystawionym Europie do głowy”. Bez wsparcia Stanów Zjednoczonych Europie trudno się przeciwstawić, bo bronią jądrową dysponują tylko Francja i Wielka Brytania. Korowaj przytoczył symulacje instytutów wspieranych przez rosyjskie Ministerstwo ds. Sytuacji Nadzwyczajnych, według których Rosja jako państwo przetrwałaby 300 uderzeń po 150 kiloton. Zastrzegł, że to wyłącznie matematyczny przelicznik z gier wojennych, którego, jak ma nadzieję, nigdy nie zweryfikujemy, ale pokazuje on rosyjską percepcję zdolności do przetrwania odwetu sił francuskich czy brytyjskich. Stany Zjednoczone wciąż nie dają Rosji pewności, że nie włączą się w wymianę ciosów, nawet w ograniczonym konflikcie nuklearnym rozważanym w rosyjskiej doktrynie. Rosja nie ma więc gwarancji, że podniesienie konfliktu na ten poziom będzie dla niej korzystne. Putin sam przyznał, że przy takiej eskalacji trudno byłoby utrzymać kontrolę nad wymianą nuklearną, co Korowaj odczytuje także jako sygnał do wewnątrz: „dążycie do tego konfliktu, ale nie mamy gwarancji, że go opanujemy”.
Europa głównym wrogiem, Ameryka wyłączana z równania
Ślubowski zwrócił uwagę, że Putin traktował jako głównego wroga Europę, mówiąc o Francji i Wielkiej Brytanii, a na Amerykanów patrzył znacznie mniej jednoznacznie. Korowaj wyjaśnił, że to przerzucanie odpowiedzialności za ewentualny konflikt egzystencjalny na Europę i próba wyłączenia z niego Stanów Zjednoczonych. Amerykanie nie dają się jednak wyciągnąć z tego równania: prowadzą w ramach NATO szkolenia z użycia broni jądrowej w północnej Europie i niedawno rozmieścili w Norwegii pociski manewrujące zdolne przenosić taktyczną broń jądrową, na co Rosja zareagowała stanowczo. Pytany, czy częściowe wycofanie wojsk amerykańskich z Europy nie jest właśnie wyjściem z równania, Korowaj odpowiedział, że Amerykanie nie chcą być zakładnikami, jeśli coś pójdzie nie tak, i chcą kontrolować eskalację. Dlatego jego zdaniem będą odwlekać budowę bazy w Polsce i stałe rozmieszczenie sił na wschodniej flance, dopóki nie zobaczą, czy Putin rzeczywiście konsoliduje państwo zdolne przetrwać eskalację. Nie zainstalują nic większego niż dotychczasowe systemy, a nawet mogą zredukować siły, bo w konflikcie egzystencjalnym amerykańscy żołnierze staliby się zakładnikami. Rosjanie czekają na ruchy Amerykanów, Amerykanie obserwują rosyjski system państwowy, wszyscy spotykają się i patrzą sobie w oczy, ale do ustaleń nie dochodzi. Wojna w Ukrainie jest w tym tylko grą i pretekstem, choć Rosja ponosi w niej ogromne straty, a Amerykanie niewielkim kosztem degradują jej zdolności. Rosja zrobiła to na własne życzenie, licząc na szybkie zwycięstwo i scementowanie państwa. Zwycięstwa nie było, ale proces „ulepiania” nowego państwa trwa. Jesteśmy w zawieszeniu, w którym wszystkie zasoby są ustawione na planszy w oczekiwaniu na jeden ruch, o którym, jak zauważył Korowaj, mówił na Wałdaju sam Putin. Rosjanie dobrze czytają tę grę, ale mogą coś przeszacować i tego ekspert obawia się najbardziej.
Czas działa w obie strony
Ślubowski zauważył, że przez prawie godzinę niewiele mówili o Ukrainie, która jest raczej przedmiotem niż podmiotem tej gry, i zapytał, czy im dłużej trwa wojna, tym lepiej dla Polski, bo Rosja się wykrwawia. Korowaj odpowiedział, że konflikt jest dla wszystkich idealnym czasem na przygotowanie do większych rozgrywek, zwłaszcza gdy degraduje się rosyjskie zdolności tak niskim kosztem. Przestrzegł jednak, by nie patrzeć tylko na to, co Rosja traci, ale i na to, co umacnia. Po zakończeniu wojny będzie mogła szybko odbudować zdolności, bo ma przestawioną gospodarkę, ośrodki szkoleniowe, doświadczenie bojowe, a także rozwiązania w obronie cywilnej i alternatywne łańcuchy dostaw. Zachód tego nie ma, a odcięcie go od ropy czy innych surowców mogłoby załamać jego gospodarki i społeczeństwa, na co Rosja liczy. Korowaj przyznał, że nie wierzy w rozmowy pokojowe, przynajmniej na razie. Gdyby na stole pojawiło się coś bardzo atrakcyjnego, co Putin umiałby odpowiednio „sprzedać”, negocjacje byłyby możliwe. Zastrzegł jednak od razu, że nie wie, jaka jest dziś cena Putina, i ocenił, że oczekiwania Kremla i całego rosyjskiego establishmentu są tak wysokie, iż Zachód nie jest w stanie ani nie chce jej zapłacić.
