Wołyń, ekshumacje i polityka historyczna. Debata Zychowicza, Parafianowicza, Motyki i Skórki w Kanale Zero

Krzysztof Stanowski zaprosił do studia Kanału Zero czterech rozmówców: historyka Piotra Zychowicza, dziennikarza Zbigniewa Parafianowicza, prof. Grzegorza Motykę — dyrektora Wojskowego Biura Historycznego — oraz Mirosława Skórkę, prezesa Związku Ukraińców w Polsce. Przez ponad dwie godziny rozmawiali o przyczynach i skali rzezi wołyńskiej, odpowiedzialności obu stron, polskiej polityce historycznej i tym, dlaczego po ponad osiemdziesięciu latach ekshumacje na Wołyniu wciąż nie zostały przeprowadzone.

Co się wydarzyło na Wołyniu — lekcja historii

Prof. Motyka zarysował chronologię zdarzeń. Antypolska akcja OUN-UPA trwała w latach 1943–1945. Zaczęła się 9 lutego 1943 roku w Parośli na Wołyniu, kulminację osiągnęła 11 lipca 1943 — stąd data jest obchodzona jako dzień pamięci ofiar — kiedy jednocześnie zaatakowano 99 polskich wiosek. W 1944 roku fala mordów przeniosła się do Galicji Wschodniej. Po wejściu Armii Sowieckiej UPA zaczęła się wycofywać z antypolskich czystek. Ostatni napad na polską wieś miał miejsce 18 maja 1945 roku. Na samym Wołyniu zginęło około 60 tysięcy Polaków, w Galicji Wschodniej i innych regionach 30–40 tysięcy. W wyniku polskich akcji odwetowych zginęło co najmniej kilkanaście tysięcy Ukraińców — według niektórych szacunków liczba ta może sięgać 30 tysięcy, przy czym większość ukraińskich ofiar padła na terenach dzisiejszej Polski.

Ludobójstwo zaplanowane na zimno

Zychowicz stwierdził bez ogródek, że to było ludobójstwo. Motywem była kalkulacja geopolityczna: po przewidywanej klęsce Niemiec miała się odbyć konferencja pokojowa, na której Polska powołałaby się na obecność Polaków na Wołyniu i w Galicji Wschodniej jako argument do odzyskania tych ziem. Kierownictwo ukraińskich nacjonalistów postanowiło ten argument unicestwić — fizycznie usuwając Polaków z tych terytoriów.

Decyzja zapadła odgórnie. Najpierw na poziomie OUN na Wołyniu, gdzie kluczową rolę odegrał Kłym Sawur. Następnie zatwierdził ją prowid OUN na czele z Szuchewyczem i rozszerzył na Galicję Wschodnią. Wzorzec przyszedł z Holokaustu: wielu bojowców UPA wcześniej służyło w niemieckiej Hilfspolizei i brało udział w eksterminacji Żydów — tymi samymi metodami mordowali potem Polaków. Hasłem było: „Zrobimy z wami to, co Hitler zrobił z Żydami.”

Do zbrodni wciągano chłopów ukraińskich, obiecując im ziemię, bydło i domy zamordowanych Polaków. Celowo tworzono pozory spontanicznego buntu ludowego — po to, żeby można było potem mówić, że to była rabacja chłopska, a nie zorganizowana czystka etniczna. Zychowicz podkreślił, że gdyby to był oddolny zryw, wybuchłby w 1939 roku, gdy państwo polskie się załamało. Tymczasem do zbrodni doszło w konkretnym momencie, po konkretnych decyzjach konkretnych ludzi.

Prof. Motyka uzupełnił, że nie wszyscy Ukraińcy uczestniczyli w czystkach. W antypolskiej akcji aktywnie brało udział 30–50 tysięcy Ukraińców spośród pięciomilionowej społeczności Wołynia i Galicji Wschodniej. Można wskazać ponad tysiąc Ukraińców, którzy ratowali Polaków — i kilka tysięcy Polaków, którzy zawdzięczają im życie. Istniały też formacje partyzanckie, które odmówiły udziału w antypolskich czystkach — m.in. oddziały związane z Tarasem Bulbą-Borowcem, który za tę postawę zapłacił: banderowcy zamordowali mu żonę.
Profesor przytoczył wstrząsającą relację z materiałów śledczych — o Ukraińcu, który ukrywał Polaków, a gdy przyszedł po niego oddział UPA i wręczył mu siekierę, musiał wziąć udział w mordowaniu polskiej wsi pod groźbą egzekucji. To właśnie miało tworzyć pozory ludowego powstania.

Czy brak symetrii win jest oczywisty?

Prof. Motyka wyjaśnił, że sedno sporu polsko-ukraińskiego w kwestii Wołynia leży w pytaniu o symetrię. Polscy historycy stoją na stanowisku, że symetrii nie ma. Po stronie UPA podjęto centralną decyzję o eksterminacji wszystkich Polaków na Wołyniu i w Galicji Wschodniej — ponad miliona osób — którzy mieli albo zginąć, albo stamtąd odejść. Po stronie polskiej dochodziło do zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości — m.in. pacyfikacja Sachrynia, gdzie bataliony chłopskie i AK zamordowały 600 osób — jednak każdorazowo były to decyzje lokalnych dowódców, motywowane zemstą lub zastraszeniem, nie nakaz z Komendy Głównej AK. To jest różnica między ludobójstwem a zbrodniami wojennymi.

Mirosław Skórka bronił innego punktu widzenia. Podkreślał, że historiografia ukraińska nie zaprzecza zbrodniom, ale wskazuje na kontekst: Ukraińcy przegrali wojnę z Polską w 1918–1919 roku i byli przekonani, że żyją pod polską okupacją. Polityka II RP wobec mniejszości ukraińskiej była dyskryminacyjna — burzono cerkwie, nie dotrzymano obietnic autonomii, Ukraińcy byli spychani do roli obywateli drugiej kategorii. Skórka zaznaczył, że rozumienie historii nie oznacza usprawiedliwiania zbrodni, lecz próbę wyjaśnienia mechanizmów, które do niej doprowadziły.

Zychowicz kontrował: winy II RP są dobrze znane i opisane — przez polskich historyków, w tym przez prof. Motykę — ale nie można nimi uzasadniać mordowania polskiej ludności cywilnej. Decyzja o ludobójstwie nie była obliczona na przeszłość, lecz na przyszłość — na spodziewaną konferencję pokojową. Był to zimny rachunek strategiczny, nie wybuch gniewu.

Katastrofalny błąd Dudy w Łutsku

Jednym z najgorętszych momentów debaty była ocena spotkania prezydentów Dudy i Zełenskiego w Łutsku przy 80. rocznicy rzezi wołyńskiej w 2023 roku. Parafianowicz i Motyka zgodnie ocenili, że podpisanie przez Dudę wspólnego komunikatu o „oddaniu hołdu wszystkim niewinnym ofiarom Wołynia” było kapitulacją przed ukraińską polityką historyczną. Sformułowanie jest symetryczne — nie wskazuje sprawcy, zrównuje ofiary polskie i ukraińskie, całkowicie wpisuje się w ukraińską narrację o „tragedii wołyńskiej” jako obopólnych czystkach etnicznych.

Parafianowicz stwierdził wprost, że jest głęboko przekonany, iż prezydent Duda po prostu nie wiedział, co podpisuje. Jego otoczenie powinno wiedzieć — i powinno sprawdzić, czy komunikat jest bezpieczny z punktu widzenia polskiej polityki historycznej. Nic takiego się nie stało.

Motyka dodał, że to samo wydarzyło się w 2015 roku, gdy prezydent Komorowski przemawiał w Radzie Najwyższej w Kijowie — półtorej godziny po jego wystąpieniu uchwalono ukraińskie ustawy historyczne gloryfikujące UPA i de facto penalizujące badania nad jej zbrodniami. Komorowski uznał to za „wewnętrzną sprawę Ukrainy”.

Ekshumacje — najważniejszy postulat

Wszyscy przy stole zgodzili się, że kluczowym polskim postulatem wobec Ukrainy nie powinny być przeprosiny, lecz zgoda na ekshumacje. Zychowicz wyjaśnił dlaczego: przeprosiny to gest, który może odwołać następny prezydent i który strona ukraińska może potraktować instrumentalnie — jako kość rzuconą Polsce w zamian za odpuszczenie spraw naprawdę ważnych. Ekshumacje to konkret. Na polach Wołynia przy orce wychodzą kości. Ludzie, którzy chcą pochować swoich rodziców i zapalić im znicz, odchodzą. Za kilkanaście lat nie będzie już nikogo, kto by tego doczekał.

