Jacek Siewiera, senior fellow ośrodka analitycznego Atlantic Council i były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, był gościem Agnieszki Lichnerowicz w wideokaście „Świat na zakręcie”. Rozmowa dotyczyła najnowszych masowych ataków rakietowych na Kijów, prawdopodobieństwa jesiennej mobilizacji w Rosji, zmiany charakteru współczesnej wojny, odporności Europy na presję hybrydową, relacji polsko-ukraińskich oraz rosnącego ryzyka użycia broni chemicznej na Ukrainie.
Ataki na Kijów: siła czy słabość reżimu
Lichnerowicz otworzyła rozmowę pytaniem o niedawny, jeden z największych ataków rakietowych na Kijów – ponad 40 pocisków, w tym Iskandery – i to, czy jest to wyraz siły Rosji, czy raczej słabości reżimu, wewnętrznie krytykowanego przez własnych obywateli w miarę jak ukraińskie uderzenia na dużą odległość zaczynają dotykać zwykłych Rosjan (niszczenie rafinerii, braki paliwa).
Siewiera ocenił, że każdy kolejny atak na Kijów okazuje się „tym kolejnym najsilniejszym” – Rosja systematycznie podnosi próg i skalę zaangażowanych środków. Zwrócił uwagę, że uderzenia te celują nie tylko w cele cywilne, ale też w obiekty administracji publicznej – zjawisko obserwowane już wcześniej, w maju i czerwcu. Podkreślił, że dlatego tak istotne jest posiadanie przez Ukrainę systemów Patriot zdolnych przechwytywać takie pociski. Zaznaczył, że rosyjskie uderzenia celują raczej w stolice i duże ośrodki miejskie niż w linię frontu, co – jego zdaniem – wpisuje się w szerszą zmianę charakteru współczesnej wojny, obserwowaną również na Bliskim Wschodzie.
Odpowiadając na pytanie, czy taka strategia realnie łamie wolę walki, Siewiera zastrzegł, że nie byłby tu jednoznaczny historycznie, ale w przypadku Ukrainy uderzenia w ludność cywilną z reguły zwiększają motywację, mobilizację i determinację do oporu. Ocenił, że współczesna wojna radykalnie różni się od poprzednich konfliktów – dziś nie istnieje klasyczna linia frontu, lecz raczej pas demarkacyjny, a główna aktywność wojsk koncentruje się na uderzeniach w głąb terytorium przeciwnika. Jako przykład skuteczności takiego podejścia po stronie ukraińskiej przywołał uszkodzenie bombowców strategicznych w rosyjskiej bazie Engels – głęboko w terytorium przeciwnika, mimo teoretycznie skutecznej obrony przeciwlotniczej (A2AD), przy użyciu relatywnie taniej ukraińskiej technologii.
Trzy scenariusze rozwoju sytuacji
Lichnerowicz zaproponowała podsumowanie aktualnej sytuacji: powolne, ale systematyczne postępy Rosji na wschodzie (w tym przejmowanie Konstantynówki), narracyjne sukcesy Ukrainy na arenie międzynarodowej dzięki uderzeniom w rosyjską gospodarkę, eksport ropy i flotę cieni, oraz narastające zmęczenie ukraińskiego społeczeństwa w obliczu zniszczonego systemu energetycznego przed nadchodzącą zimą.
Siewiera dodał do tego bilansu czwarty element – skuteczne, choć ograniczone terytorialnie operacje zaczepne Ukrainy na południu, w tym w Zaporożu, które nie tyle odzyskują duże obszary, co wiążą siły przeciwnika, zmuszając Rosję do przesuwania zasobów z głównego kierunku uderzenia w rejonie Pokrowska i Konstantynówki. Ocenił, że najbardziej prawdopodobnym scenariuszem – i jednocześnie najbardziej optymistycznym przy obecnej determinacji ukraińskiego społeczeństwa – jest utrzymanie silnego oporu bez wielkich zdobyczy terytorialnych ani po jednej, ani po drugiej stronie. Ostrzegł jednak, że nadchodząca zima będzie okresem dużego zmęczenia obu stron, z możliwą rosyjską mobilizacją, oraz zwiększonym ryzykiem, że Kreml spróbuje rozszerzyć konflikt hybrydowo na inne kraje Unii Europejskiej, szczególnie wschodniej flanki, by osiągnąć efekt polityczny w postaci osłabienia wsparcia dla Ukrainy.
