Piotr Pogorzelski rozmawiał w podcaście Polskiego Radia „Po prostu wschód” z prof. Grzegorzem Motyką z Instytutu Studiów Politycznych PAN oraz dziennikarzem i historykiem Andrzejem Brzezieckim, współautorami książki „Gry pamięcią. O polityce historycznej w Polsce, na Ukrainie i w Rosji”, o możliwości osiągnięcia obiektywnej prawdy historycznej, przyczynach wybuchu obecnego sporu o UPA, genezie ukraińskiego kultu tej formacji oraz o przyszłości relacji polsko-ukraińskich.
Czy obiektywna historia jest w ogóle możliwa
Pogorzelski otworzył rozmowę cytatem z książki, w którym prof. Motyka stwierdza, że istnieje jedna obiektywna historia, choć dotarcie do niej utrudniają subiektywizmy narodowe, religijne i światopoglądowe. Zapytał, czy te subiektywizmy da się przezwyciężyć. Motyka odpowiedział, że tak, ale wymaga to dobrej woli, rzetelnego podejścia do źródeł i otwartej, szczerej rozmowy – zastrzegł jednak, że pełne poznanie historii pozostaje raczej postulatem niż w pełni osiągalnym celem, ponieważ ludzkie życie w czasie i przestrzeni jest zbyt bogate, by poznać wszystkie jego szczegóły. Podkreślił, że szczególnie trudne staje się to zadanie, gdy przeszłość jest instrumentalizowana politycznie lub odrzucana jako zbyt kłopotliwa dla danej wspólnoty.
Brzeziecki wyraził dalej idący sceptycyzm, porównując historię bardziej do literatury niż nauk ścisłych – jego zdaniem zawsze będą istnieć różne interpretacje, zwłaszcza gdy w grę wchodzą interesy polityczne i pieniądze, więc w sprawie ukraińskiej nie liczyłby na szybkie porozumienie.
Dlaczego spór wybuchł teraz
Pogorzelski zapytał, czy eskalacja sporu wynika wyłącznie z decyzji prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, czy też ze zmiany nastrojów społecznych po obu stronach. Motyka był stanowczy: gdyby nie decyzja Zełenskiego o nadaniu jednostce wojskowej imienia „bohaterów UPA”, całej tej awantury by nie było. Wyjaśnił, że tą decyzją prezydent Ukrainy w istocie zakomunikował, iż nie interesuje go dialog historyków, lecz twarde narzucanie własnego stanowiska siłą – w samej formule „bohaterowie UPA” zawarci są wszyscy dowódcy tej formacji, wyżsi i niżsi, idący w setki, splamieni krwią pomordowanych cywilów, a splendor elitarnej jednostki komandosów spływa teraz na nich wszystkich. Ocenił reakcję polskiego społeczeństwa (70-80 procent oburzonych) jako w pełni naturalną i zrozumiałą, ostrzegając, że lekceważenie tej reakcji przez stronę ukraińską czy część polskich publicystów „zemści się” na nich. Posłużył się metaforą z własnej książki – to jak w horrorach, gdy potwór w końcu wychodzi z szafy. Podsumował, że nie mamy już do czynienia ze sporem o historię, lecz zderzeniem dwóch polityk historycznych, co oznacza całkowitą zmianę reguł gry obowiązujących w relacjach polsko-ukraińskich od 1991 roku.
Brzeziecki zwrócił uwagę na paradoks zaskoczenia całą sytuacją, skoro problem tlił się od dawna – przywołał własną lekturę tekstu Bogdana Osadczuka o możliwości pojednania z 1996 roku w „Tygodniku Powszechnym” oraz falę oburzonych listów czytelników, brzmiących identycznie jak dzisiejsze polemiki. Przypomniał, że już od Pomarańczowej Rewolucji nadawano ulicom imiona Bandery i Szuchewycza, a dziesięć lat temu Rada Najwyższa podjęła stosowną uchwałę – zasugerował, że taki konflikt musiał w końcu wybuchnąć, była to „tykająca bomba”, niezależnie od konkretnego momentu.
Motyka zaznaczył w tym miejscu jedną różnicę zdań z Brzezieckim: wskazał, że po misji ministra Pawła Kowala, wznowieniu poszukiwań i ekshumacji oraz po kongresie historyków wznawiającym dialog naukowy, sytuacja wyraźnie się poprawiała – wystarczyłaby wzajemna wstrzemięźliwość w gestach, by doprowadzić do stopniowego złagodzenia napięć. Podkreślił jednak, że nie chce w ten sposób zdejmować odpowiedzialności z obu prezydentów, przede wszystkim z Zełenskiego, za eskalację konfliktu.
Ewolucja kultu UPA: od regionalnej pamięci do państwowej ideologii
Pogorzelski zapytał, dlaczego ukraińska polityka historyczna nabrała takiej siły dopiero od pewnego momentu. Brzeziecki wyjaśnił to zmianą polaryzacji politycznej Ukrainy (analogicznie do dzisiejszego podziału w Polsce, dawniej symbolizowanej barwami pomarańczową i niebieską) oraz słabością ukraińskiej historiografii w latach 90., gdy temat interesował jedynie wąskie grono pasjonatów i akademików. Punktem zwrotnym była rosyjska agresja z 2014 roku – Ukraińcy zaczęli szukać własnych wzorców walki z Rosją, a UPA idealnie wpisała się w to zapotrzebowanie, tworząc coś w rodzaju nowego panteonu narodowego, uzupełnianego dziś przez żołnierzy ginących na froncie (nawiązanie do „Niebiańskiej Sotni”). Zaznaczył jednak złożoność tej sytuacji – ani UPA (w przeciwieństwie do ogólnopolskiej Armii Krajowej), ani sam kult, nie obejmują całej Ukrainy, lecz stanowią wycinek zarówno geograficzny, jak i historyczny.
Pogorzelski przywołał w tym miejscu wypowiedź szefa polskiego IPN z ostatniego wywiadu, że tzw. proces panteonizacji wymaga upływu 20 lat od śmierci danej osoby – oznacza to, że do oficjalnego panteonu mogą trafić dopiero osoby zmarłe co najmniej 20 lat temu, więc na razie nie najświeżsi bohaterowie obecnej wojny. Zapytał przy tym, czy współczesny wizerunek UPA, narodzony jego zdaniem w 2014 roku, a także sam wizerunek Bandery na Ukrainie, nie jest bardzo powierzchowny, wręcz „komiksowy” – funkcjonujący bez głębokiej wiedzy historycznej, jedynie jako symboliczny punkt odniesienia.
Motyka odpowiedział, że tak jest zawsze z każdym fragmentem historii, który zamienia się w mit, porównując ten mechanizm do polskiego przykładu żołnierzy wyklętych – przywołując krytyczną uwagę samego Piotra Zychowicza, że PiS po 2016 roku uczynił z tej formacji swoistą „armię ludową” w uproszczonym, siermiężnym przekazie. Podkreślił kluczową cezurę: kult UPA na poziomie regionalnym, zachodnioukraińskim, istniał od lat 90. i był, jego zdaniem, zrozumiały ze względu na skalę sowieckich represji wobec tamtejszej ludności. Przełomem stała się jednak ustawa Rady Najwyższej z 2015 roku, przyjęta – co Motyka podkreślił jako wymowny szczegół – godzinę po proukraińskim przemówieniu prezydenta Bronisława Komorowskiego, wobec czego strona polska w ogóle nie zaprotestowała. Zauważył przy okazji, że gdyby Komorowski zareagował wówczas tak, jak dziś reaguje prezydent Karol Nawrocki, prezydentura Andrzeja Dudy być może w ogóle by nie nastąpiła. Ustawa z 2015 roku nakładała na wszystkie instytucje państwowe obowiązek szanowania UPA na terenie całej Ukrainy, a krytykę tej formacji czyniła praktycznie działaniem antypaństwowym – przywołał kontrowersyjną ustawę o ukraińskim IPN z 2018 roku, z której władze się częściowo wycofały, ale która zawiera przepisy pozostające martwe jedynie „na razie”. Brzeziecki dodał gorzko, że w razie potrzeby mogą zostać wykorzystane przeciw niewygodnym osobom, tak jak czynią to Rosjanie ze swoim prawem.