Czas działa przeciwko Polsce.

Parafianowicz wyjaśnił historię impasu. Ekshumacje odbywały się do 2016 roku. W 2016–2017 roku zniszczono ukraińskie pomniki w Polsce, co dało Ukrainie pretekst do zawieszenia współpracy. Następnie Zełenski zaproponował porozumienie — odbudowę jednego konkretnego pomnika, wybudowanego legalnie na podstawie umowy zawartej przez ministra Andrzeja Przewoźnika. Polska odbudowała go w zmienionej formie — z innymi tablicami i napisami. Strona ukraińska odmówiła akceptacji i podtrzymała zakaz ekshumacji. Polska strona — konkretnie minister Gliński i wiceprezes IPN Nawrocki — nie zrobiła nic, żeby komisja polsko-ukraińska ds. kultury, powołana jesienią 2022 roku, odbyła choć jedno spotkanie.

Skórka próbował wskazać na środowiska kresowe jako czynnik blokujący ekshumacje. Zychowicz i Parafianowicz oponowali: decyzja o zakazie ekshumacji leży wyłącznie po stronie ukraińskiej i może ją podjąć praktycznie jednoosobowo Zełenski lub Jermak — niezależnie od tego, co robi margines polskich radykałów.

Polska polityka historyczna — trzydzieści lat zaniechań

Parafianowicz ocenił, że polska polityka wobec Ukrainy była przez lata naiwna i emocjonalna. Kolejne rządy i kolejni prezydenci nie deklarowali jasno, czego Polska chce od Ukrainy w sprawach historycznych — i nie robili tego systematycznie, lecz co najwyżej na pół roku przed okrągłą rocznicą, gdy narastała presja opinii publicznej. Temat ekshumacji i polityki historycznej był wielokrotnie zbywany przez polskich urzędników i dyplomatów słowami „ten temat się wypalił”.

Zychowicz wskazał na głębszy problem: przez lata ofiary wołyńskie były traktowane jako Polska C — bo na Wołyniu ginęli chłopi, a nie oficerowie rezerwy jak w Katyniu czy przedstawiciele elit jak w Palmirach. Środowiska kresowe przez dekady były traktowane przez część polskich elit jako zawada w budowaniu sojuszu polsko-ukraińskiego. Dopiero presja mediów społecznościowych po decyzji Zełenskiego o nazwie jednostki wojskowej sprawiła, że politycy nie mogli dłużej ignorować sprawy.

Motyka podkreślił, że historia wołyńska jest jak duch w szafie: im dłużej się udaje, że go nie ma, tym gwałtowniej wychodzi. Wyraził nadzieję, że rząd Tuska podejdzie do sprawy ekshumacji poważnie — choć przyznał, że po ponad pół roku od objęcia władzy nie widzi przełomu.

Ukraina jako gracz geopolityczny

Skórka bronił tezy, że kontakty zwykłych ludzi — miliony Ukraińców przyjętych w Polsce, doświadczenie konkretnej pomocy — budują głębszy fundament relacji niż decyzje polityków. Przywołał historię ukraińskiego weterana spod Bachmutu, który na spotkaniu z polskimi harcerzami rozpłakał się, bo przez czas wojny opiekowali się jego żoną i córką.

Zychowicz i Parafianowicz przyznali, że ten kapitał społeczny istnieje, ale przestrzegali przed iluzją, że wdzięczność jest kategorią polityczną. Nie jest. Polska powinna realistycznie oceniać swoje znaczenie dla Ukrainy i twardo stawiać warunki, dopóki dysponuje realnymi lewrami — bo po zakończeniu wojny ich nie będzie. Polska miała je w postaci dostaw broni, hub logistycznego w Jasionce i przyjęcia milionów uchodźców — i nie wykorzystała ich do uzyskania czegokolwiek w sprawach historycznych.

Parafianowicz zauważył, że Polska przegapiła okazję do twardszej polityki przy 80. rocznicy rzezi wołyńskiej — bo polska strona nie wiedziała, czego konkretnie chce, i nie przygotowała gruntu z odpowiednim wyprzedzeniem. Zychowicz podsumował, że priorytetem pozostają ekshumacje — bo to jest twarda, konkretna sprawa, której domaga się polska racja stanu, a nie puste gesty.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *