Codzienność na froncie i los ukraińskich jeńców — Aldona Hartwińska w podcaście Mój Świat
Aldona Hartwińska, dziennikarka Sestry i autorka książek (między innymi „Ani kroku w tył, za nami tylko śmierć”), była gościnią Damiana Szefczyka i Filipa Klarzyńskiego w podcaście Mój Świat. Rozmowa dotyczyła codzienności na froncie, losu ukraińskich jeńców wojennych, sytuacji ludności cywilnej na terenach przyfrontowych oraz zmian, jakie po pięciu latach pełnoskalowej wojny zaszły w ukraińskim społeczeństwie.
Czarny humor, potrzeba odpoczynku i napięcie między światem wojskowym a cywilnym
Odpowiadając na pytanie, czy na froncie jest miejsce na radość, dziennikarka podkreśliła, że żołnierze bez specyficznego, bardzo czarnego humoru nie byliby w stanie normalnie funkcjonować, mając na co dzień do czynienia ze śmiercią — jako przykład przywołała sytuację, w której żołnierz bez ręki próbował się z kimś przytulić, a kolega żartobliwie komentował, że przecież nie ma czym. Zaznaczyła jednocześnie, że obok czarnego humoru istnieje ogromna potrzeba odpoczynku, opowiadając o swoim wyjeździe do Odessy, do dzielnicy Arkadia, gdzie zobaczyła między innymi cywilnie ubranych żołnierzy z protezami, którzy potrzebowali chwili wytchnienia od wojny. Opisała moment zanurzenia się w morzu przed trudnym wyjazdem na front, kiedy poczuła, że właśnie o taki moment całkowitego odosobnienia od świata chodzi — i że żołnierze bardzo tego potrzebują, mimo że jednocześnie to właśnie o możliwość normalnego życia, restauracji i klubów, które wtedy odwiedzała, sami walczą.
Hartwińska zwróciła jednocześnie uwagę na narastający w Ukrainie kryzys relacji między światem wojskowym a cywilnym — swoisty spadek szacunku do munduru. Wskazała na przypadki wypraszania osób w mundurach z restauracji, ponieważ psują nastrój innym gościom, a także na akty przemocy wobec wojskowych, w tym podpalanie ich samochodów — częściowo dlatego, że zaparkowany wojskowy pojazd stanowi potencjalny cel ataku, a częściowo w ramach ataków na punkty mobilizacyjne. Zaznaczyła, że zdarza się, iż żołnierze na przepustce skracają swój pobyt w domu i wracają wcześniej na front, ponieważ nie mają już z kim rozmawiać w cywilnym otoczeniu — ludzie, jej zdaniem, zmęczyli się wojną, a w mediach społecznościowych coraz częściej pojawiają się posty żołnierzy z pretensjami do tych, którzy zapominają, komu zawdzięczają możliwość prowadzenia normalnego życia.
Rozejście się światów: żołnierze i ich bliscy
Dziennikarka przywołała rozmowę z medyczką o pseudonimie Ellison, pracującą na punkcie stabilizacji blisko linii frontu, która straciła kontakt ze wszystkimi znajomymi sprzed wojny — ich drogi po prostu się rozeszły, a miejsce dawnych znajomych zajęli nowi ludzie, z którymi łączą ją wspólne doświadczenia. Wyjaśniła mechanizm psychologiczny tego zjawiska: żołnierze na początku chronią swoje rodziny, nie opowiadając im o przeżyciach, by ich nie martwić, a z czasem bliscy przestają rozumieć, z czym się mierzą, i rozmowy sprowadzają się do krótkiego „żyjesz?”. Autorka potwierdziła, że wpływa to na morale i motywację — znane są jej osobiście przypadki żołnierzy skracających przepustki, trudności z odnalezieniem się w kolorowym, głośnym świecie cywilnym oraz zazdrości żon o kolegów z jednostki, do których mężowie na przepustce wciąż piszą, wciąż będąc myślami na pozycji.
Odnosząc się do pytania o największą osobistą stratę, wskazała nie tylko na osoby, które zginęły, ale też na tych, którzy formalnie żyją, lecz „w środku umarli” — ludzi, którzy wcześniej byli muzykami, aktorami czy dziennikarzami, a dziś, mimo piątego roku pełnoskalowej wojny, mają puste spojrzenie. Podkreśliła, że wojna zabija nie tylko fizycznie, ale też wewnętrznie, co jest bardzo trudne do zrozumienia dla osób, które tego nie doświadczyły.
Zmęczenie wojną wśród cywilów i powracająca obojętność językowa
Na pytanie, jak ukraińscy cywile — w przeciwieństwie do zmęczonych wojną Francuzów, Niemców czy Polaków — mogą czuć podobne zmęczenie we własnym kraju, reporterka wyjaśniła, że wynika to częściowo z niepełnego zrozumienia sytuacji na terenach przyfrontowych oraz z ogromnych rozmiarów Ukrainy — pociąg z Przemyśla do Zaporoża jedzie 36 godzin. We Lwowie o wojnie przypomina sobie dopiero uderzenie drona Shahed, a coraz więcej osób przestało śledzić wiadomości; zauważyła też powracającą obecność języka rosyjskiego na ulicach oraz rosnącą liczbę głosów twierdzących, że nie ma znaczenia, jakim językiem się mówi. Zaznaczyła, że nie czuje się uprawniona wypowiadać w imieniu Ukraińców, ale dla niej samej wyznacza to wyraźną granicę „my–oni”.