Okno do połowy przyszłego roku i zima jako narzędzie
Pytany o najbliższe miesiące, w tym o to, co mogłoby dać kolejne uderzenie Oresznikiem, skoro to już było, Korowaj zauważył, że Rosji zostaje coraz mniej narzędzi, które mogą przerażać, i wskazał dwa skrajne scenariusze. Pierwszym jest długotrwały konflikt, w którym Rosja przesuwa szarą strefę, grozi bronią jądrową, umacnia państwo i czeka na geopolityczną dysfunkcję, na przykład między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Zastrzegł, że nie jest specjalistą od relacji chińsko-amerykańskich, ale po ostatnim spotkaniu konflikt interesów tych państw raczej się oddala, a Chiny modernizują siły zbrojne, zwłaszcza strategiczne i morskie, z myślą o gotowości do konfliktu z USA pod koniec lat 30. W tym czasie Rosja będzie degradować ukraińskie zdolności obronne i obserwować, jak długo i jak wydajnie Europa będzie ponosić koszty utrzymania Ukrainy. Ukraina musi podnosić koszty agresji i bronić państwowości. Putin nazywa ją państwem upadłym, utrzymywanym „na garnuszku” Zachodu, w czym według Korowaja jest trochę racji, bo bez zachodniego wsparcia Ukraina miałaby bardzo trudne położenie wobec znacznie zasobniejszej Rosji. Drugim scenariuszem jest kryzys geopolityczny wywołany przez samą Rosję na własnych warunkach, ale dopiero gdy będzie wiedziała, że jest dość odporna, by go przetrwać. Za najdogodniejsze okno, w którym Zachód nie jest jeszcze gotowy, a Rosja mogłaby być już skonsolidowana, Korowaj uznał okres od początku tej jesieni do mniej więcej połowy przyszłego roku. Wypowiedź Putina na Wałdaju przygotowuje według niego właśnie ten czas. Ślubowski zapytał na koniec o rosyjskie przekonanie, że ta zima będzie kluczowa, bo całkowite zniszczenie ukraińskiej energetyki doprowadzi do upadku państwa. Korowaj uznał ten scenariusz za możliwy i podkreślił, że Rosjanie na niego liczą. Co innego jednak przestraszyć Zachód i osiągnąć z nim sukces negocjacyjny, a co innego sprawić, by Zachód przekonał Ukrainę do podpisania porozumienia. Rosjanie liczyli, że zrobią to Stany Zjednoczone, ale, jak sami później pisali, Waszyngton nie okazał się w tym skuteczny. Dlatego głównym obszarem rosyjskich działań jest teraz Europa, bo bez jej wsparcia Ukraina podpisze cokolwiek zostanie ustalone. Zimowe ataki mają rzucić Ukraińców na kolana i podnieść Europie koszty utrzymania ukraińskiego wysiłku obronnego. Do tego dochodzą dywersja, działania poniżej progu wojny i presja „kryzysu kubańskiego 2.0”. Cały ten konglomerat ma doprowadzić do stołu, przy którym pobita Ukraina nie będzie miała argumentów, by nie podpisać ustaleń zawartych ponad jej głową. Nawet jeśli będzie uczestniczyć w rozmowach, zostanie postawiona przed faktem dokonanym, o ile Europa na to przystanie. Korowaj ocenił, że co najmniej 60 procent wypowiedzi Putina na Wałdaju dotyczyło Europy, wymienianej z nazwy państw, jako Unia Europejska czy europejska część NATO, i to wobec niej używał „operacyjnego” języka. Stany Zjednoczone traktował łagodniej, a nawet pozwolił sobie na kilka ośmieszających je dygresji. Ślubowski zgodził się, że słuchając Wałdaju, można było odnieść wrażenie, iż głównym wrogiem Rosji jest Europa.
Rozmowę przeprowadził Grzegorz Ślubowski. Materiał „Ppłk rez. Maciej Korowaj: Rosja podnosi stawkę. Putin grozi atomem za blokadę Kaliningradu?” dostępny na kanale Kanał Otwarty na YouTube, liczącym 226 tys. subskrybentów. Opublikowany 5 października 2026.










