Lisicki: wojna jest przegrana, a Zachód udaje, że tego nie widzi. Publicysta wzywa do negocjacji — Paweł Lisicki w Tygodniku Do Rzeczy
Paweł Lisicki w komentarzu wideo dla Tygodnika Do Rzeczy przekonywał, że Ukraina przegrała wojnę z Rosją, a jedynym sensownym wyjściem jest jak najszybsze rozpoczęcie negocjacji. Jako dowody wskazał zatrzymanie całego ukraińskiego przemysłu hutniczego i rosyjskie ataki na mosty w Kijowie. Skrytykował zachodnich polityków, w tym kanclerza Niemiec Friedricha Merza i ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego, za przedłużanie wojny. Zakwestionował też tezę o zagrożeniu rosyjskim atakiem na NATO i zastanawiał się, czy retoryka wojenna polskiego rządu nie służy przygotowaniu gruntu pod przesunięcie wyborów.
Ukraina bez hut i bez mostów
Lisicki zaczął od pytania, co jeszcze musi się wydarzyć, by Zachód zrozumiał, że Ukraina przegrała wojnę, a jedynym rozsądnym wyjściem jest zasiąść do stołu negocjacyjnego. Przypomniał informację sprzed mniej więcej tygodnia, która jego zdaniem przemknęła bokiem przez polskie media. Wskutek rosyjskich bombardowań przestał działać cały ukraiński przemysł hutniczy i stalowy, a według mediów branżowych po raz pierwszy od stu lat w żadnej hucie nie wytopiono nawet niewielkiej ilości stali. Następnie Rosjanie zaatakowali mosty w Kijowie, najpierw południowy, potem północny, coraz bardziej odcinając od siebie obie części miasta. Publicysta ostrzegł, że wkrótce Dniepr może całkowicie rozdzielić stolicę i między jej częściami nie będzie żadnej komunikacji. Ukraińskie władze odpowiadają, że zbudują przeprawy pontonowe, co zajmie kilka miesięcy. W dalszej perspektywie, jeśli ataki będą trwały, mowa jest o gigantycznej pożyczce na miliardy euro na budowę przeprawy pod Dnieprem. Lisicki uznał to za przedsięwzięcie niebotycznie drogie, ryzykowne pod każdym względem i o niepewnym powodzeniu.
Blokada informacyjna i sukcesy na papierze
Publicysta podkreślił, że ani informacja o zniszczeniu przemysłu hutniczego, ani o niszczeniu mostów na Dnieprze w zasadzie nie przebija się do świadomości Polaków. Tymczasem stolica Ukrainy jest w coraz bardziej dramatycznej sytuacji, a systematyczne uderzenia w logistykę i energetykę niszczą miasto i życie jego mieszkańców. Mówił o wrażeniu niemal blokady informacyjnej. Kto sam szuka, ten informacje znajdzie, ale z wielkich mediów dowiaduje się raczej o kolejnych sukcesach Ukrainy. Jako przykład podał doniesienia o odbiciu 250 kilometrów kwadratowych, zastrzegając, że nie wiadomo, czy coś się na tym terenie znajdowało i czy rzeczywiście go odbito. Wymienił też zapowiedzi kolejnych ataków na terytorium Rosji oraz informacje o wyłączeniu najpierw 45, a teraz podobno 51 procent rosyjskich rafinerii. Całość nazwał coraz bardziej surrealistyczną opowieścią, której głównymi ofiarami są sami Ukraińcy. Jego zdaniem w obecnym układzie wojny nie da się wygrać, a im dłużej trwa, tym większe są ukraińskie straty ludzkie i terytorialne i tym gorsza sytuacja Kijowa.
Straty i propaganda
Lisicki przypomniał, że premier Donald Tusk ujawnił kilka tygodni wcześniej, iż w lipcu zginęło lub zostało ciężko rannych 27 tysięcy ukraińskich żołnierzy. Według publicysty, by przykryć tę informację, ukraińska propaganda natychmiast ogłosiła, że w ciągu jednego tygodnia zginęło 10 tysięcy Rosjan. Ocenił, że propaganda musi przykrywać coraz bardziej tragiczną sytuację państwa systematycznie niszczonego przez Rosję.