Przytoczyła dwie historie od żołnierzy ilustrujące, jak wiele znaczy w praktyce sam język: pierwszą — o ukraińskich żołnierzach w Lesie Serebriańskim, którzy omal nie zabili własnych kolegów, biorąc ich w ciemności za Rosjan, dopóki jeden z nich nie odezwał się po ukraińsku; oraz drugą — o rannym żołnierzu Trzeciej Brygady Szturmowej, który przez dobę leżał w piwnicy z opaską uciskową, bojąc się wyjść, ponieważ sądził, że piętro wyżej są Rosjanie, i stracił nogę, bo zbyt długo nie zdjęto mu opaski, choć wystarczyło się odezwać po ukraińsku, by uzyskać pomoc. Wskazała też na lata rosyjskiej propagandy jako drugi czynnik podważający to rozróżnienie — na Dzień Niepodległości Ukrainy w Kijowie grały niegdyś rosyjskie zespoły, co ułatwiało Rosji uzasadnianie wejścia do Doniecka czy Ługańska narracją o „tłamszonej” ludności rosyjskojęzycznej.
Pytana, czy to oznaka przenikania rosyjskiej propagandy do ukraińskiego społeczeństwa, przywołała przykład powojennej narracji budowanej po 2022 roku na nienawiści do „Moskali” jako fundamencie nowej tożsamości narodowej — w tym głośny wywiad, w którym ukraińska piosenkarka Krystyna Sołowij oskarżyła dziennikarkę o „krew na rękach” za śpiewanie po rosyjsku w przeszłości. Zauważyła, że ta narracja obecnie się rozmywa, co przypisuje przede wszystkim zmęczeniu, zwłaszcza w intensywnie ostrzeliwanym Kijowie, zaznaczając przy tym, że nikt zdaje się nie zastanawiać, co by się stało, gdyby ukraińscy żołnierze faktycznie złożyli broń.
Alkohol, narkotyki i wsparcie psychologiczne
Dziennikarka potwierdziła obecność alkoholu na froncie, choć zróżnicowaną w zależności od jednostki — w elitarnych formacjach, takich jak Trzecia Brygada Szturmowa, złożonych głównie z ochotników, a nie osób zmobilizowanych, za spożywanie alkoholu grożą surowe konsekwencje, w przeciwieństwie do innych jednostek, gdzie alkohol i w mniejszym stopniu narkotyki pełnią funkcję łagodzenia nerwów, mimo że stanowi to zagrożenie zarówno dla pijącego, jak i jego towarzyszy broni na pozycji. Zaznaczyła, że formalny zakaz alkoholu w danym obwodzie niczego nie gwarantuje — sama widziała, jak alkohol przemycano w kiełbasie.
Porównała podejście do picia w Ukrainie do sytuacji w Polsce sprzed około dwudziestu lat — chodzenie do psychologa bywa tam wciąż postrzegane jako oznaka słabości, a niewypicie alkoholu z gospodarzem odbierane jako brak szacunku. Zaznaczyła jednak, że sytuacja się zmienia — pojawiają się wojskowi psycholodzy, wspierający zarówno żołnierzy, jak i rodziny rannych oraz poległych, a coraz popularniejsza staje się terapia online, po którą żołnierze coraz częściej sięgają sami.
Friendly fire, killzona i ujednolicone umundurowanie obu stron
Rozmówczyni potwierdziła, że przypadki ostrzału własnych sił się zdarzają — przywołała przykład tak zwanych błot w Lesie Serebriańskim, gdzie pozycje ukraińskie i rosyjskie były na tyle blisko siebie, że żołnierze mogli się nawzajem obrzucać kamieniami. Wyjaśniła, że dziś wojna stała się w dużej mierze zdalna — pojęcie pierwszej linii frontu ustąpiło miejsca tak zwanej killzonie, czyli umownej strefie wyznaczanej zasięgiem dronów FPV, sięgającym obecnie 30–35 kilometrów, w której dochodzi też do przypadkowych ataków dronem na własne pojazdy, czego żadna ze stron się nie chwali. Dodatkowym utrudnieniem jest fakt, że obie strony coraz częściej korzystają z tego samego kamuflażu typu Multicam zamiast dawnego, charakterystycznego ukraińskiego „piksela” — Ukraińcy dzięki pomocy humanitarnej z demobilu wojskowego z Zachodu, a Rosjanie po prostu zamawiając go online — co czyni identyfikację munduru praktycznie niemożliwą.
Praca wolontariacka i logistyka wsparcia
Autorka opisała swoją działalność jako dostarczanie na bieżąco tego, czego akurat potrzebują żołnierze — samochodów, dronów, stacji ładowania, przede wszystkim dużych powerbanków typu EcoFlow — działając w bardzo bliskiej, elastycznej relacji ze swoimi kontaktami na froncie, korygowanej na bieżąco w zależności od tego, co się wydarzy. Przywołała przykład 59 Brygady, zajmującej się zestrzeliwaniem dronów, która mimo pozornie bezpiecznego charakteru misji doznała niedawno bezpośredniego trafienia dronem typu Mołnia, w wyniku czego przebity został hełm jednego z żołnierzy, co wymusiło pilny zakup nowego sprzętu. Podkreśliła, że pracuje ze stałą, znaną sobie od czterech lat ekipą, z którą łączy ją bliska, osobista więź, wykraczająca poza formalne relacje z jednostkami wojskowymi — to nie numery batalionów, lecz kumple, których zna razem z matkami, dziećmi, żonami i mężami.
Zaznaczyła, że coraz więcej sprzętu, w tym dronów, można kupić bezpośrednio na Ukrainie — po ograniczeniach na wykorzystanie amerykańskich pocisków Tomahawk do uderzeń w głąb terytorium Rosji Ukraińcy opracowali własne pociski typu Flamingo. Za największe wyzwanie w swojej pracy uznała obecnie zbieranie funduszy, mimo ogromnego, nieustającego wsparcia Polaków, dla których wyraziła głęboką wdzięczność, a także coraz trudniejsze poruszanie się w strefie przyfrontowej. Przywołała przykład wzajemnej pomocy wolontariuszy — inny działacz, Marcin Czyżyk, podarował jej ekipie detektor dronów, bez którego dziś praktycznie nie da się bezpiecznie poruszać po strefie zagrożenia; urządzenie to daje kilka sekund na podjęcie decyzji o ewentualnej ucieczce. Zaznaczyła, że sama nigdy jeszcze nie musiała podejmować takiej decyzji, choć zdarzało się, że detektor wykrywał sygnał, czasem fałszywy alarm pochodzący od ukraińskich dronów rozpoznawczych, co za każdym razem wywoływało chwilowy zawał serca, zanim udało się ocenić realny poziom zagrożenia.
Brak etyki i konwencji genewskiej na współczesnym polu walki
Hartwińska jednoznacznie stwierdziła, że oznakowanie pojazdu jako pomoc medyczna czy humanitarna w praktyce czyni go celem, a nie ochroną — nie obowiązuje tam coś takiego jak konwencja genewska. Przywołała przykład z 2023 roku, gdy Rosjanie mieli podpiąć nadajnik do ekipy humanitarnej jadącej z pomocą do Awdijiwki, celowo ją namierzyć i ostrzelać z moździerza — ocenionego przez nią jako świadome polowanie na pomoc humanitarną, mające na celu odstraszenie kolejnych wolontariuszy, bo im mniej ich zginie, tym mniej pojedzie kolejnych. Na pytanie o ewentualne konsekwencje międzynarodowe takich działań odpowiedziała krótko, że takich konsekwencji po prostu nie ma. Zapytana o momenty, w których wydawało jej się, że „świat tego nie wybaczy”, wymieniła Buczę, Bachmut oraz atak na szpital dziecięcy w Kijowie, zaznaczając, że mimo powszechnego oburzenia żadne z tych wydarzeń nie przyniosło realnych konsekwencji.
Świadectwa zbrodni z terenów okupowanych
Dziennikarka przywołała jedną z najbardziej wstrząsających historii, jaką usłyszała bezpośrednio od świadków spod Izjum — o suce, która urodziła szczenięta i którą celowo zraniono tak, by wyła i przyciągnęła kogoś na pomoc; osoba, która przyszła jej pomóc, oraz szczenięta zginęły w eksplozji podłożonej pod nią miny. Zaznaczyła, że tego typu historii z terenów okupowanych jest obecnie mniej, ponieważ zmalał zasięg terytoriów okupowanych, a front przesuwa się bardzo wolno. Wskazała jednocześnie na rosyjską narrację odwrotną, dotyczącą ewakuowanych ostatnio mieszkańców Konstantynówki w rejonie Bachmutu, przedstawianych jako ofiary rzekomych mordów dokonywanych przez ukraińskich żołnierzy — zaznaczając, że w komentarzach internetowych pojawiają się głosy sąsiadów podważające wiarygodność takich relacji. Zwróciła uwagę na zjawisko tak zwanych czekaczy — mieszkańców terenów przyfrontowych czekających na „ruski mir” mimo świadomości, skąd faktycznie spadają pociski, co pozostaje dla niej niezrozumiałe.
Osobno przywołała historię z Izjum — piwnicy, w której podczas okupacji mieszkało dziewięćdziesiąt osób, w wieku od trzech dni do dziewięćdziesięciu sześciu lat, wraz ze zwierzętami domowymi. Mieszkańcy zrobili noworodkowi prowizoryczną lampkę z ziemniaka, by miał kontakt ze światłem i mógł wykształcić wzrok — dziewczynka została później wraz z rodzicami wywieziona do Rosji.
Wywózki i przymusowa mobilizacja Ukraińców do armii rosyjskiej
Autorka opowiedziała o spotkanej w pociągu kobiecie z Tokmaku, pod okupacją od trzeciego dnia pełnoskalowej wojny, której brat pozostał na miejscu, by opiekować się starszym ojcem. Podczas jednej z ostatnich rozmów, prowadzonych przez Telegram, obecnie zablokowany, brat poinformował, że rosyjscy żołnierze weszli do ich domu i zapytali o obywatelstwo — po odmowie musiał wystąpić o rosyjski paszport i oczekiwać wezwania do rosyjskiej armii. Hartwińska zaznaczyła, że wielu Ukraińców z terenów okupowanych walczy obecnie po stronie rosyjskiej wbrew własnej woli, nie mając innego wyboru — wielokrotnie zdarzało się, że schwytani jeńcy nagle odzywali się po ukraińsku.
Scena pożegnania na wojnie i reakcje na stres
Opowiadając o rozdzierających scenach pożegnań na dworcach blisko linii frontu, dziennikarka przywołała historię swojej koleżanki, medyczki, która wraz ze swoim dowódcą uczestniczyła w operacji kurskiej. Podczas ataku rakietą typu Iskander dziewczyna została ranna, dwie nogi przebite na wylot, a jej dowódca leżał obok, wciąż żywy mimo poważnych obrażeń — kobieta odmówiła ewakuacji, dopóki najpierw nie zabrano jego. Zapytana, czy jakikolwiek widok ją sparaliżował, Hartwińska odpowiedziała, że na szczęście reaguje w sposób umożliwiający działanie, bez uczucia paraliżującego strachu — przywołała niedawną sytuację pod Słowiańskiem, gdy żołnierz z naprzeciwka gestykulował coś niezrozumiałego, a ona wraz z ekipą musiała błyskawicznie zdecydować się na ucieczkę, porównując tę chwilę do reakcji sarny wpatrzonej w światła nadjeżdżającej ciężarówki.
Kobiety w ukraińskiej armii i profil dzisiejszego żołnierza
Rozmówczyni potwierdziła, że coraz więcej kobiet dołącza do ukraińskiej armii, często kierując się chęcią zemsty za poległych bliskich — wspomniała o kobiecie, którą od pół roku próbuje namówić na wywiad, a która straciła ojca i zaciągnęła się do wojska, by go pomścić. Podkreśliła, że kobiety w armii systematycznie łamią stereotypy, radząc sobie, jej zdaniem, psychicznie nawet lepiej niż mężczyźni, mimo powszechnego przekonania o większej emocjonalności kobiet — sama nie zauważyła u nich tej emocjonalności, określając je mianem twardych, budzących podziw zawodniczek. Zaznaczyła, że współczesna wojna coraz mniej wymaga fizycznej siły potrzebnej do noszenia ciężkiego karabinu, a coraz bardziej precyzji w obsłudze kontrolera drona, co zaciera różnice płciowe w efektywności bojowej. Wśród żołnierek dominują osoby młode, choć spotkała też sześćdziesięcioletnie medyczki.
Na pytanie o profil ukraińskiego żołnierza wskazała, że doświadczonych bojowników jest coraz mniej — wielu zginęło lub zostało wyeliminowanych z walki, choć niektórzy wracają na front nawet z protezami, bo utrata nogi, jak zaznaczyła, nie oznacza końca życia, podobnie jak biegacze startujący na olimpiadach z protezami mogą po prostu zmienić profesję, przechodząc na przykład z piechoty do obsługi dronów. Zaznaczyła, że wśród osób obecnie mobilizowanych dominują skrajności wiekowe — bardzo młodzi lub bardzo starzy, przywołując przykład zmobilizowanego mężczyzny do 95 Brygady Desantowo-Szturmowej, który z trudem wchodził pod górę, lecz mieścił się w granicach wiekowych poboru. Zapytana wprost o przydatność takich starszych żołnierzy, użyła określenia „mięso armatnie”, zaznaczając jednocześnie, że tacy żołnierze pełnią potrzebną funkcję utrzymywania pozycji, ponieważ bez piechoty nie ma faktycznych zmian terytorialnych na polu walki — to piechota zajmuje teren i wbija flagę.
Kwestia dehumanizacji przeciwnika i rola kapelana na froncie
Autorka zaznaczyła, że w ramach osobistej higieny psychicznej stara się nie śledzić rosyjskich kanałów ani materiałów z pierwszej linii dotyczących działań wobec Rosjan, nie chcąc oglądać, w jaki sposób są dronowani ani co im się robi. Sprzeciwiła się popularnemu określaniu Rosjan mianem „orków” czy innymi dehumanizującymi epitetami, podkreślając, że mimo brutalności części z nich — gwałcicieli i zwyrodnialców — wciąż są to ludzie z krwi i kości, tacy sami jak ona sama. Przyznała jednak, że żołnierzowi psychicznie łatwiej jest wykonywać obowiązki bojowe, myśląc o przeciwniku w sposób zdehumanizowany.
W tym kontekście opisała rozmowę z wojskowym kapelanem, formalnie żołnierzem 47 Brygady, odprawiającym msze na froncie i osobiście uczestniczącym w walce, w tym w ładowaniu haubicy. Kapelan tłumaczył jej, że religijnie uzasadnia to fakt, iż Ukraińcy się bronią, a nie atakują — gdyby wróg nie przyszedł, nie byłoby potrzeby zabijania. Zaznaczyła, że popularne powiedzenie o braku niewierzących na wojnie ma swoje uzasadnienie, bo każdemu jest łatwiej znaleźć wtedy Boga, niekoniecznie w tradycyjnym, katolickim rozumieniu — kapelan pełni też funkcję zbliżoną do psychologa, spowiadając żołnierzy. Zapytana o zmianę tematyki tych rozmów, przekazała, że na początku wojny dominowały dylematy moralne związane z zabijaniem, a obecnie coraz częściej dotyczą one rozpadających się relacji z bliskimi.
Gwałt, tortury i warunki w niewoli
Odpowiadając na bezpośrednie pytanie, rozmówczyni potwierdziła, że gwałt od starożytności bywa elementem prowadzenia wojny, służącym poniżeniu i pokazaniu podległości. Przekazała, że wielu wracających z niewoli żołnierzy ma uszkodzone lub odcięte genitalia w wyniku tortur, obejmujących także rażenie prądem oraz gwałty dokonywane przedmiotami. Przywołała dane, według których 97, według innej wersji 96 procent badanych przez nią żołnierzy doświadczyło tortur w niewoli, uznając to za zjawisko masowe, a nie incydentalne. Na pytanie, czy większe są rany fizyczne czy psychiczne, jednoznacznie wskazała na psychiczne, zaznaczając, że część ocalałych po powrocie nie jest w stanie nawiązać kontaktu z drugim człowiekiem, otwierając się jedynie na zwierzęta, jednocześnie wciąż funkcjonując w realiach trwającej wojny bez realnej możliwości pełnego powrotu do normalności czy wyjazdu za granicę.
Powołując się na relację przekazaną jej przez Tomka Sakosikorę z Fundacji, opisała praktykę stosowaną w jednej z kolonii karnych, gdzie jeńcom podawano wrzącą zupę z zaledwie trzema minutami na jej zjedzenie, zmuszając ich do wyboru między poparzeniem gardła a głodem tego dnia. Opisała też rozmowę z jedną osobą, byłym obrońcą Azowstalu, który wrócił z niewoli z poważnymi obrażeniami fizycznymi, złamanym kręgosłupem uniemożliwiającym mu założenie kamizelki kuloodpornej, przez co nie wrócił już na front — zaznaczyła, że w momencie tej rozmowy sama miała mniej doświadczenia i nie dopytywała o szczegóły doznanych tortur, wskazała jednak, że raport ONZ na próbie ponad 360 żołnierzy potwierdził, że około 98 procent z nich doświadczyło tortur w niewoli.
Traktowanie rosyjskich jeńców i skala mobilizacji kontraktowej w Rosji
Autorka przyznała, że nie miała bezpośredniego kontaktu z rosyjskimi jeńcami, jednak na podstawie relacji od żołnierzy opisała, że rosyjscy żołnierze w ukraińskiej niewoli są, jako przyjęta praktyka, traktowani z szacunkiem i otrzymują to samo jedzenie, co ukraińscy żołnierze. Wyjaśniła to dążeniem Ukrainy do udowodnienia Europie swojej moralnej wyższości oraz pragmatycznym interesem samych jeńców — wielu z nich nie chce być poddanych wymianie, obawiając się szybkiego powrotu na front lub oskarżeń o szpiegostwo. Zaznaczyła, że rosyjscy żołnierze zwalniani z ukraińskiej niewoli, mimo poważnych obrażeń, są z powrotem kierowani na front, co zwykle spotyka się z większą uwagą zachodnich mediów niż analogiczny los żołnierzy ukraińskich.
Odnosząc się do sytuacji materialnej rosyjskich rekrutów, zwróciła uwagę na skrajne ubóstwo wielu regionów, z których pochodzą ochotnicy, takich jak Tatarstan czy głęboka Syberia, brak dostępu do podstawowej infrastruktury oraz systematyczne wykorzystywanie mniejszości narodowych i rdzennych ludów Rosji przez rosyjskie władze — wioski, w których dziś żyją niemal same kobiety, a tradycyjne kultury i szamanizm zostały faktycznie wymazane. Przywołała popularny kanał w mediach społecznościowych, na którym dzwoniąc do rodzin poległych, dokumentowano ich reakcje, w tym matkę, przerażoną widokiem żywego syna, ponieważ „już wzięła pieniądze za jego śmierć”.
Porzucone dzieci i zwierzęta na terenach okupowanych i przyfrontowych
Hartwińska przywołała historię przekazaną przez prezeskę warszawskiej Fundacji Uniters, zaangażowanej od 2014 roku w pomoc weteranom i dzieciom — wolontariusze, wjeżdżając w tak zwaną szarą strefę z prezentami świątecznymi, widywali kilkuletnie dzieci bez zębów i siwe od życia w piwnicach bez dostępu do słońca, co potwierdziła jako naturalną reakcję organizmu, łącznie z ryzykiem ślepnięcia. Opisała też mniej znany, wstrząsający problem porzuconych na froncie zwierząt — właściciele podczas ewakuacji zmuszeni są wybierać między wyjazdem a pozostawieniem zwierząt, a historie o dzikich świniach zjadających zwłoki na polu walki to nie legenda, lecz standardowa rzeczywistość. Opisała sytuacje, w których żołnierze byli zmuszeni porzucić przywiązanego psa przed wyjściem na pozycję, ponieważ obecność zwierzęcia mogła zdradzić lokalizację, nazywając to trudniejszym doświadczeniem niż zabicie okupanta.
Głód na froncie i zapach krwi
Rozmówczyni potwierdziła, że głód na froncie się zdarza, wynikając z kryzysu państwa i utrzymującej się korupcji, przywołując głośną aferę „złotych klozetów” w otoczeniu prezydenta Zełenskiego jako przykład tego, że nie zawsze zasoby trafiają tam, gdzie powinny. Wyjaśniła, że przy braku rotacji krótszej niż dwa tygodnie żołnierze muszą zabierać ze sobą zapasy na cały ten okres, uzupełniane jedynie zrzutami z dronów — sama wielokrotnie otrzymywała prośby o dostarczenie jedzenia, w tym lekkich zupek błyskawicznych możliwych do zrzucenia dronem. Zaznaczyła, że bardziej dotkliwy bywa jednak brak papierosów niż jedzenia, bo z pustym żołądkiem można wytrzymać dłużej niż bez papierosa, gdy nerwy dają się we znaki.
Odnosząc się do pytania o zapamiętywalność zapachu krwi, porównała go do zapachu zardzewiałego metalu. Opisała swoje pierwsze zetknięcie z nim w Izjum, trzy miesiące po wyzwoleniu miasta, wśród spalonych czołgów i pozostawionych po walkach przedmiotów, mimo świadomości, że w tamtym momencie nie mogła fizycznie czuć krwi — zjawisko to przypisała sile własnej wyobraźni, choć zaznaczyła, że po pierwszym rzeczywistym kontakcie z tym zapachem staje się on trwale rozpoznawalny, bo krew rzadko bywa czysta, zwykle towarzyszą jej ślady po wybuchu albo szczątki.
Praca nad książką w warunkach frontowych, ryzyko osobiste i objawy zbliżone do PTSD
Autorka opisała proces zbierania materiałów do swojej książki, której bohaterem jest Damian Duda — osoba, dzięki której zaczęła jeździć na Ukrainę i która ustrzegła ją przed wieloma niebezpiecznymi sytuacjami. Zaznaczyła, że materiały, nagrania wideo i zdjęcia, rejestrowała kamerą z kartą SD, a nie telefonem, ze względu na ryzyko geolokalizacji zdjęć wykonanych telefonem. Poinformowała, że posiada unikalny materiał wideo z miejsc, które od tego czasu zostały zajęte przez wojska rosyjskie lub zniszczone, w tym nagrania z blindażu, który kilka miesięcy po jej wyjeździe uległ bezpośredniemu trafieniu pociskiem, na szczęście bez ofiar. Zapowiedziała możliwość ujawnienia tych materiałów, choć niektóre historie, jak losy jej znajomego, byłego dziennikarza z Ługańska z rodziną wciąż pod okupacją, pozostają zbyt niebezpieczne do upublicznienia przed końcem wojny, który sama określiła jako moment, gdy będzie można wreszcie nazwać po imieniu i nazwisku ludzi obecnie chronionych anonimowością.
Przyznała, że jej działalność wiąże się z realnym ryzykiem życia — wielokrotnie o włos unikała niebezpieczeństwa. Zaznaczyła, że pierwotna motywacja związana z obawą przed rosyjską agresją wobec Polski w razie upadku Ukrainy z czasem ustąpiła miejsca bardziej osobistemu celowi — chęci, by jej znajomi przeżyli do końca wojny. Przyznała, że zdrowie fizyczne i psychiczne odczuwa skutki czteroletniej, nieprzerwanej pracy w warunkach wojennych, doświadczając ataków paniki. Zapytana wprost, czy zmaga się z PTSD, odpowiedziała, że nie ma jeszcze formalnej diagnozy, choć pozostaje pod opieką psychologa, zaznaczając, że zespół stresu pourazowego może mieć różne źródła, niekoniecznie wyłącznie wojenne. Opisała szczegółowo pierwszy odczuwalny epizod — podczas przygotowań do defilady wojskowej w Warszawie usłyszała nadlatujące samoloty F-16 i doznała paniki, myśląc o katastrofie lotniczej, mimo racjonalnej świadomości bezpieczeństwa, po czym rozpłakała się i zadzwoniła do Damiana Dudy, który stwierdził, że czas zacząć terapię. Podkreśliła, że osoby regularnie jeżdżące na front funkcjonują w permanentnym stanie napięcia, porównywalnym do trybu „wojna”, i że spodziewa się załamania psychicznego po zakończeniu wojny, dlatego już teraz stara się rozpocząć proces terapeutyczny.
Pamięć o Jorzyku
Zapytana o osobę, którą będzie szczególnie wspominać, dziennikarka przywołała postać dowódcy o imieniu Jorzyk, który zginął podczas operacji kurskiej dwa tygodnie po tym, jak odmówił zjedzenia przygotowanego przez nią śniadania — co było ich ostatnią rozmową. Podkreśliła, że ta strata nauczyła ją zwracania szczególnej uwagi na sposób żegnania się z ludźmi — obecnie stara się w ogóle unikać pożegnań, zastępując je bardziej otwartymi gestami, i bardzo uważa na to, co mówi w chwili, gdy się z kimś rozstaje.
Marzenie o Krymie, sceptycyzm wobec pokoju i głód
Zapytana o wspólne marzenie ukraińskich żołnierzy, wskazała chęć wypicia szampana na odbitym Krymie, najlepiej rocznika z Bachmutu, gdzie tradycyjną metodą szampańską produkowano niegdyś doskonałe wino musujące, zniszczone wraz z wielowiekowymi winnicami przez grupę Wagnera. Sama posiada jedną z ostatnich takich butelek, wyniesioną przez żołnierza 58 Brygady wychodzącego z Bachmutu. Przywołała też wpis dowódcy o pseudonimie Madiar, znanego z sukcesów w walce dronowej, który w rocznicę ślubu zadeklarował, że kolejną rocznicę będzie świętował na Krymie — sama zadeklarowała, że mu wierzy.
Odpowiadając na pytanie, jak dziś Ukraińcy podchodzą do perspektywy zakończenia wojny, stwierdziła, że wśród żołnierzy niewiele się zmieniło — funkcjonują w trybie „reżimu wojennego”, nie myśląc o jutrze, traktując wojnę jako maraton, a nie sprint. Oceniła, że niewielu wierzy w powrót okupowanych terytoriów do Ukrainy, zwłaszcza Krymu, odciętego od prądu i paliwa w stopniu nieporównywalnym z sytuacją Doniecka. Przywołała analogię do porozumień mińskich, które miały zakończyć wcześniejszą fazę konfliktu — obserwatorzy z Rady Europy czy ONZ podczas swoich wizyt widzieli jedynie chwilowe wstrzymanie ostrzałów, wznawianych zaraz po ich wyjeździe, co utrwaliło w Ukrainie przekonanie, że papier, na którym Rosja cokolwiek podpisuje, jest wart mniej niż sam podpis. Zacytowała powszechne przekonanie żołnierzy, że dopóki Federacja Rosyjska istnieje w obecnym kształcie, wojna będzie trwać — nawet ewentualny „zgniły pokój” dałby Rosji jedynie rok wytchnienia przed wznowieniem działań ze zmodyfikowaną strategią, bo Rosjanie, jak podkreśliła, szybko się uczą na własnych błędach, a cała wojna to w istocie technologiczny wyścig zbrojeń.
Codzienność Sum: życie pod nieustannym zagrożeniem
Odnosząc się do sytuacji w mieście Sumy, dawniej licznie zamieszkanym przez około 300 tysięcy mieszkańców, obecnie zmniejszonym mniej więcej o połowę, Hartwińska opisała funkcjonowanie mieszkańców według trzech kanałów na Telegramie — dotyczących lotu bomb kierowanych KAB, alarmów oraz miejsc trafień. Zaznaczyła, że KAB-y, w przeciwieństwie do dronów Shahed, dają jedynie około dwóch minut na schronienie się, bez możliwości wcześniejszego ostrzeżenia dźwiękowego, przez co to właśnie ten kanał jest najważniejszy — przed KAB-em nic nie ochroni. Przywołała przykład 27-godzinnego nieprzerwanego alarmu, celowo przerywanego na krótko przez władze, by formalnie nie przekroczyć doby.
Podkreśliła paradoks tej wojny — mimo ciągłego zagrożenia miasto nie jest puste, ponieważ Ukraińcy nie poddają się i żyją dalej: pracują fryzjerzy, działają supermarkety, funkcjonuje sektor kosmetyczny i medycyny estetycznej, co uznała za naturalne, podkreślając, że kobiety chcą dbać o siebie niezależnie od okoliczności wojny. Zaznaczyła, że dzieci w niektórych szkołach w Sumach, dzięki wybudowanym podziemnym schronom, po dwóch latach nauki zdalnej wracają do nauczania hybrydowego, mimo że miasto znajduje się zaledwie 30 kilometrów od linii frontu i wciąż trwają tam szturmy. Opowiedziała o niedawnym wyjeździe nad rzekę, by odpocząć u swojej „ukraińskiej siostry” — sielankowy obraz drewnianych domków, motorówek i śpiewających ptaków kontrastował z widocznym w tle zniszczonym kompleksem handlowym Epicentr, w który trafił dron FPV, wywołując pożar; przybyłe następnie drony Shahed krążące wokół obiektu uniemożliwiły strażakom akcję gaśniczą, przez co spłonęła ogromna powierzchnia kompleksu.
Przestępczość, grabieże i rozpad relacji
Zapytana, czy w miastach przyfrontowych wzrosła przestępczość, autorka zaznaczyła, że osobiście czuje się w Ukrainie bardzo bezpiecznie i nigdy nie doświadczyła próby kradzieży, przypominając o obowiązującej godzinie policyjnej oraz konieczności posiadania odpowiednich dokumentów do swobodnego poruszania się (wyjątkiem jest Zakarpacie, gdzie godzina policyjna nie obowiązuje). Zauważyła, że w pierwszych dniach okupacji dochodziło do szturmowania sklepów i grabieży, przywołując relację znajomego z Melitopola, który po dwóch dniach okupacji zdecydował się na wyjazd po tym, jak zobaczył przez okno rozbijane szyby sklepowe. Podała jednak przeciwny przykład sklepu SamMarket w Sumach, w którym pracuje jej koleżanka Julia — mimo wybicia wszystkich szyb podczas ostrzału i widocznych, nierozbitych butelek drogiego alkoholu, nie doszło do żadnej kradzieży, a mieszkańcy przyszli jedynie pomóc posprzątać, co skontrastowała ze zjawiskiem szabrownictwa po powodziach w Polsce, podsumowując, że wojna wydobywa z ludzi zarówno to, co najlepsze, jak i to, co najgorsze. Na pytanie o dewastację lub okradanie grobów żołnierzy odpowiedziała, że nigdy nie słyszała o takich przypadkach — groby poległych łatwo rozpoznać po powiewających flagach.
Poruszając temat rozstań, potwierdziła, że w Ukrainie panuje obecnie „plaga rozwodów” — ludzie stają się sobie obcy, żyjąc w dwóch zupełnie różnych światach. Przyznała, że sama nie rozumie mechanizmów niektórych relacji, na przykład znajomych, którzy widują swoich partnerów wyłącznie na zdjęciach, mimo że teoretycznie mogliby ich odwiedzić. Zaznaczyła, że wiele kobiet wyjeżdżających za granicę zakłada tam nowe rodziny, co uznała za naturalną konsekwencję niepewności co do długości trwania wojny, jednocześnie krytykując te, które nie starają się podtrzymywać więzi poprzez regularny kontakt i próbę zrozumienia sytuacji partnera na froncie. Przywołała relację działaczki Agnieszki Zach, która opowiadała o sytuacji, gdy żołnierz, dowiedziawszy się o odejściu żony, przy niej samej przyłożył sobie broń do gardła, grożąc samobójstwem — Zach zdołała go uspokoić. Podkreśliła, że rodzina bywa główną motywacją do walki, a jej utrata odbiera żołnierzom sens dalszego zaangażowania.