Motyka opisał konkretny, poruszający go przykład represyjnego klimatu: list środowiska „Karty”, podpisany przez grono polskich i ukraińskich historyków, nawiązujący do wcześniejszego listu z 1994 roku, mimo stonowanej treści wywołał falę hejtu i nacisków instytucjonalnych na ukraińskich sygnatariuszy, z których część wycofała swoje podpisy pod presją.
Brzeziecki dodał kontekst historyczny: w czasach, gdy Polska zabiegała o wejście do struktur zachodnich, obowiązywała epoka poprawności politycznej wymuszającej krytyczne rozliczenie z własną historią – Ukraina nie przeszła przez ten proces. Wspomniał własne wrażenia z ukraińskich wydarzeń politycznych, gdy autokary z bojówkami przyjeżdżającymi z Galicji do Kijowa swoją symboliką przypominały niepokojąco lata 30. Wskazał na słabość krytycznej inteligencji ukraińskiej i brak rozliczenia ze stosunkiem Ukraińców do Żydów w czasie Holokaustu jako czynniki, które sprawiły, że gloryfikacja UPA weszła do głównego nurtu bez zadawania trudnych pytań.
Fałszerstwo o sotennym „Orle” i propaganda historyczna
Pytany, jak jako hipotetyczny szef ukraińskiego IPN prowadziłby politykę historyczną, Motyka ocenił, że ukraińscy koledzy radzą sobie na tym polu ze skutecznością momentami przerażającą – wskazał na lawinę polemicznych artykułów wymierzonych m.in. w historyka Łukasza Adamskiego, często odgrzewających argumenty sięgające 1946 roku. Przywołał konkretny przykład: doktor historii Birczak, służący w wydziale propagandowym armii ukraińskiej na „froncie polskim”, opublikował tekst o sotennym UPA pseudonim „Orzeł”, rozstrzelanym przez własne dowództwo, przedstawiając to jako dowód sprzeciwu UPA wobec mordowania Polaków. Motyka sprostował: „Orzeł” istotnie został rozstrzelany, ale za złamanie rozkazu centralnego kierownictwa, które zastrzegło sobie wyłączność na rozmowy z Niemcami – lokalny dowódca samowolnie dogadał się ze starostą powiatowym (Motyka przywołał nazwisko Neringa) w sprawie niemieckiej neutralności wobec akcji przeciw polskim wioskom, i to za ten akt nieposłuszeństwa, nie za same zbrodnie, poniósł karę.
Warunek porozumienia: przyznanie się do masowej zbrodni
Motyka podkreślił, że jedynym gestem mogącym otworzyć drogę do porozumienia byłoby jednoznaczne przyznanie przez stronę ukraińską, że UPA dopuściła się masowej, zorganizowanej zbrodni wobec ludności polskiej, i jej potępienie – uparcie twierdził, że takiego gestu nigdy dotąd nie było; przyznawano jedynie, że „jakieś zbrodnie” miały miejsce, nigdy zaś ich zorganizowany, masowy charakter. Przywołał wysłuchany dzień wcześniej wywiad z byłym ministrem spraw zagranicznych Ukrainy Dmytro Kulebą, dotyczący uroczystości ku czci ofiar Wołynia z 2023 roku – z relacji Kuleby jasno wynikało, że strona ukraińska była znakomicie przygotowana i wiedziała, co chce osiągnąć, każdy jej gest był przemyślany, czego nie można powiedzieć o prezydencie Andrzeju Dudzie i jego otoczeniu.
Ryzyko utraty pozycji Polski jako „adwokata” Ukrainy
Brzeziecki zaproponował inne spojrzenie: obie strony powinny się zastanowić, jakich sąsiadów chcą mieć za kilka czy kilkanaście lat – czy Ukraina chce mieć obrażoną, blokującą jej integrację europejską Polskę, a Polska chce mieć wschodniego sąsiada straumatyzowanego wojną, z dużą armią, emocjonalnie pobudzonego i przekonanego (jak sugerują niektóre głosy ukraińskie) o własnej wyjątkowej roli w ratowaniu Europy dzięki technologii dronowej. Przywołał analogię do sporów polsko-niemieckich lat 90. i wczesnych 2000., w tym postać Eriki Steinbach – zaznaczył, że Niemcy nigdy nie stawiali wówczas sprawy „na ostrzu noża”, ponieważ zależało im na zachowaniu marki „promotora Polski” w Unii Europejskiej. Wyraził obawę, że Polska może dziś tracić analogiczną markę „promotora Ukrainy”, co przełożyłoby się na spadek jej politycznej wagi w regionie – zilustrował to obrazem ewentualnej ceremonii pokojowej w Kijowie, gdzie polski premier stałby w trzecim rzędzie, podczas gdy zachodnie firmy ustawiałyby się w kolejce po kontrakty odbudowy, a polskie firmy zostałyby na uboczu.
Pogorzelski, riposując Brzezieckiemu, zauważył jednak, że mimo widocznych flag, pomników i nazw ulic, w zachodniej Ukrainie od lat spotykał się z bardzo dużą życzliwością wobec Polski – zastrzegając, że ta postawa może się teraz, w związku z obecnym kryzysem, zmienić.
Przykład mera Sądowego Jara
Motyka, częściowo polemizując z tym stanowiskiem, przyznał rację co do odpowiedzialności strony polskiej (w książce szeroko omawiają np. podobieństwo prób usprawiedliwiania akcji „Wisła” przez Polaków do ukraińskich prób ukrycia prawdy o Wołyniu), ale zakwestionował argument ekonomiczny na konkretnym przykładzie: mer Lwowa, w sporze z polską firmą zajmującą się przerobem odpadów, zignorował wyrok sądu arbitrażowego – już przed obecną awanturą historyczną. Opisał ze zdumieniem obejrzaną dziesięciominutową wypowiedź tego mera na YouTube, w której przez pierwsze minuty chwalił decyzję Zełenskiego o UPA, po czym płynnie przeszedł do usprawiedliwiania własnego potraktowania polskiej firmy słowami: „UPA kiedyś walczyła z Polakami, a ja walczę dziś z polskim kapitałem” – co Pogorzelski określił jako absurdalne.
Brzeziecki zastrzegł jednak, że nie należy stawiać Ukrainie ultimatum w rodzaju „pokajanie albo koniec pomocy”, ponieważ to nie jest rozwiązanie – rosyjskie drony spadające na Ukrainę w konsekwencji spadłyby też na Polskę. Zauważył problematyczną dziś w Polsce licytację, kto dał Ukrainie mniej pomocy, w kontraście do wcześniejszych lat, gdy Polska chwaliła się, że daje najwięcej. Motyka, odpowiadając na dylemat, jak jednocześnie być twardym w kwestiach historycznych i nadal realnie pomagać Ukrainie na froncie, zaznaczył, że transporty amunicji nadal idą i żaden liczący się polityk w Polsce, poza skrajnymi nawet w Konfederacji siłami, nie proponuje ich wstrzymywania – realna pomoc wojskowa i spór historyczny pozostają, jego zdaniem, sprawami odrębnymi. Zaproponował też inne wyjaśnienie obecnej licytacji: być może strona polska po prostu za mało chwaliła się skalą przekazanej pomocy – konkretnie wymienił haubice Krab i czołgi jadące na front – sugerując, że gdyby mówiono o tym głośniej i z dumą, dzisiejsza licytacja „kto dał mniej” mogłaby wyglądać inaczej.
Paradoks: tęsknota Ukrainy za PiS-em
Motyka zaproponował polityczną interpretację obecnej sytuacji: skoro za rządów PiS Polska przekazała Ukrainie około 15 miliardów pomocy bez większych warunków, a obecny rząd, negocjujący ekshumacje, przekazał dotąd 2 miliardy, po stronie ukraińskiej może istnieć swoista „tęsknota za PiS-em” jako partnerem dającym więcej bez zbędnych dyskusji historycznych – co miałoby tłumaczyć częściowo kalkulację stojącą za decyzją Zełenskiego, uderzającą paradoksalnie najbardziej w obecny, najbardziej życzliwy Ukrainie rząd. Pogorzelski wyraził nadzieję, że w Kijowie nie panuje aż tak uproszczona analiza polskiej sceny politycznej, zauważając, że PiS się zmienił, podobnie jak Koalicja Obywatelska. Motyka odparł sceptycznie, że w PiS zmiana poglądów następuje błyskawicznie wraz ze zmianą sytuacji politycznej – to kwestia czystej retoryki.
Model chorwacki: formalne rozliczenie bez zmiany świadomości społecznej
Pogorzelski zapytał o precedens Chorwacji, zmuszonej przez UE do formalnego rozliczenia z kultem Ustaszy. Brzeziecki zaznaczył, że rozwiązano to jedynie formalnie – kult ten wciąż funkcjonuje w Chorwacji na poziomie nieformalnym, w tym poprzez imprezy upamiętniające, a autor razem z Motyką poświęcili w książce sporo miejsca powiązaniom chorwacko-ukraińskim (odesłał do fragmentu o Wyspach Liparyjskich). Ocenił, że nazw ulic czy pomników w Ukrainie i tak nie da się zmienić – żaden ukraiński polityk podejmujący taką próbę nie przetrwałby politycznie.
Motyka poparł ten model jako realistyczny cel: uznanie na szczeblu państwowym, że dopuszczono się zbrodni na Serbach i Żydach, bez ich usprawiedliwiania. Podkreślił, że Polska nie może z tego zrezygnować, bo oznaczałoby to milczącą zgodę na tezę, że masowe czystki etniczne są usprawiedliwione, jeśli sprzyja temu układ sił politycznych. Zaznaczył jednak wyraźnie, że model chorwacki nie oznacza zmiany świadomości społecznej – czerwono-czarne flagi, banderowskie zawołania wojskowe, nazwy ulic i pomniki pozostaną, a oczekiwanie ich usunięcia jest, jego zdaniem, mrzonką od dawna serwowaną polskiej opinii publicznej przez polityków. Podkreślił prawo Ukrainy do wolnego wyboru własnych bohaterów w demokratycznym państwie, oczekując jedynie krytycznej dyskusji wokół nich.
Trudność rozdzielenia dowódców UPA: „dobry” czy „zły” zależnie od wroga
Brzeziecki podniósł praktyczny problem: nie da się precyzyjnie rozdzielić tego samego dowódcy UPA na „złego”, gdy walczył z Polakami, i „dobrego”, gdy walczył z NKWD – to byli ci sami ludzie. Motyka zgodził się z tym w pełni, uznając, że rozstrzygnięcie tej kwestii powinno pozostać domeną osobnych, narodowych dyskusji historycznych po obu stronach. Zaproponował jednak polityczny kompromis, którego – jego zdaniem – zabrakło: gdyby ukraińscy decydenci posłuchali sugestii i nadali jednostce imię bohaterów walczących wyłącznie z okupacją sowiecką, potwierdziłoby to deklarowany brak antypolskiego wydźwięku decyzji; skoro tego nie zrobiono, można zasadnie twierdzić, że wydźwięk antypolski jednak istnieje. Zastrzegł jednocześnie, że nie wierzy w usunięcie już istniejących regionalnych pomników konkretnych dowódców UPA (choć uważa, że postacie takie jak Kłym Sawur czy Roman Szuchewycz nie powinny znaleźć się w ogólnokrajowym panteonie) – to kult lokalny, ustanowiony przez samorządy, i to sami Ukraińcy powinni decydować o jego przyszłości, bez twardych politycznych żądań z zewnątrz.
Dlaczego Srebrenica jest mniej pamiętana niż Wołyń
Pogorzelski zwrócił uwagę na zbieżność dat – 11 lipca to również rocznica masakry w Srebrenicy z 1995 roku, gdzie zginęło 8 tysięcy bośniackich muzułmanów – zauważając, że w Sarajewie ta znacznie świeższa zbrodnia jest wspominana niemal wyłącznie w rocznicę, w przeciwieństwie do stałej obecności Wołynia w polskiej debacie. Motyka wyjaśnił tę różnicę faktem, że w przypadku Srebrenicy przeprowadzono ekshumacje i pogrzeby bez większego sporu, podczas gdy proces wołyński przebiegał powoli, niezgrabnie, a w latach 2017-2024 towarzyszył mu narastający, podsycany przez rosyjskie służby specjalne i instrumentalizowany politycznie spór o sam zakaz ekshumacji – analogicznie do sporu rodziny z instytucją państwową o prawo do pochówku ciała przetrzymywanego w kostnicy.
Brzeziecki dodał, że po zbrodni w Srebrenicy, nagłośnionej także przez Tadeusza Mazowieckiego jako sprawozdawcę ONZ, cała Europa zareagowała – powstał Międzynarodowy Trybunał, osądzono Slobodana Miloszevicia oraz przywódców bośniackich Serbów, co stale było obecne w mediach; w przypadku Wołynia takiej reakcji międzynarodowej nigdy nie było. Zwrócił uwagę na zjawisko cykliczności pamięci zbiorowej, przywołując przykład zbrodni katyńskiej – wcześniej, zwłaszcza po katastrofie smoleńskiej, stale obecnej w debacie publicznej (istniała nawet Grupa ds. Trudnych), dziś praktycznie nieobecnej. Przytoczył anegdotę o rozmowie ze Słowakiem, który zauważył, że gdyby ktoś chciał zbudować antypolską narrację na Słowacji, wystarczyłoby przypomnieć ofiary oddziału Józefa Kurasia „Ognia” wśród ludności słowackiej – co pokazuje, jak politycy mogą dowolnie „otwierać szafę z historycznymi tragediami”, wywołując reakcje przypominające odruch warunkowy.
Spór o to, co dokładnie zapoczątkowało kryzys
Pogorzelski zasugerował, że to właśnie wcześniejszy zakaz ekshumacji, nie decyzja Zełenskiego o orderze, faktycznie zapoczątkował obecny spór. Motyka odpowiedział, że to zależy od sposobu liczenia – upierał się, że wysiłki obu ministerstw kultury oraz zespołu kierowanego przez ministra Kowala skutecznie rozwiązały problem ekshumacji, mimo że w Polsce nadal toczył się wokół tego spór polityczny. Skrytykował próby podważania sukcesu Kowala i podnoszenia oczekiwań przez tych samych polityków PiS, którzy za swoich rządów jedynie deklarowali wagę ekshumacji, nie robiąc w tej sprawie nic konkretnego. Powtórzył zdecydowanie: prezydent Andrzej Duda jest jedynym prezydentem III RP, od Lecha Wałęsy po Karola Nawrockiego, za którego kadencji nie odbywały się żadne ekshumacje ani pochówki ofiar zbrodni wołyńskiej, co – jego zdaniem – doskonale ilustruje realną (a nie deklaratywną) troskę tego prezydenta o polską pamięć historyczną.
Zachęta do lektury i podsumowanie
Kończąc rozmowę, Pogorzelski przyznał, że wiele wątków z książki „Gry pamięcią” pozostało nieporuszonych, w tym szczegółowa analiza akcji „Wisła” oraz rosyjskiego zaangażowania w podsycanie sporów polsko-ukraińskich, i zachęcił do sięgnięcia po całą publikację. Brzeziecki polecił szczególnie biograficzny rozdział poświęcony samemu Motyce, ilustrujący pars pro toto ogromną pracę, jaką w ciągu ostatnich trzydziestu kilku lat wykonali polscy historycy w krytycznym naświetlaniu trudnych kart własnej historii – co, jego zdaniem, mogłyby Polsce zazdrościć inne narody. Pogorzelski zamknął program życzeniem, by Ukraińcy również spojrzeli krytycznie na własną przeszłość, a Polacy – na niektóre aspekty polityki II Rzeczpospolitej.
Gośćmi podcastu „Po prostu wschód” (Polskie Radio), prowadzonego przez Piotra Pogorzelskiego, byli prof. Grzegorz Motyka z Instytutu Studiów Politycznych PAN oraz dziennikarz i historyk Andrzej Brzeziecki, autorzy książki „Gry pamięcią. O polityce historycznej w Polsce, na Ukrainie i w Rosji” (Wydawnictwo Literackie). Materiał na kanale Polskie Radio na YouTube, liczącym 265 tys. subskrybentów. Opublikowany 11 lipca 2026.