Negocjacje zamiast walki bez końca
Zdaniem Lisickiego politycy zachodni, którzy mieliby choć trochę oleju w głowie, wyciągnęliby takie same, niezbyt odkrywcze wnioski jak on. Gdy jedna strona ma wyraźną przewagę militarną, trzeba negocjować porozumienie. Można walczyć bez końca, ale skutkiem jest jedynie przedłużanie przegranej, a słabsze państwo z każdym miesiącem traci więcej. Gdyby w Niemczech, Francji i Wielkiej Brytanii rządzili politycy kierujący się zdrowym rozsądkiem, wywieraliby presję na Wołodymyra Zełenskiego i jego otoczenie, by jak najszybciej podjęli realne negocjacje i pogodzili się z obecnym stanem frontu. Publicysta podkreślił, że kto przegrywa, ten musi coś oddać, bo na tym polegają wojny, a w tej nic nie wskazuje na nierozstrzygnięty wynik. Pomysł wyposażenia Ukrainy w rakiety średniego i dalekiego zasięgu do rażenia celów w Rosji uznał za „doskonały” jedynie w tym sensie, że pozwala przedłużyć obecną sytuację.
Merz i fabryki dronów
Lisicki odniósł się do wizyty kanclerza Niemiec Friedricha Merza w Kijowie, która zbiegła się z jednym z ataków na most. Merz zaproponował Ukrainie 1,3 miliarda euro (ok. 5,7 mld zł), w dużej części na budowę fabryk dronów w Ukrainie. Publicysta przyznał, że zawsze uważał niemieckich polityków za pragmatycznych, aż do przesady trzymających się ziemi. Merz sprawia jednak na nim wrażenie kogoś, kto, jak to ujął, jakby wyrwał się z pewnego rodzaju kaftana, biega po otoczeniu i wygaduje brednie, nie rozumiejąc, jak wygląda ta wojna i jakie są jej skutki. Pytał, jak można budować fabryki dronów w kraju, którego przestrzeń powietrzna jest pod ogromną presją Rosji, i ile miliardów trzeba by wydać, by takie fabryki powstały, zanim zostaną wielokrotnie zbombardowane. Porównał to do pracy Syzyfa. Skrytykował też Komisję Europejską, która przeznacza kolejne miliardy z pieniędzy podatników, nie wyjaśniając, jak miałoby to zmienić sytuację na froncie.
Dlaczego Rosja miałaby się wycofać?
Publicysta pytał, co miałoby skłonić Rosjan do wycofania się, skoro widzą, że ich uderzenia są coraz skuteczniejsze. Wskazał, że Rosji udało się de facto zlikwidować transport zboża przez Morze Czarne, atakując porty w Odessie i innych miastach tej części Ukrainy. Sparaliżowała też transport w głębi kraju oraz komunikację między częściami Kijowa i zniszczyła przemysł hutniczy, oczko w głowie ukraińskiej gospodarki. Przypomniał, że każdy system ma swoje ograniczenia, i pytał, ile jeszcze miliardów Unia Europejska miałaby przekazać i ile broni miałoby napłynąć, by wojna dalej trwała.
Spotkanie Trump–Putin–Zełenski jako teatrzyk
Lisicki odniósł się do zapowiedzi Zełenskiego, że pod koniec października, na zaproszenie Donalda Trumpa, ma dojść do trójstronnego spotkania Ukrainy, Rosji i Stanów Zjednoczonych z udziałem Zełenskiego i Putina. Przyznał, że w nie nie wierzy. Jego zdaniem Trumpowi pali się grunt pod nogami: ma bardzo słabe notowania i według publicysty poniesie 3 listopada sromotną klęskę w wyborach do Kongresu z powodu operacji w Iranie. Ironizował, że ta genialna operacja jest tak wielkim zwycięstwem, że końca tego zwycięstwa nie widać. Przypomniał obietnicę Trumpa zakończenia wojny w Ukrainie w 24 godziny, której realizację wciąż odsuwano. Uznał, że prezydent USA potrzebuje „teatrzyku”, by omamić wyborców i wcisnąć im kit, że jest wielkim zwolennikiem porozumienia i dialogu. Nie widzi jednak żadnego powodu, dla którego Rosjanie mieliby w nim uczestniczyć, więc spotkanie jego zdaniem się nie odbędzie.
Finlandia nie widzi zagrożenia
Za bardzo znaczącą Lisicki uznał wypowiedź prezydenta Finlandii, że nie widzi zagrożenia rosyjskim atakiem na NATO. Przypomniał, że Finlandia należała do koalicji chętnych, które według publicysty garnęły się do tej wojny, a okazało się, że wcale się tak nie garną. Zapytał, dlaczego państwa NATO, skoro zagrożenia nie ma, z takim uporem angażują się w wojnę i ryzykują, że przez nieszczęśliwy przypadek, na przykład zbłąkaną rakietę, zostanie w nią wciągnięte kolejne państwo.
Ukraina jako państwo w rękach armii
Zdaniem Lisickiego rząd w Kijowie kierujący się interesem Ukraińców już dawno przerwałby działania wojenne. Pogodziłby się ze stratami terytorialnymi i innymi warunkami, ale w zamian ocaliłby życie obywateli i zachował możliwość funkcjonowania państwa, przynajmniej w ograniczonej postaci. Publicysta ocenił, że Zełenski od pewnego czasu, a być może od początku, nie jest tym zainteresowany. Ukrainę opisał jako przykład państwa, w którym władzę ma armia, zainteresowana jedynie dalszym toczeniem wojny. Ponieważ w Ukrainie nie ma jego zdaniem silnych elit propaństwowych, koalicja oligarchów, radykałów i nacjonalistów może realizować plan nieustannej wojny z Rosją, nie przedstawiając żadnego przekonującego planu jej zakończenia, warunków ani środków osiągnięcia celu.
Ambasady w Kijowie
Za najważniejszy z polskiego punktu widzenia wątek Lisicki uznał postawę Polski. Przypomniał, że w związku z coraz silniejszymi uderzeniami w Kijów Rosja wezwała państwa zachodnie do wycofania ambasad z ukraińskiej stolicy. Unia Europejska odpowiedziała, że placówki pozostaną, a minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski w, jak to ujął publicysta, butnej wypowiedzi zapewnił, że polska ambasada zostanie na miejscu. Lisicki pytał, czemu służy ta demonstracja, skoro jedynym jej skutkiem jest ryzykowanie życiem dyplomatów. Jego zdaniem pozostanie ambasad oznacza wsparcie dla otoczenia Zełenskiego, które nazwał wojskową dyktaturą, a Polska i inne państwa Unii coraz mocniej się w to angażują, ryzykując życiem swoich obywateli.
Ukryte koszty dla Europy
Publicysta przyznał, że nie rozumie celu niemieckiego zaangażowania, nawet gdyby zamiast 1,3 miliarda chodziło o 5 czy 10 miliardów euro. Dodał, że Niemcy tych pieniędzy już nie mają, ich gospodarka ma nóż na gardle i zaczyna się sypać, bo wojna ma coraz większe ukryte koszty dla całej Europy. Przypomniał przemówienie ówczesnego premiera Węgier Viktora Orbána z 2022 roku, którego słuchał osobiście. Orbán mówił wtedy, że w Europie brakuje prawdziwych mężów stanu kierujących się interesem europejskim, bo przedłużanie wojny uderza gospodarczo, społecznie i w każdy inny sposób przede wszystkim w państwa Unii. Lisicki podsumował, że Europejczycy płacą za to coraz droższą energią i coraz wyższymi kosztami życia, a jednocześnie mają coraz mniej bezpieczeństwa i coraz większe ryzyko rozprzestrzenienia się wojny.
Rosja nie planuje ataku na NATO
Lisicki wyjaśnił, że mimo braku rosyjskich planów ataku na NATO ryzyko rozlania się wojny wynika z układu sił, bo konfliktów nie da się w pełni zaplanować. Jest przekonany, że Rosja nie planuje zmasowanego ataku na NATO, z dwóch powodów. Po pierwsze, nie miałaby czego zdobywać, bo ma wszystko, a jej głównym problemem, podobnie jak Zachodu, jest demografia: ogromne terytorium i kurcząca się ludność. Odpowiedzi, że Rosja jest irracjonalna, imperialna i agresywna z natury, nazwał niedorzecznymi i stwierdził, że analitycy, którzy tak mówią, dyskwalifikują się jako poważni eksperci. Nie istnieje jego zdaniem wrodzony gen imperializmu czy agresji. Niebezpieczne są państwa kierujące się uniwersalną ideologią wymagającą ekspansji, jak w czasach komunizmu, ale dzisiejsza Rosja takiej nie ma, a idea „ruskiego miru” ogranicza się do obszaru dawnego ZSRR, przede wszystkim Ukrainy i Rosji. Po drugie, front przebiega w podobnym miejscu jak przed rokiem, dwoma czy trzema laty. Pogarszanie się sytuacji Ukrainy nie wynika z wielkich ofensyw, lecz z tego, że rosyjski przemysł zbrojeniowy powoli zdobywa przewagę nad ukraińskimi możliwościami obronnymi. Zniszczenie ukraińskich hut to coś zupełnie innego niż próba zajęcia całego państwa, a Rosja nie ma ani możliwości, ani planu ataku na NATO.
Dwie ideologiczne motywacje Zachodu
Skoro zagrożenia nie ma, Lisicki pytał, dlaczego politycy Unii Europejskiej i Wielkiej Brytanii z uporem maniaka powtarzają jak mantrę, że trzeba bronić Ukrainy, bo inaczej Rosja zaatakuje kolejne państwa. Nie widzi do tego faktycznych podstaw, a jedynie dwie ideologiczne. Pierwsza to wykorzystywanie tego argumentu do budowy scentralizowanej Unii. Druga to niezdolność Zachodu do przyznania się do porażki po tak dużych inwestycjach w tę wojnę. Stąd jego zdaniem surrealistyczna sytuacja: obraz Ukrainy wskazuje na coraz kosztowniejszą klęskę, a zachodni i polscy politycy zachowują się, jakby wierzyli w cudowny zwrot czy rakietę, która wszystko odmieni.
Retoryka wojenna a wybory
Za skrajnie niebezpieczne Lisicki uznał wypowiedzi ministra Sikorskiego i postawę polskiego rządu, a także sugestie polskich generałów o gotowości do ataku na obwód królewiecki. Przyznał, że można to traktować jako odstraszanie, ale skoro jego zdaniem nic nie wskazuje na rosyjski atak na NATO, pytał, o co jeszcze może chodzić. Przyszło mu do głowy wyjaśnienie polityczne: rządzący mogą potrzebować podbijania stawki i zagrożenia rosyjskiego, by przygotować zmiany w prawie umożliwiające odsunięcie wyborów. Powołał się na wypowiedź wiceministra sportu, który, choć nie jest ważną postacią rządu, zasugerował, że zagrożenie wojenne może sprawić, iż wybory za rok się nie odbędą. Zauważył, że czasem osobom niższej rangi wymyka się to, czego bardziej wpływowi boją się powiedzieć. Zaczyna więc podejrzewać, że to jeden z powodów „miotania się” Sikorskiego, premiera i innych polityków, którzy jego zdaniem za każdym razem podbijają bębenek zagrożenia. Jeśli przekona się społeczeństwo, że zagrożenie jest realne, bliskie i nieuchronne, będzie ono gotowe przyjąć nawet tak drastyczną zmianę jak odłożenie wyborów. Lisicki zauważył, że do wprowadzenia stanu wojennego potrzebny jest podpis prezydenta. Można jednak przygotować nową ustawę, na przykład o stanie przedwojennym, która pozwalałaby na kilka miesięcy wstrzymać wybory na objętych nią terenach, podobnie jak ustawa o stanie wojennym. Przyznał, że inaczej trudno mu zrozumieć motywy polskich władz, retorykę wojenną szczególnie widoczną u ministra Sikorskiego oraz całą polską tromtadrację związaną z wojną.
Wnioski: przekonać Kijów albo zakończyć pomoc
Lisicki podsumował, że kierując się zdrowym rozsądkiem, polska klasa polityczna powinna przekonywać Ukraińców do zawarcia porozumienia. Jeśli druga strona nie byłaby tym zainteresowana, Polska powinna ograniczyć lub całkowicie zakończyć pomoc wojskową, bo, jak ocenił, topi pieniądze w z góry przegranej sprawie. Zastrzegł, że brzmi to bardzo realistycznie, ale nie widzi innej drogi. Zarzucił zachodnim politykom, że nie przedstawili pozytywnej wizji wyjścia z sytuacji, a ponieważ nie są gotowi wysłać żołnierzy, mogą tylko mówić i przesyłać pieniądze oraz broń. To zaś oznacza jedynie więcej zabitych Rosjan i dotkliwsze ukraińskie uderzenia w Rosję, nie zmienia dysproporcji sił, a na każde uderzenie Rosja odpowie dwa, trzy czy cztery razy mocniej. Zakończył pytaniem, co jeszcze musi się wydarzyć, skoro nie ma już przemysłu hutniczego, wkrótce nie będzie mostów, dróg, logistyki ani energetyki, a Zachód wciąż przekonuje, że wspieranie walczącej Ukrainy jest rozsądne. Nazwał to czystym surrealizmem.
Materiał „Kijów bez mostów, Ukraina bez hut. Ale wojna musi trwać – P. Lisicki” dostępny na kanale Tygodnik DoRzeczy na YouTube, liczącym 133 tys. subskrybentów. Opublikowany 5 października 2026.