Dlaczego Putin zwleka z mobilizacją
Zapytany, dlaczego Władimir Putin dotąd nie ogłosił pełnej mobilizacji, mimo doniesień o niedoborach żołnierzy, Siewiera zastrzegł, że nie jest sowietologiem i wskazał na Ośrodek Studiów Wschodnich jako polską instytucję dysponującą najlepszą wiedzą w tym zakresie. Zaproponował jednak własną analizę, opartą na rozumieniu natury armii w modelu sowieckim – armia jest, jego zdaniem, narzędziem bardziej opresyjnym i brutalnym niż system penitencjarny.
Wskazał, że narastające niezadowolenie społeczne w Rosji (m.in. z powodu ograniczeń paliwowych wprowadzonych przez dowódcę na kierunku zaporoskim, limitujących dostęp do 80 litrów paliwa tygodniowo) tworzy ryzyko protestów, wobec których władza ma dwie opcje: brutalną pacyfikację przy użyciu OMON-u (metoda ryzykowna wizerunkowo) albo mobilizację, którą łatwo przedstawić propagandowo jako obowiązek wobec ojczyzny. Ocenił, że mobilizacja w Rosji Putina nie jest wyłącznie narzędziem wzmocnienia frontu, lecz może okazać się przede wszystkim prewencyjnym środkiem tłumienia potencjalnych ognisk niezadowolenia w dużych miastach.
Siewiera zwrócił uwagę na niedoceniany, jego zdaniem, czynnik psychologiczny wpływający na myślenie Kremla – bunt Jewgienija Prigożyna i jego niemal niezakłócony, 800-kilometrowy marsz na Moskwę. Ocenił, że to doświadczenie pozostaje żywym koszmarem dla rosyjskiego przywództwa politycznego, wynikającym z niezadowolenia w armii, i że Putin ma świadomość, że mobilizacja może posłużyć jako narzędzie wywierania presji na społeczeństwo, jednocześnie demonstrując wojsku, że władza nie pozostaje bezczynna.
Odpowiadając na pytanie o skalę jesiennej mobilizacji, Siewiera zaznaczył, że pobór odbywa się w Rosji rutynowo dwa razy w roku, a pytaniem pozostaje jedynie skala tegorocznego naboru jesiennego. Wyjaśnił, że na froncie walczą głównie żołnierze kontraktowi, a nie poborowi, co przez ostatnie cztery i pół roku wygenerowało rezerwę rzędu miliona osób, które odbyły służbę obowiązkową, rozumieją funkcjonowanie struktury wojskowej pod presją wojny, ale nie straciły życia – co czyni ich, jego zdaniem, „niezwykle świeżą rezerwą” na wypadek dalszej mobilizacji.
Czy Kreml ma pole manewru do rozmów pokojowych
Zapytany o prawdopodobieństwo scenariusza rozmów pokojowych czy zamrożenia konfliktu na wzór strefy zdemilitaryzowanej między Koreami, Siewiera ocenił to jako mało prawdopodobne. Stwierdził, że Kreml stał się zakładnikiem własnej wojny i nie ma dziś pola manewru do wycofania się z niej – nie widzi więc perspektyw na trwałą deeskalację w formie przerwania walk popartego procesem dyplomatycznym.
Wojna kognitywna: Putin przegrywa w Europie
Lichnerowicz zapytała, czy Rosja wygrywa wojnę hybrydową, kognitywną, o percepcję i wytrzymałość społeczeństw europejskich. Siewiera odpowiedział jednoznacznie, że Putin tę wojnę przegrywa – mimo trudności Unii Europejskiej z uchwaleniem kolejnego (21.) pakietu sankcji, podkreślił, że Unia po czterech latach przejęła na siebie ciężar finansowania obrony Ukrainy, wdrożyła wspólne plany zbrojeniowe z finansowaniem opartym na wspólnym długu, coraz jednoznaczniej identyfikuje Rosję jako przeciwnika, a kwestie bezpieczeństwa i obrony stały się nieodzownym elementem unijnej agendy strategicznej, w tym nadchodzącej wieloletniej perspektywy finansowej (MFF) – co nigdy wcześniej, od czasów Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, nie miało miejsca.
Ocenił, że jest to dokładne przeciwieństwo scenariusza, na jaki liczyłby Putin – rozmów bilateralnych z poszczególnymi krajami prowadzących do kolejnych „Brexitów”. Użył metafory medycznej, mówiąc, że im dłużej trwa wojna, tym bardziej ta swoista „szczepionka” w postaci żywego patogenu „ruskiego miru” uodparnia struktury europejskie – zastrzegając jednak niepewność, czy czasu starczy, by zadziałać prewencyjnie i zapobiec bezpośredniej wojnie, a nie tylko ją wygrać. Podkreślił, że Rosja ma ograniczony czas, bo zasoby Unii Europejskiej pod względem kapitału i technologii, zwłaszcza po dywersyfikacji dostaw energii, znacząco przewyższają możliwości Federacji Rosyjskiej.
Zaznaczył jednak, że nawet w scenariuszu zmniejszenia intensywności działań zbrojnych po nadchodzącej zimie – co ocenił jako mało prawdopodobne – nie oznaczałoby to spadku intensywności działań hybrydowych w Europie, lecz raczej ich nasilenie, skoro dotychczasowa metoda (eskalacja przeciw Ukrainie bez odstraszenia europejskich sojuszników) okazuje się nieskuteczna.
Zmęczenie wojną w Europie a interes strategiczny
Lichnerowicz zwróciła uwagę na rosnące oznaki zmęczenia wojną w społeczeństwach zachodnich, w tym w Polsce, oraz zbliżające się wybory we Francji i Niemczech mogące zmienić układ sił politycznych. Siewiera przyznał, że te nastroje są podsycane „bardzo skutecznie i cynicznie” przez zradykalizowaną część polskiej sceny politycznej, określoną przez niego jako niegdyś zdroworozsądkową, dziś zupełnie zradykalizowaną.
Ocenił jednak, że mimo widocznego zmęczenia, względy bezpieczeństwa całego kontynentu ostatecznie przeważą, z dwóch powodów. Po pierwsze, wojna nie jest już ograniczona do linii frontu – działania hybrydowe Rosji, jak przerywanie kabli podmorskich czy operowanie dronami w pobliżu lotniska w Kopenhadze, generują wymierne straty ekonomiczne nawet w krajach oddalonych od wschodniej flanki, jak Dania, odwracając dotychczasową prawidłowość różnicowania percepcji ryzyka między np. Madrytem a Warszawą. Przywołał w tym kontekście przypadek zamordowanego na terenie Hiszpanii pilota, który znalazł tam schronienie, jako przykład, że nawet kraje pozornie mniej narażone (Hiszpania, Portugalia) podlegają wojnie hybrydowej.
Po drugie, wskazał na interesy Niemiec i Francji – oba kraje, próbując budować swoją pozycję międzynarodową poprzez powrót do dawnych stref wpływów (Francja w byłych koloniach, Wielka Brytania w ramach Commonwealthu i relacji z Indiami, Kanadą, Bliskim Wschodem i Afryką), regularnie napotykały tam już zakorzenione rosyjskie interesy – co czyni utrzymanie wspólnej linii politycznej przeciwko rosyjskiemu imperializmowi zgodnym z ich własnym interesem strategicznym.
Czy Polska powinna się martwić
Lichnerowicz zapytała wprost, czy Siewiera martwi się o Polskę, zwracając uwagę na napięcie między krótkoterminową kalkulacją wyborczą polityków a długoterminowym myśleniem strategicznym o bezpieczeństwie. Siewiera odpowiedział twierdząco, podkreślając osobisty wymiar tej troski jako obywatela i ojca. Zaznaczył jednocześnie, że Polska rozwija się dziś dynamicznie – prognozowany wzrost PKB na poziomie 3,5 procent, z możliwością osiągnięcia 4 procent, częściowo dzięki programom takim jak SAFE.
Odnosząc się do krytyki tego typu programów przez część polskich elit politycznych, Siewiera zdefiniował „elitę” jako tych, którzy inwestują w rozwój intelektualny i ciągłość myśli strategicznej państwa – wyraził przekonanie, że w polskim życiu publicznym coraz więcej miejsca zajmują osoby, które chciałyby się do elit zaliczyć, ale nigdy nie będą miały ku temu realnych podstaw, sięgając zamiast tego po podburzanie prymitywnych emocji i uproszczone narracje.
Zapytany wprost, czy Polska może przegrać wojnę hybrydową na wytrzymałość z Rosją, odpowiedział, że tak, to możliwe. Podkreślił jednak, że polskie społeczeństwo historycznie dobrze rozumiało naturę zagrożenia ze strony Rosji oraz wartość sojuszy – w tym transformacji dawnego zachodniego wroga w sojusznika w ramach NATO – i wyraził nadzieję, że ten kurs strategiczny nie zostanie przerwany.
Ryzyko porozumienia niemiecko-ukraińskiego ponad Polską
Zapytany prowokacyjnie, czy obawia się sojuszu niemiecko-ukraińskiego zawieranego „ponad polskimi głowami”, Siewiera przyznał, że ryzyko takiej realizacji interesów z pominięciem Polski jest realne – zjawisko to obserwuje się w wielu miejscach europejskiej polityki zagranicznej, gdzie kraje budują relacje ponad głowami historycznych rywali, co przez dekady po II wojnie światowej skutecznie zapobiegało konfliktom w Europie poprzez konstruktywną rywalizację.
Jako konkretny przykład takiego ryzyka wskazał brak zaproszenia Polski do koalicji antybalistycznej przez stronę ukraińską. Ocenił, że częściowo wynika to z faktu, że Polska dysponuje własnymi zaawansowanymi rozwiązaniami w tym obszarze, choć przyznał, że dostęp do ukraińskich osiągnięć cyfrowych i danych z pola walki byłby wartościowy – wyraził jednak wątpliwość, czy Ukraina, traktująca te zasoby jako swój „największy skarb” w negocjacjach, zdecydowałaby się się nimi dzielić w zamian za jedną zimę wsparcia antybalistycznego.
Zaznaczył jednak, że każde porozumienie między Niemcami czy Francją a Ukrainą, z uwagi na położenie geograficzne Polski, będzie musiało wiązać się z korzyściami ekonomicznymi dla polskiej gospodarki – to właśnie geografia od wieków komplikowała relacje Polski z sąsiadami, ale też czyni polskie porty i infrastrukturę transportową kluczowym, najtańszym elementem szlaku do odbudowy Ukrainy. Zakwestionował realność alternatywy transportowej przez Rumunię, wskazując, że tamtejsza infrastruktura nie jest w stanie przetworzyć niezbędnej skali transportu dóbr, a transport morski przez Bałtyk pozostaje najtańszą opcją.
Specyfika negocjacji z Ukraińcami
Odnosząc się do własnych doświadczeń z okresu kierowania BBN, w tym relacji z ministrem Andrijem Jermakiem, Siewiera przyznał, że rozmowy z ukraińską stroną bywały bardzo brutalne i prowadzone twardym językiem z obu stron. Zaznaczył jednak, że wynika to nie tyle z odmiennej kultury negocjacyjnej, co z faktu, że Ukraina jest krajem w stanie wojny, gdzie podobnie ostry ton komunikacji obowiązuje wewnątrz samego rządu – przywołał w tym kontekście głośny konflikt między byłym ministrem obrony a generałem Syrskim, szeroko komentowany w opinii publicznej. Zaznaczył, że polska kultura polityczna również bywa brutalna w porównaniu np. z fińską, norweską czy szwedzką, co pokazuje, że nie jest to wyłącznie kwestia specyfiki ukraińskiej, lecz też stawki – życia ludzi na froncie – jaka determinuje intensywność tych sporów.
Ocena kryzysu w relacjach polsko-ukraińskich
Poproszony o podsumowanie przyczyn obecnego kryzysu w relacjach polsko-ukraińskich, Siewiera jednoznacznie wskazał, że został on wywołany przez stronę ukraińską – nieodpowiedzialną i obraźliwą dla Polaków decyzją o nadaniu jednostce wojskowej imienia osoby uznawanej za zbrodniarza. Wyraził satysfakcję z procesu zainicjowanego przez Polskę w Unii Europejskiej, prowadzącego do uchwalenia rezolucji dotyczącej pamięci o Wołyniu, oceniając to jako skuteczny sposób pokazania Ukrainie, że nadmierne podsycanie nacjonalizmu dla wewnętrznych celów politycznych – zjawisko obserwowane też, jego zdaniem, w prymitywnej formie w Polsce – prowadzi do trwałego napiętnowania w pamięci instytucjonalnej Europy.
Ocenił, że Ukraińcy powinni budować swoją tożsamość narodową na fundamencie bohaterskiej, nowoczesnej technologicznie walki z „ruskim mirem” w obecnej wojnie, nie zaś na gloryfikacji dawnych zbrodniarzy, co szkodzi ich europejskiej drodze integracyjnej. Podkreślił rolę Polski jako inicjatora debaty, która znalazła odzwierciedlenie w unijnym dokumencie strategicznym, kontrastując to z podejściem podgrzewającym antyukraińskie nastroje w Polsce, które – jego zdaniem – prowadzi jedynie do nagłówków w rosyjskiej agencji TASS i pochwał ze strony Marii Zacharowej.
Zapytany o propozycję Wołodymyra Zełenskiego dotyczącą otwarcia akt służb specjalnych w sprawie zbrodni wołyńskiej – propozycję, wobec której historycy wyrażali zdziwienie, sądząc, że te akta już wcześniej były otwarte – Siewiera wprost zastrzegł, że nie czuje się kompetentny, by komentować tę czysto polityczną i historyczną decyzję, niemającą wpływu na obszar jego specjalizacji, czyli politykę bezpieczeństwa i zagrożenia CBRN.
Rosnące ryzyko użycia broni chemicznej na Ukrainie
Ostatnia część rozmowy dotyczyła specjalizacji zawodowej Siewiery jako lekarza wojskowego zajmującego się zagrożeniami CBRN (chemicznymi, biologicznymi, radiologicznymi i jądrowymi). Ocenił, że o ile do niedawna – przed wojną na Ukrainie – większość incydentów użycia broni z tej kategorii w Europie miała charakter bardzo selektywny (przypadki Litwinienki, Skripala, Nawalnego), o tyle obecnie zagraniczne wywiady, w tym instytucje monitorujące nieproliferację, informują o postępującej „normalizacji” użycia broni masowego rażenia na Ukrainie, przede wszystkim chemicznej – z uwagi na jej niski koszt i łatwość zastosowania.
Opisał niepokojący mechanizm wykorzystania gazów (CN, CS, fosgen, pochodne chloru) przenoszonych przez drony FPV, mające na celu wypłoszenie personelu wojskowego – medycznego, zaopatrzeniowego, operatorów dronów – z okopów czy piwnic na powierzchnię, gdzie następnie są eliminowani innymi dronami. Za jeszcze bardziej niepokojące uznał doniesienia o próbach montowania ładunków chemicznych na dronach dalekiego zasięgu typu Shahed, zdolnych uderzać bezpośrednio w infrastrukturę cywilną na terenach zurbanizowanych – przywołał w tym kontekście precedens użycia broni chemicznej przez reżim Baszara al-Asada w Syrii (1400 ofiar śmiertelnych, w tym 400 dzieci), które mimo przekroczenia deklarowanej przez USA „czerwonej linii” nie doprowadziło do realnej interwencji, ale miało poważny ciężar polityczny. Wskazał, że holenderski wywiad już oficjalnie mówi o normalizacji użycia broni chemicznej na Ukrainie, co tworzy dla obrońców trudny dylemat strategiczny dotyczący reagowania na tego typu zagrożenia w terenie zurbanizowanym.
Zapytany, co robi w praktyce, by przeciwdziałać temu zagrożeniu, Siewiera ujawnił, że od 20 miesięcy pracuje z zespołem inżynierów na Uniwersytecie Oksfordzkim nad stworzeniem taniego, rozproszonego narzędzia do wykrywania czynników chemicznych i radiologicznych w nowym wydaniu europejskim. Ocenił, że technologicznie rozwiązanie to jest już gotowe produktowo, a Polska była jednym z krajów najbardziej zaawansowanych w opracowywaniu podobnych sieci na zlecenie Komisji Europejskiej – głównym problemem pozostaje jednak brak zintegrowanej implementacji takiego systemu na poziomie unijnym, gdzie istniejące rozwiązania mają charakter rozproszony i niespójny między poszczególnymi krajami.
Jak żyć w świecie permanentnej zmiany
Na zakończenie rozmowy, odpowiadając na pytanie, jak zachować spokój w obliczu tych wszystkich zagrożeń bez popadania w panikę ani szukania prostych, autorytarnych rozwiązań, Siewiera zaapelował o świadome przyjęcie zmiany jako nowej normy – oceniając, że lepiej jest samemu inicjować adaptację do zmieniającej się rzeczywistości niż dać się przez nią zaskoczyć, zarówno na polu walki, w gospodarce, jak i w polityce. Podkreślił wagę zachowania wartości konserwatywnych, w tym dziedzictwa łacińskiej Europy i chrześcijańskiego świata, zastrzegając jednocześnie, że nie może to przybierać formy negowania rzeczywistości czy rewizjonizmu historycznego, które cofałyby osiągnięcia powojennej Europy i groziłyby powrotem do sytuacji osamotnienia Polski wobec wrogów po obu stronach granic.
Rozmowę przeprowadziła Agnieszka Lichnerowicz w wideokaście „Świat na zakręcie”. Materiał „Jacek Siewiera: Czy plan Putina i mobilizacja w Rosji zmienią bieg wojny? | Świat na zakręcie” opublikowany 20 lipca 2026 we współpracy ze Świat na zakręcie i Tygodnikiem Polityka.