Prof. Wielomski: Ukraina po wojnie będzie państwem zrujnowanym demograficznie, rządzonym przez oligarchów i uzależnionym od zewnętrznego finansowania. Banderyzm zostanie, bo elity potrzebują go do kontroli społeczeństwa

Profesor Adam Wielomski w kolejnym obszernym wykładzie na własnym kanale przedstawił scenariusze dla Ukrainy po zakończeniu wojny z Rosją — analizując perspektywy demograficzne, gospodarcze, polityczne i geopolityczne państwa ukraińskiego w horyzoncie najbliższych dekad.

Punkt wyjścia — jaka Ukraina wyjdzie z wojny

Wielomski zastrzegł na wstępie, że nie zamierza spekulować o terminie zakończenia wojny ani o warunkach pokoju — te kwestie omówił w poprzednich wykładach. Interesuje go pytanie, czym będzie Ukraina jako państwo po wojnie, niezależnie od tego, kiedy i na jakich warunkach ona się skończy. Podkreślił, że analiza musi uwzględniać stan wyjściowy — Ukrainę, która weszła w wojnę jako państwo już poważnie dysfunkcyjne, z oligarchiczną strukturą władzy, ogromną korupcją i zależnością od zewnętrznych transferów finansowych.

Katastrofa demograficzna — kilkanaście milionów niedoboru

Wielomski ocenił, że najpoważniejszym i najtrudniejszym do odwrócenia skutkiem wojny będzie katastrofa demograficzna. Przed wojną Ukraina liczyła około 44 milionów mieszkańców — już wtedy z wyraźnym trendem ujemnym. Dziś, według różnych szacunków, pod kontrolą rządu ukraińskiego pozostaje 28-30 milionów, z czego — jak sam Budanow przyznał — 11 milionów to emeryci. Miliony Ukraińców wyjechały za granicę, przede wszystkim do Polski, Niemiec i innych krajów europejskich. Znaczna część mężczyzn zginęła na froncie lub jest inwalidami wojennymi.

Wielomski przywołał szacunki, według których Ukraina po wojnie może liczyć realnie 25-28 milionów mieszkańców — z demografią charakterystyczną dla kraju po wielkiej wojnie: ogromna nadwyżka kobiet, dziura pokoleniowa wśród mężczyzn w wieku produkcyjnym, starzejące się społeczeństwo. Przywołał historyczną analogię z Francją po I wojnie światowej — Francja przez dwie dekady zmagała się z brakiem mężczyzn, co zniszczyło jej potencjał militarny i demograficzny. Ukraina stoi przed podobnym, a może głębszym problemem.

Emigranci, jego zdaniem, w przeważającej mierze nie wrócą — zwłaszcza kobiety z dziećmi, które zbudowały w Polsce czy Niemczech nowe życie, wysyłają dzieci do szkół, znalazły pracę. Nie ma żadnego mechanizmu, który zmusiłby je do powrotu, a motywacja do wyjazdu z reguły jest silniejsza niż do powrotu w warunki wojenne lub postrojenne.

Plan sprowadzenia migrantów z Afryki — realizm czy desperacja

Wielomski rozwinął wątek wspomniany w poprzednim wykładzie — wypowiedzi Budanowa o konieczności sprowadzenia „inżynierów i doktorów” z zagranicy dla odbudowy Ukrainy, oraz doniesień o naborach w Demokratycznej Republice Konga. Ocenił, że jest to plan desperacki, ale w pewnym sensie racjonalny z punktu widzenia ukraińskich elit — potrzebują rąk do pracy i głów do odbudowy, a własne zasoby ludzkie są zbyt szczupłe.

Wskazał jednak na fundamentalne sprzeczności tego planu. Po pierwsze — nacjonalizm banderowski, który jest dziś oficjalną ideologią państwową Ukrainy, jest z definicji wykluczający wobec obcych etnicznie. Po drugie — przyjęcie masowej imigracji z Afryki lub Azji wywołałoby gwałtowny sprzeciw społeczny, bo ukraińskie społeczeństwo jest etnicznie i kulturowo jednorodne i nieprzyznane do wielokulturowości. Po trzecie — imigranci z krajów rozwijających się są zazwyczaj mniej wykwalifikowani niż potrzeby odbudowującej się po wojnie Ukrainy.

Wielomski przewidział, że ten plan albo nie zostanie zrealizowany w żadnej znaczącej skali, albo — jeśli zostanie — doprowadzi do poważnych napięć społecznych i politycznych, które mogą obalić elity, które ten plan wdrożą.

