Kanał „Ekonomia i Życie” zestawił wypowiedzi czterech analityków — Zbigniewa Parafianowicza, Jacka Bartosiaka, Marka Budzisza i prof. Tomasza Grossego — w jednym materiale poświęconym ekonomicznym i geopolitycznym konsekwencjom kryzysu w relacjach polsko-ukraińskich.
Ukraińskie elity: orientacja prodolarowa, nie państwowa
Parafianowicz ocenił, że ukraińskie elity oligarchiczne w większości nie mają poglądów politycznych — mają poglądy prodolarowe. Partie są prodolarowe, prezydenci prodolarowi, biznes prodolarowy — i niekoniecznie pokrywa się to z interesami państwa czy narodu. Ukraina jest państwem, w którym nie ma pełnej praworządności sądownictwa, prokuratura i służby specjalne bywają narzędziem do kształtowania otoczenia politycznego — i bywają do wynajęcia.
Styl uprawiania polityki przez ukraińskie elity wywodzi się zdaniem Parafianowicza ze wspólnej szkoły z Rosją — te same szkoły dyplomacji, te same akademie wywiadu. W tym modelu im bardziej bijesz i skaczesz po kimś jak już leży, tym lepiej. Ukraińscy politycy i dyplomaci mówili Polakom zawsze ciepłe, miłe słowa — ale w praktyce działali przeciwko interesom Polski.
Przypadek Control Process — rejderstwo we Lwowie
Parafianowicz szerzej omówił przypadek polskiej firmy Control Process, która wybudowała spalarnię odpadów we Lwowie. Firma wygrała siedem arbitraży międzynarodowych potwierdzających, że postępowała słusznie. Mimo to żaden z tych wyroków nie został uwzględniony przez władze miejskie. Za próbą przejęcia firmy stały interesy spółek miejskich powiązanych z elitami Lwowa, a mer Lwowa Sadowy wywierał presję — wysyłał między innymi listy do premiera Tuska.
Parafianowicz wyjaśnił mechanizm rejderstwa: w dawnych czasach przychodził człowiek z pistoletem i mówił, że firma jest jego. Potem to ewoluowało — zaczęto używać wymiaru sprawiedliwości i służb specjalnych do udowodnienia komuś, że popełnił przestępstwo lub nie wywiązał się z umowy, po czym przejmowały ją spółki powiązane z lokalnymi władzami. To właśnie spotkało Control Process. Polskie firmy inwestujące na Ukrainie obserwują ten przypadek — i wyciągają wnioski.
Korupcja w otoczeniu Zełenskiego
Parafianowicz odniósł się do taśm Mindicza i kolejnych nagrań ujawnianych przez Ukraińską Prawdę. Fascynuje go — jak powiedział — że rozmowy bliskiego otoczenia prezydenta toczą się po rosyjsku, kryminalnym slangiem, podczas gdy diaspora tresuje Polaków do używania poprawnych określeń dotyczących ukraińskości. Przywołał sprawę ministra obrony Rustema Umierowa, któremu ukraińskie media przypisywały nieruchomości na Florydzie za miliony dolarów. Ocenił, że okradanie państwa w czasie wojny jest podwójnie złe — to zbrodnia wobec samych Ukraińców, których synowie giną na froncie. Polskim krytykom, którzy uważają, że nie należy o tym mówić, Parafianowicz polecił rozmowy z samymi Ukraińcami, którzy mają znacznie bardziej krytyczny stosunek do swojego prezydenta niż polscy publicyści.
Grosse: historyczna szansa na przeskok technologiczny
Prof. Tomasz Grosse ocenił, że Ukraina jest dla Polski niezwykle atrakcyjnym partnerem — i to nie tylko ze względu na Międzymorze, lecz przede wszystkim jako szansa na wyrwanie się z peryferyjności. Polska od dekad funkcjonuje w modelu, w którym Zachód przekazywał technologie już wychodzące z użycia i nigdy nie pozwalał zbliżyć się do własnego poziomu technologicznego. Bliska kooperacja zbrojeniowa z Ukrainą mogłaby to zmienić — Polska budowałaby własny potencjał technologiczny i przemysłowy, a jednocześnie uniezależniała się od Zachodu, w tym od Niemiec i Amerykanów.
Grosse wskazał, że o współpracę technologiczną z Ukrainą zabiega długa kolejka — Amerykanie, Niemcy, Francuzi. Polska, mając najlepsze położenie geopolityczne i geograficzne, odwraca się od tego plecami. Tymczasem kooperując z Ukrainą moglibyśmy przeskoczyć Europę Zachodnią pod względem przemysłowym i technologicznym.
Niemcy i dezintegracja polsko-ukraińska
Budzisz ocenił, że poróżnienie Polaków i Ukraińców obsługuje wiele interesów — nie tylko rosyjski. Ewentualna współpraca strategiczna i gospodarcza polsko-ukraińska po wojnie byłaby potencjalnym zagrożeniem dla europejskiego zachodu, bo ze względu na potencjał demograficzny i znaczenie dla bezpieczeństwa Europy Środkowej mogłaby kształtować nowy układ sił równoważący wpływ Paryża i Berlina. Potencjał Europy Zachodniej maleje — sytuacja we Francji i Niemczech jest tego świadectwem. Niemcy nie są zainteresowane tym, żeby Polska była w grupie decyzyjnej dotyczącej Ukrainy — tak samo jak przy polskiej akcesji do UE zakładały okresy przejściowe mające sprawić, że Polska pozostanie przede wszystkim rynkiem zbytu i miejscem lokacji fabryk.
Budzisz ocenił, że ukraińska elita popełnia strategiczny błąd, wyobrażając sobie, że Ukraina zbuduje swoją pozycję jako zwornik bezpieczeństwa na wschodniej flance NATO, porozumiawszy się z Niemcami i Europą Zachodnią ponad Polską. Ukraina jest zbyt mała i zbyt osłabiona, żeby zrównoważyć przygniatającą przewagę niemieckiego kapitału i państwa. Polska jako kraj zasobniejszy i z dłuższą tradycją powinna wskazywać Ukraińcom tę wizję — i przekonywać, że ze względu na ich własne interesy sojusz z Polską jest korzystniejszy.
Bartosiak: peryferyjność jako stan umysłu
Bartosiak rozwinął wątek mentalnej peryferyjności Polski. Ocenił, że Ukraińcy nie mają kompleksu peryferyjności, bo byli własnym centrum technologicznym w ramach ZSRR — Charków, Dniepro, przemysł rakietowy, atomistyka, matematyka na najwyższym poziomie. Polska w PRL była za dupą tego peryferium i nie pozwalano jej produkować silników rakietowych. Ta różnica mentalna jest realna — i stąd bierze się ukraińskie myślenie imperialne, które Polacy mylnie odczytują jako bezczelność.
Bartosiak podkreślił, że kluczem dla Polski jest skończyć z byciem peryferyjną gospodarką. W wojnie systemowej Polska musi zwiększyć swoją marżę i zmienić pozycję w systemie makroekonomicznym — tak żeby bez niej nie można było podejmować kluczowych decyzji. Europejczycy i tak będą negocjować z Rosją. Chodzi o to, żeby Polska miała zdolności wojskowe i gospodarcze, żeby nie można było nic wynegocjować kosztem Polski.
Giełzak: błąd projektu przyjaźni
Marcin Giełzak ocenił, że Polska popełniła na początku błąd polegający na tym, że zainwestowała wszystko w projekt przyjaźni — i mówiła opinii publicznej, że wspiera Ukrainę nie tylko dlatego, że Ukraińcy walczą z Rosjanami, ale dlatego, że na czele Ukrainy stoją ludzie prawi i szlachetni, a Zełenski to Václav Havel lub Nelson Mandela naszych czasów. Polacy przekonali się, że tak nie jest — i poczuli się oszukani i zdradzeni.
Klasa polityczna i medialna doszła tymczasem do przekonania, że nie można mówić językiem racji stanu i interesu narodowego, bo on w Polsce jakoś nie brzmi. Giełzak przyznał, że sam wielokrotnie się z tym zderzył na konferencjach — gdy tylko używał tych słów, ktoś wstawał i mówił, że to cyniczne i sprzeczne z wartościami. Jego standardowa odpowiedź brzmiała: Polska też jest wartością.