Stosunek Ukraińców do Polaków, wojna informacyjna i apel do widzów
Odpowiadając na pytanie o stosunek żołnierzy i cywilów do Polaków jako narodu w 2026 roku, Hartwińska zaznaczyła, że mimo pojawiających się w komentarzach internetowych wrogich wpisów, część z nich przypisała trollom i botom, realny stosunek Ukraińców do Polaków się nie zmienił. Podkreśliła, że „prawdziwa Ukraina” znajduje się tam, gdzie toczy się walka o niepodległość, w Kramatorsku, Zaporożu czy Charkowie, i tam nigdy nie usłyszy się nic złego o Polakach, w przeciwieństwie do incydentów obserwowanych czasem w samej Polsce — przywołała absurdalny przykład pijanej kobiety nakazującej mówienie po polsku Amerykaninowi. Oceniła to jako przejaw polskiej ksenofobii, nawiązując do wykorzystania podobnych nastrojów przez pewną partię polityczną w 2015 roku w kontekście kryzysu migracyjnego. Wskazała na prowadzoną przeciwko obu narodom „wojnę kognitywną” i dezinformację, częściowo finansowaną przez podmioty powiązane z Moskwą, czego przykładem miała być niedawna próba skłócenia Polaków z Czechami, polecając w tym kontekście śledzenie kont demaskujących dezinformację, w tym profilu muzyka Tomka Sikory.
Zaapelowała bezpośrednio do widzów o dwa działania: po pierwsze, o niereagowanie na treści antyukraińskie, ponieważ algorytmy mediów społecznościowych interpretują taką interakcję jako sygnał zainteresowania tematem i promują podobne treści dalej; po drugie, o aktywne okazywanie solidarności poprzez pisanie pozytywnych komentarzy, podkreślając, że Polacy przyjęli miliony uchodźców bezpośrednio do swoich domów, a osoby odpowiedzialne za akty przemocy na tle narodowościowym są ścigane i karane.
Stosunek weteranów z protezami do wojny i rekordowa liczba ofiar cywilnych
Na pytanie, czy poznani przez nią weterani z protezami żywią nienawiść wobec wojny lub przywództwa państwowego, odpowiedziała jednoznacznie przecząco — Ukraińcy, jak podkreśliła, nienawidzą wyłącznie Rosji. Przywołała przykład niedawnego ataku rakietowego na skład amunicji zlokalizowany w pobliżu cywilnych zabudowań pod Żytomierzem, gdzie mimo wątpliwości co do decyzji władz o takiej lokalizacji, komentarze internautów neutralizowały krytykę, wskazując na winę Rosji jako agresora. Zaznaczyła, że gdyby nie zbrojny opór, Rosja zajęłaby Kijów w trzy dni i Ukraina przestałaby istnieć — w tym sensie, jej zdaniem, Ukraina już wygrała tę wojnę. Przywołała przykład żołnierza o imieniu Giuss, który stracił nogę na minie, a już pół roku później wrócił na front, skarżąc się jedynie na niewygodnie dopasowaną protezę. Zauważyła zmieniające się podejście społeczne do niepełnosprawności — na reklamach odzieżowych pojawiają się już osoby z protezami, a widok osób bez kończyn, nie tylko żołnierzy, ale też kobiet i dzieci będących ofiarami ostrzałów, stał się codziennością na ulicach Kijowa.
Potwierdziła też, że obecny rok jest najbardziej śmiercionośny dla ukraińskich cywilów od 2022 roku, wiążąc to z niewystarczającą obroną przeciwlotniczą — Ukraina, mimo rozwijania własnej produkcji pocisków, nie jest w stanie w pełni chronić miast przed ostrzałami z powodu braku pocisków przechwytujących, co czyni cywilów w praktyce bezbronnymi wobec nadlatujących zagrożeń.
Marzenia na koniec rozmowy
Na zakończenie, zapytana o swoje aktualne największe marzenie, wymieniła najpierw żartobliwie chęć wypicia szampana na Krymie, po czym uściśliła, że jej prawdziwym, wciąż niespełnionym z braku czasu i pieniędzy marzeniem jest podróż do Argentyny, na Ziemię Ognistą, by zobaczyć pingwiny. Wyjaśniła to swoim zainteresowaniem Ameryką Łacińską, sięgającym czasów studiów na kierunku stosunki międzynarodowe, oraz szczególnym pociągiem do Patagonii, zapowiadając, że to właśnie na bilet do Argentyny zacznie w pierwszej kolejności odkładać pieniądze, gdy tylko wojna się skończy.
Źródło: YouTube, kanał „Mój Świat”, rozmowa Damiana Szefczyka i Filipa Klarzyńskiego z Aldoną Hartwińską – „Co dzieje się z ukraińskimi jeńcami? Jak wygląda codzienność na froncie?”, 24 123 wyświetlenia, publikacja: 9 września 2026.





