Historyk Piotr Zychowicz, autor książek „Wołyń zdradzony” i „Obłęd 44″ oraz twórca kanału Historia Realna, rozmawiał z Gońcem o przyczynach rzezi wołyńskiej, bierności Armii Krajowej i granicach polityki historycznej w relacjach polsko-ukraińskich.
Konflikt o ziemię, nie o wartości
Zychowicz wyjaśnił, że spór polsko-ukraiński na Kresach był klasycznym konfliktem terytorialnym. Po upadku Austro-Węgier Polacy zajęli Galicję Wschodnią i Wołyń, a Ukraińcy znaleźli się w państwie, które uważali za okupanta. Na Wołyniu Polacy stanowili zaledwie kilkanaście procent ludności, a mimo to obsadzali wszystkie stanowiska państwowe. „Jeżeli największą karierą, jaką Ukrainiec może zrobić, jest zostanie listonoszem, a i tak jak ma wiele szczęścia, to oczywiście ci ludzie uważali się za obywateli drugiej kategorii i słusznie” — powiedział historyk. Polityka II RP miotała się między asymilacją narodową forsowaną przez narodowców a oświeconym modelem Józewskiego na Wołyniu, który obiecywał więcej, ale ostatecznie też się załamał.
Decyzja na zimno, wzoruję się na Holokauście
Zychowicz odrzucił narrację o spontanicznym buncie chłopskim. Decyzja o wymordowaniu Polaków zapadła na szczeblu kierownictwa OUN — najpierw na Wołyniu, gdzie główną rolę odegrał Kłym Sawur, potem zatwierdził ją Szuchewycz i rozszerzył na Galicję Wschodnią. Motyw był geopolityczny: przed spodziewaną konferencją pokojową po wojnie należało oczyścić sporne terytoria z Polaków, żeby nie mieli argumentów do ich odzyskania. „Skoro Hitler mógł zrobić to z Żydami, to dlaczego my nie możemy tego zrobić z Polakami? Oni tak mówili otwartym tekstem” — powiedział Zychowicz.
Do mordu wciągano masy chłopskie nie tylko przez nacjonalistyczną propagandę, ale też przez chciwość — obiecywano im domy, bydło i ziemię zamordowanych Polaków. Używano narzędzi chłopskich po to, by móc potem twierdzić, że to był spontaniczny bunt, a nie zaplanowana operacja zbrodnicza. „Już podejmując tę decyzję myśleli o przyszłości, żeby móc potem powiedzieć — nie, to chłopi spontanicznie mordowali siekierami” — ocenił historyk.
Bierność AK — cień na historii
Zychowicz nie oszczędził Armii Krajowej. Ostrzeżenia przed zbliżającą się zbrodnią napływały od jesieni 1942 roku — zabijano leśników, księży, nauczycieli. Kolejne miesiące przynosiły coraz bardziej dramatyczne prośby o ratunek. Mimo to dowództwo AK zlekceważyło zagrożenie z trzech powodów: niedoceniono przeciwnika, liczono na porozumienie z Ukraińcami, i wreszcie — priorytetem była akcja Burza, a nie obrona cywilów.
Decyzja o stworzeniu oddziałów mających bronić polskich wsi zapadła 20 lipca 1943 roku — dziewięć dni po apogeum ludobójstwa. „Nóż się w kieszeni otwiera” — powiedział Zychowicz. Tymczasem po wkroczeniu Sowietów na początku 1944 roku z Wołynia wyskakuje potężna 27 Dywizja Wołyńska — są ludzie, jest broń. „Dlaczego ta broń leżała w magazynach podczas ludobójstwa i została wyciągnięta dopiero po jego zakończeniu?” — pytał retorycznie. Oddziały Jastrzębia i Bomby, gdy w końcu powstały, działały skutecznie i wygrywały starcia z UPA. Gdyby zmobilizowano je kilka miesięcy wcześniej, tysiące ludzi udałoby się uratować.
Przeprosiny nic nie dadzą — liczy się tylko siła
Zychowicz skrytykował politykę domagania się od Ukrainy przeprosin. „Co to nam da? Wyobraźmy sobie, że Zełenski jutro wychodzi i mówi: przepraszam za to, że UPA zamordowała 100 tysięcy Polaków. No i co?” — pytał. Jego zdaniem Ukraina potraktowałaby to jako kość do obgryzania i odpuściła sprawy naprawdę ważne. Zamiast przeprosin należy domagać się konkretu: bezwarunkowej zgody na ekshumacje i poszukiwania ofiar. Czas ucieka — kolejne lata zabierają tych, którzy mogliby jeszcze pojechać na groby swoich rodziców.
Polska — ocenił Zychowicz — popełniła błąd, nie stawiając warunków na początku pełnoskalowej inwazji, gdy miała realne lewary w postaci dostaw czołgów i samolotów. Wdzięczność nie jest kategorią polityczną, liczy się tylko układ sił. „Gdybyśmy jasno przedstawili Ukrainie swoje oczekiwania, ta sprawa byłaby dawno załatwiona” — podsumował.