Gospodarka — zrujnowana, oligarchiczna, uzależniona od dotacji

Wielomski przedstawił stan ukraińskiej gospodarki jako katastrofalny. Przed wojną Ukraina była jednym z najbiedniejszych krajów Europy, z PKB per capita zbliżonym do Mołdawii. Najbogatsze regiony przemysłowe — Donbas i okolice — są zniszczone lub zajęte przez Rosję. Mariupol, ważny port i centrum przemysłowe, leży w gruzach. Dostęp Ukrainy do Morza Czarnego jest dramatycznie ograniczony — Odessa co prawda pozostaje ukraińska, ale szlaki morskie są niebezpieczne.

Rolnictwo — jeden z atutów Ukrainy — ucierpiało z powodu zaminowania ogromnych połaci czarnoziemów. Odminowywanie będzie trwać dekady i kosztować miliardy. Infrastruktura energetyczna jest w znacznej mierze zniszczona przez rosyjskie ataki rakietowe.

Gospodarka ukraińska funkcjonuje dziś wyłącznie dzięki masowym transferom finansowym z Zachodu — szacowanym na kilkadziesiąt miliardów dolarów rocznie. Wielomski ocenił, że po wojnie te transfery nie znikną natychmiast, ale będą stopniowo maleć — a Ukraina przez lata nie będzie zdolna do samodzielnego utrzymania się bez zewnętrznego wsparcia. Odbudowa infrastruktury to koszt setek miliardów dolarów, których nikt Ukrainie nie da za darmo — zachodnie korporacje wejdą, ale będą chciały zarobić.

Oligarchowie — wróg wewnętrzny, który nigdy nie odszedł

Wielomski poświęcił sporo miejsca kwestii ukraińskiej oligarchii — warstwie superbogatych, która od początku niepodległości kontroluje ukraińską gospodarkę i politykę. Przypomniał, że Majdan 2014 roku był w części protestem przeciw oligarchii Janukowycza — ale skończył się zastąpieniem jednej oligarchii przez inną, skupioną wokół innych nazwisk.

Zełenski, mimo populistycznej retoryki antyoligarchicznej, nie rozmontował systemu — sam jest dziś — zdaniem Wielomskiego — de facto częścią tego układu. Achmetow, Kołomojski (który finansował Zełenskiego przed wyborami), Pinczuk i inni oligarchowie przetrwali wojnę, a część z nich wręcz na niej zarabia. W warunkach wojennych kontrola oligarchów nad mediami, bankami i kluczowymi sektorami gospodarki jest trudniejsza do zakwestionowania niż w czasie pokoju — bo każda krytyka może być przedstawiona jako działanie na rzecz wroga.

Po wojnie — ocenił Wielomski — oligarchowie będą silniejszą stroną niż kiedykolwiek, bo to oni będą mieli kapitał potrzebny do odbudowy i kontakty z zachodnimi korporacjami. Demokratyzacja Ukrainy w takich warunkach jest, jego zdaniem, iluzją.

System polityczny — fasadowa demokracja pod kontrolą oligarchów

Wielomski ocenił, że ukraiński system polityczny przed wojną był fasadową demokracją — regularne wybory odbywały się, ale realna władza należała do oligarchów finansujących partie i polityków. Podobnie jak na Węgrzech za Orbana, tyle że w polskich i zachodnich mediach o Orbanie piszą jako o dyktatorze, a o ukraińskim systemie — jako o demokracji atakowanej przez Rosję.

Zełenski skoncentrował dziś władzę bardziej niż jakikolwiek poprzednik — zakazał partii opozycyjnych, kontroluje media, prowadzi wojnę z Kościołem prawosławnym. To jest, zdaniem Wielomskiego, zrozumiałe w warunkach wojennych — ale po wojnie taki system nie zostanie rozmontowany dobrowolnie. Zełenski (lub jego następca) będzie chciał utrzymać kontrolę, bo inaczej straci władzę i — w warunkach ukraińskich — może stracić więcej niż tylko stanowisko.

Wielomski nie wyklucza scenariusza, w którym po wojnie dojdzie do puczu wojskowego — ukraińska armia, zahartowana w boju i posiadająca ogromny autorytet społeczny, może okazać się silniejsza od oligarchiczno-cywilnej elity rządzącej. Historyczne analogie (Grecja po II wojnie, różne państwa postkolonialne po wojnach o niepodległość) pokazują, że taki scenariusz nie jest niemożliwy.

Banderyzm po wojnie — zostanie, bo jest funkcjonalny dla elit

Wielomski postawił tezę, którą uznał za kluczową — banderyzm jako ideologia państwowa nie zniknie po wojnie, bo jest funkcjonalny dla ukraińskich elit. Nacjonalizm skrajny pełni w dysfunkcyjnych państwach rolę kleju społecznego — zastępuje brakujące więzi obywatelskie, zasłania konflikty klasowe i oligarchiczną eksploatację, kanalizuje frustrację społeczną w kierunku zewnętrznych wrogów (Polska, Rosja, Węgry).

Podobnie było z faszyzmem w międzywojennych Włoszech czy Niemczech — pełnił on funkcję ideologicznego kleju dla społeczeństw dotkniętych kryzysem i niezdolnych do zbudowania dojrzałej demokracji. Ukraina po wojnie będzie państwem zrujnowanym gospodarczo i demograficznie, z ogromnymi napięciami społecznymi (weterani kontra cywile, bogaci kontra biedni, zachód kontra wschód kraju) — i banderyzm będzie w tej sytuacji użytecznym narzędziem dla każdego, kto będzie chciał rządzić.

Ocenił też, że zachodni partnerzy Ukrainy — Niemcy, USA, Wielka Brytania — przymkną na to oko, bo alternatywą jest destabilizacja lub powrót do orbity rosyjskiej. Tak samo przymykali oko na skrajny nacjonalizm w innych państwach, gdy był im geopolitycznie wygodny.

Relacje z Polską — strukturalnie trudne, bez względu na polityków

Wielomski powrócił do tezy z poprzedniego wykładu — że stosunki polsko-ukraińskie będą strukturalnie trudne niezależnie od tego, kto rządzi w Warszawie i Kijowie, bo wynikają z obiektywnych sprzeczności interesów. Powtórzył argument o Ukrainie jako naturalnym sojuszniku Niemiec, o polskim rolnictwie zagrożonym ukraińską konkurencją, o federalizacji UE sprzecznej z polskim interesem suwerenności.

Dodał nowy wątek — po wojnie na Ukrainie będzie ogromna liczba weteranów, dobrze wyszkolonych, zahartowanych w boju, z bronią i z traumami. Historycznie tacy weterani stanowią potencjalne źródło niestabilności — we Włoszech po I wojnie światowej dali początek faszyzmowi, w Niemczech zasilili Freikorpsy i NSDAP. Ukraina będzie miała miliony takich ludzi, a jeśli gospodarka nie zapewni im godnego życia — a nie zapewni, przynajmniej przez pierwsze lata — staną się oni bazą dla skrajnie nacjonalistycznych ruchów o charakterze paramilitarnym.

Wielomski zaznaczył, że te ruchy będą skierowane przede wszystkim przeciw Rosji — ale historia pokazuje, że agresywny nacjonalizm wewnętrzny szybko szuka kolejnych wrogów, a Polska jako historyczny ciemiężca ukraińskiego chłopstwa jest w tej narracji naturalnym kandydatem.

Konkluzja — realizm zamiast iluzji

Wielomski zakończył wykład apelem o realizm w polskiej polityce wobec Ukrainy — bez naiwności, ale też bez wrogości. Przypomniał, że Polska przez cztery lata robiła wszystko dla Ukrainy, po czym otrzymała policzek w postaci Panteonu Narodowego z banderowcami. To nie jest wynik złej woli pojedynczych polityków — to strukturalna logika sytuacji.

Polska powinna pomagać Ukrainie bronić się przed Rosją — bo rosyjska dominacja nad Ukrainą byłaby dla Polski geopolitycznie groźna. Ale powinna to robić z pozycji twardego, racjonalnego partnera, a nie naiwnego mecenasa, który nie stawia żadnych warunków i nie egzekwuje żadnych zobowiązań. I powinna przygotować się na to, że poukraińska Europa nie będzie lepsza dla Polski niż ta sprzed 2022 roku — bo geopolityczne kleszcze między Niemcami a Ukrainą będą zaciskać się niezależnie od tego, kto rządzi w Berlinie i Kijowie.


Wykład wygłosił prof. Adam Wielomski. Materiał dostępny na kanale autorskim Prof. Adam Wielomski. Naukowo o polityce na YouTube, liczącym 53,1 tysiąca subskrybentów. Opublikowany 30 czerwca 2026 roku.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *