„Pax cynica” zamiast „Pax Sinica”. Prof. Góralczyk o chińskiej strategii, wojnie handlowej z Europą i Tajwanie — prof. Bogdan Góralczyk w „Żeby Wiedzieć”

Prof. Bogdan Góralczyk, sinolog, politolog, hungarysta i były dyplomata z Centrum Europejskiego Uniwersytetu Warszawskiego, był gościem Pawła Pawłowskiego w 51. odcinku programu „Żeby Wiedzieć”. Rozmowa dotyczyła globalnej strategii Chin, technologicznego wyścigu, zbliżającej się wojny handlowej Unii Europejskiej z Pekinem i jej skutków dla Polski, a także kwestii Tajwanu i relacji Xi Jinpinga z Donaldem Trumpem. Profesor ocenił, że nie wierzy w chiński porządek świata, „Pax Sinica”, lecz najwyżej w „Pax cynica”, bo Chiny są niezwykle wyrafinowanym, cynicznym graczem. Mówił też o roli Chin w wojnach w Ukrainie i wokół Iranu, wysuwając zaskakującą tezę, że gdyby Ukraina miała upaść, Pekin mógłby stanąć po jej stronie. Omówił znaczenie amerykańskich wyborów połówkowych, Szanghajską Organizację Współpracy na granicy Polski, rosnącą potęgę Indii i Globalnego Południa oraz brak polskiej polityki wobec Azji.

Chiny jako cywilizacja wsobna

Pawłowski zaproponował na początek historię alternatywną: świat, w którym Pax Americana upada, a nastaje Pax Sinica. Góralczyk odpowiedział, że w Pax Sinica nie wierzy, a jeśli już, to w „Pax cynica”, bo Chiny są bardzo wyrafinowane w grze międzynarodowej. Przede wszystkim są cywilizacją wsobną, Państwem Środka, zapatrzonym w siebie. Ich tradycyjny ład międzynarodowy, Tianxia, zakłada, że Chiny są w centrum, a wokół nich leżą koncentryczne kręgi: najpierw trybutariusze i wasale, potem różne rodzaje barbarzyńców, wśród których, jak zażartował, jesteśmy i my. To jeden z czynników ograniczających Chiny. Profesor zastrzegł jednak, że chińska kultura nie jest, jak twierdzą niektórzy, z natury konfucjańska, czyli pokojowa, bo historia tego nie potwierdza. Cywilizacja chińska zaczynała się w dorzeczu Huang He, za dynastii Xia czy Shang, a dziś Chiny mają Tybet i Xinjiang, w przeszłości panowały na terenach dzisiejszej Syberii, a Wietnam podporządkowały na prawie 800 lat. Są więc ekspansywne, gdy trzeba, ale nigdy nie aspirowały do roli globalnego mocarstwa. Jeśli zdominują świat, to przez handel, gospodarkę i coraz bardziej technologie. Góralczyk nie wyobraża sobie, by Europejczycy, Afrykańczycy czy Latynosi mówili po chińsku, a zrozumienie Chin wymaga zagłębienia się w ich specyficzny język, pismo i konotacje niezrozumiałe dla innych kultur. Przywołał maksymę, którą mimowolnie ukuł Zbigniew Brzeziński w „Wielkiej szachownicy”, książce z 1997 roku, wydanej w Polsce rok później, którą radzi przeczytać właśnie teraz, w czasie globalnych turbulencji. Brzeziński pisał, że Amerykaninem może być każdy, czego dowodem są on sam, Henry Kissinger, Kamala Harris czy Madeleine Albright, z pochodzenia Czeszka Korbelová, która mówiła też trochę po polsku. Chińczyk natomiast zawsze będzie Chińczykiem. Profesor przyznał, że może wiedzieć o Chinach więcej niż przeciętny Chińczyk, ale zawsze będzie tam obcym, „długonosym”.

Od „chińszczyzny” do technologicznego mocarstwa

Na uwagę prowadzącego, że chińska ekspansja ekonomiczna widoczna jest choćby w liczbie chińskich aut na ulicach, Góralczyk podkreślił, że to ekspansja nie tylko handlowa, ale coraz bardziej technologiczna. Spektakularnym przykładem są chińskie samochody elektryczne, które w ciągu 3–4 lat po pandemii pokonały niemiecki przemysł motoryzacyjny: Volkswagen zamyka zakłady, BMW się ogranicza, a w Europie słychać „jęki”. Jako samodzielny gracz technologiczny Chiny weszły na scenę z programem Made in China 2025, ogłoszonym w 2015 roku planem rozłożonym na dziesięć dziedzin, od samochodów elektrycznych przez metale ziem rzadkich po biotechnologie i alternatywne źródła energii. Dziś wiadomo, że plan wypełniono, a w niektórych dziedzinach z naddatkiem. W marcu premier Li Qiang, jak zaznaczył profesor, nie mylić z poprzednikiem Li Keqiangiem, ogłosił założenia XV planu pięcioletniego na lata 2026–2030 z dwoma „zaklęciami”. Pierwsze to budowa własnego ekosystemu technologicznego: Chiny mają już własny internet bez Gmaila, Google’a i YouTube’a, za to z odpowiednikami takimi jak Youku i własnym systemem nawigacji Beidou. Drugie to „wzrost wysokiej jakości”. Dawniej Chiny zarzucały świat tandetą, „chińszczyzną”, a teraz ten stereotyp jest rozbijany w pył, bo stawiają na jakość i chcą być mocarstwem „superligi” w sztucznej inteligencji, komputerach kwantowych, robotyce przemysłowej i humanoidalnej, alternatywnej energii i kosmosie. Ogromną dźwignią nacisku na Zachód, w tym USA, jest 17 pierwiastków ziem rzadkich. Chiny miały kiedyś monopol na ich wydobycie, dziś mają 62–63 procent, ale ponad 90 procent przetwórstwa. Nawet surowiec wydobyty w Australii czy Chile trafia do rafinacji do Chin, bo to proces pracochłonny, energochłonny i bardzo brudny. Samolot F-35, o który zabiega Polska, potrzebuje 400–500 kilogramów takich pierwiastków. Według Góralczyka wyrasta nowa jakość i wyzwanie, o którym mówi się za mało, a do którego Zachód nie był przygotowany ani mentalnie, ani instytucjonalnie, ani politycznie.

Trzy parasole Europy

Pawłowski przypomniał francusko-niemiecką propozycję Friedricha Merza i Emmanuela Macrona, by Komisja Europejska mogła ograniczać, a nawet odcinać import z państw powodujących „poważne i systemowe zakłócenia” na wspólnym rynku. Zapytał, czy da się odciąć import z Chin. Góralczyk wyjaśnił to swoją koncepcją „trzech parasoli”, pod którymi Europa żyła przez prawie cztery dekady. Pierwszy, amerykański parasol bezpieczeństwa i nuklearny, podważa Donald Trump. W Pentagonie trwają prace nad tym, skąd i w jakim stopniu się wycofać, w tym z Europy, a profesor przewiduje decyzje do końca roku, raczej po wyborach połówkowych na początku listopada. Otwarte pozostaje pytanie, czy wycofanie z Europy oznacza wejście do Polski. Parasol przecieka, a wiarygodność sojusznicza jest podważana: NATO bez Stanów Zjednoczonych nie istnieje, a Trump nazywa je papierowym tygrysem. Drugi parasol to rosyjska energia, tania ropa i gaz, z których najbardziej korzystali Niemcy. Profesor ostrzegł, że gdy do władzy wróci AfD, może wrócić i Nord Stream, co dla Polski byłoby bolesne. Trzeci, o którym mówi się najmniej, to parasol chiński, czynny od końca lat 90.: tanie dostawy towarów i ogromny rynek zbytu, głównie dla Niemiec, które odpowiadały za 40 procent eksportu UE do Chin, przede wszystkim samochodów. Ten parasol spektakularnie się załamał wraz z chińskimi elektrykami. Góralczyk polecił książkę Wolfganga Münchaua „Kaput” o klęsce niemieckiej polityki przemysłowej wobec Rosji i Chin i przypomniał, że polska gospodarka jest silnie zależna od niemieckiej. W 2025 roku nadwyżka handlowa Chin z UE przekroczyła 360 miliardów euro (ok. 1,58 bln zł), co oznacza, że Unia traciła dziennie miliard euro (ok. 4,4 mld zł), z czego ponad połowę Niemcy i Francja, oś integracji europejskiej sięgającej planu Schumana. Profesor ujawnił, że o przygotowywanym przez Macrona i Merza piśmie, będącym w istocie dyspozycją dla Komisji, wiedział od kilkunastu tygodni. Jego realizacja oznaczałaby wojnę handlową UE z Chinami. Częściową wojnę o panele fotowoltaiczne Europa toczyła w latach 2008–2009, ale pełnoskalowej nie testowano i Unia nie jest na nią gotowa, choć to samo mówiono przed uniezależnieniem się od rosyjskich surowców.

Dźwignie Chin i karty Europy

Chiny mają ogromne dźwignie nacisku: dają jedną trzecią światowej produkcji przemysłowej, podczas gdy USA 13–14 procent. Europa ma jednak swoje karty. Pierwszą jest silny, bogaty i zaawansowany wspólny rynek, pod warunkiem spójności, w którą Chiny i Rosja będą uderzać. Drugą są niektóre przewagi technologiczne, przede wszystkim litografia holenderskiej firmy ASML, niezbędna do produkcji najmniejszych półprzewodników, które w ponad 90 procentach powstają w tajwańskim TSMC, wciąż poza kontrolą ChRL. Reszta zależy od geopolityki: rozdrobniony, popękany kontynent to raj dla zewnętrznych graczy, a wiele będzie zależeć od wyborów we Francji wiosną przyszłego roku i w Niemczech, bo AfD nawet jako koalicjant oznaczałaby nową jakość. Pawłowski wspomniał przy tym o niepokojach we Francji związanych z protestami uczniów, do których, jak powiedział, przyłączają się imigranckie bandy.

Co wojna handlowa oznacza dla Polaków

Pytany o skutki wojny handlowej dla polskich konsumentów, Góralczyk wskazał przede wszystkim drożyznę i ograniczony dostęp do niektórych towarów. Uczulił na jeszcze jedną chińską dźwignię, leki. Z rozmów z aptekarzami i lekarzami wie, że gdyby Chiny wycofały same półprodukty, stanęłoby ponad 90 procent leków w polskich aptekach, a część dostarczają jeszcze Indie. Przypomniał pandemię, gdy maseczki i sprzęt medyczny z Chin witał na lotnisku sam premier, choć ich jakość „była jaka była”. Bilans handlowy Polski z Chinami wynosi jego zdaniem 16 czy 18 do jednego na korzyść Chin, które wpychają, co tylko mogą. Polska jako pierwsza w UE wprowadziła ograniczenia dla chińskich samochodów elektrycznych w pobliżu obiektów wojskowych, ale ekspansji towarowej nie ogranicza. Profesor podkreślił, że Polska nie jest tu samodzielnym graczem, powinna trzymać się linii Unii i uważnie obserwować Niemcy, które zostały przyparte do muru i zaczynają kontratakować. Nie przesądził, czy dojdzie do pełnoskalowej wojny, czy Europa się cofnie lub popęka.

XXI Zjazd i Tajwan na stole

Po stronie chińskiej Góralczyk wskazał dwa „papierki lakmusowe”. Pierwszym jest XXI Zjazd Komunistycznej Partii Chin za mniej więcej rok, na którym Xi Jinping niemal na pewno dostanie czwartą kadencję jako szef partii, armii i państwa. Kluczowe, jak w każdej autokracji, będzie to, czy wskaże następcę. Drugim jest Tajwan. W lutym Xi „jako chiński cesarz” zadzwonił do Trumpa i położył tę kwestię na stole negocjacyjnym. W maju Trump był w Pekinie, teraz Xi w Waszyngtonie, a potwierdzono jeszcze dwa spotkania: na szczycie APEC w Shenzhen 18–19 listopada i na szczycie G20 w Miami 13–14 grudnia, z udziałem prezydenta Polski i być może zaproszonego Putina. Profesor wspomniał, że był w Shenzhen w grudniu 1979 roku, gdy chłopi jeździli tam na bawołach wodnych, a dziś to 18-milionowe miasto tuż za płotem Hongkongu, siedziba Huaweia i Tencentu i obok Hangzhou główny chiński ośrodek technologiczny. Pekin prowadzi też subtelną grę z tajwańskim Kuomintangiem, nastawionym na porozumienie, w przeciwieństwie do rządzącej od 2016 roku Demokratycznej Partii Postępowej. Jeśli DPP wygra wybory w styczniu 2028 roku, Góralczyk spodziewa się eskalacji, bo urodzonemu w czerwcu 1953 roku Xi „zegar biologiczny bije coraz szybciej”. Profesor przeczytał pięć tomów dzieł zebranych Xi, jako jeden z nielicznych Polaków, i wynika z nich, że celem jego życia jest połączenie Chin z Tajwanem, najlepiej pokojowe w jego rozumieniu. Zwycięstwo Kuomintangu mogłoby przynieść globalne niespodzianki. Na razie Pekin testuje Amerykanów, czy będą walczyć o Tajwan, tak jak kiedyś pytano, czy warto „umierać za Gdańsk”. Odpowiedź na drugie pytanie znamy, na pierwsze jeszcze nie.

Jak Pekin uwodzi Tajwańczyków

Pytany o chińskie operacje kognitywne wobec Tajwanu, Góralczyk przypomniał, że około trzech milionów Tajwańczyków prowadziło biznesy w Chinach kontynentalnych, choć po pandemii ta liczba spadła. Mówią tym samym językiem, a bywało, że na wybory przylatywali na Tajwan i wracali do Szanghaju. Najważniejsze były jednak dwie oficjalne wizyty w Chinach byłego prezydenta z Kuomintangu Ma Ying-jeou, pierwsze takie od podziału Chin w 1949 roku. Z nim Xi spotkał się w 2015 roku w Singapurze, gdy Kuomintang tracił władzę, i przez półtorej minuty ściskali sobie dłonie, z przesłaniem „jesteśmy jednością”. Profesor zaznaczył jednak, że zdecydowana większość Tajwańczyków takiej jedności nie chce. Od listopada szefową Kuomintangu jest urodzona już na Tajwanie Cheng Li-wun, która trafiła do społeczeństwa przesłaniem, że nie chce, by Tajwan stał się drugim Iranem czy drugą Ukrainą. Na początku marca opublikowała manifest programowy w „Foreign Affairs”. W kwietniu odbyła w Chinach „misję pokojową” pełną symboliki wspólnego rdzenia, kultury, języka i jedzenia, spotkała się z Xi i zaprosiła go jako szefa KPCh na Tajwan, choć najpierw musi wygrać wybory. Następnie przez dwa tygodnie przekonywała do swoich racji w USA, ale tam poniosła klęskę, nie znajdując życzliwych słuchaczy.

Świat w chaosie, Xi oazą spokoju

Pawłowski przypomniał, że unijny komisarz ds. handlu Maroš Šefčovič jedzie do Chin na ostatnią rundę trwających od czterech miesięcy rozmów o przywróceniu równowagi w handlu. Zapytał, czy Europejczycy rozumieją powagę sytuacji, skoro jeżdżą chińskimi elektrykami z dziesiątkami kamer, dzieci wychowują algorytmy TikToka, a suwerenność oddaje się „za zniżkę na AliExpressie”. Góralczyk odpowiedział, że częściowo wiemy, bo chińskie towary są w naszych domach, ale nie przywiązujemy do tego wagi, bo są tanie i użyteczne, a chińskie wyzwanie przykryły Ukraina, Ormuz i ceny na stacjach paliw. Bardzo sprzyja to Chinom. Świat jest w chaosie, a Xi pozycjonuje się jako oaza spokoju i przewidywalności. Z Trumpem Xi po prostu się dogadał, bo Trump lubi dyktatorów, czego dowodzi jego stosunek do Putina, Netanjahu i Kim Dzong Una. Gorzej z relacjami chińsko-europejskimi, które już drżą w posadach, a obecny stan z 360 miliardami euro deficytu jest nie do utrzymania. Pytany, co by było, gdyby Trump i Xi ze sobą nie rozmawiali, odpowiedział, że byłaby wojna dwóch najsilniejszych organizmów na świecie. Przypomniał przysłowie z Azji Południowo-Wschodniej, według jednych laotańskie, według innych tajskie: gdzie walczą dwa słonie, tam trawa zostanie zdeptana, a my jesteśmy tą trawą. Zwrócił uwagę, ile kosztowała Europę interwencja izraelsko-amerykańska, jak to określił, w Ormuzie i wokół Iranu, i zapytał, co działoby się w razie kinetycznej wojny USA z Chinami, gdy przestałyby płynąć wszystkie chińskie towary.

Iran, Ukraina i „po cholerę mieć imperium jako sąsiada”

Pytany, czy wojna wokół Iranu jest Chinom na rękę, Góralczyk odpowiedział, że Chiny może się nie cieszą, ale nie robią tyle, ile mogłyby, by naciskać na Iran i zakończyć konflikt, bo ten osłabia rywala, Stany Zjednoczone. Proamerykańskie państwa regionu z amerykańskimi bazami, Kuwejt, Katar czy Arabia Saudyjska, zaczynają pytać o skuteczność amerykańskich gwarancji. Arabia Saudyjska po ataku Hutich w Jemenie i zagrożeniu dla wejścia do Kanału Sueskiego poprosiła USA o pomoc i jej nie dostała. Tymczasem Chiny mają w Dżibuti swoją jedyną na świecie zagraniczną bazę wojskową, u wejścia do Morza Czerwonego, i mogłyby odegrać rolę, ale po co, skoro przeciwnicy się osłabiają. To samo dotyczy wojny Rosji z Ukrainą, w której obie strony niszczą sobie infrastrukturę, a Rosja z każdym dniem jest bardziej zależna od Chin. Profesor przedstawił jednak zaskakującą tezę: gdyby Ukraina miała się całkowicie przewrócić, Chiny mogłyby stanąć po jej stronie. Choć z pewnością nie znają doktryny Giedroycia i Mieroszewskiego, rozumieją, że Rosja z Ukrainą to znów imperium, a „po cholerę mieć imperium jako sąsiada”, skoro można mieć Rosję i gdzieś dalej samodzielną Ukrainę. Pawłowski dodał, że ukraińska armia już dziś kupuje komponenty do dronów w Chinach.

Świat w przeciągu i trzy amerykańskie administracje

Góralczyk zapowiedział, że z publikacją nowej książki czeka do amerykańskich wyborów połówkowych. Zaznaczył, że nie jest amerykanistą, ale z powodu Chin musi być coraz bardziej geostrategiem, a nie geopolitykiem, bo ten patrzy tylko przez pryzmat geografii. Książka opisuje świat w „geostrategicznym przeciągu”: stary ład nie działa, nowego jeszcze nie ma, panują chaos, niestabilność i niepewność. Jej czterej bohaterowie to Donald Trump, Władimir Putin, Xi Jinping i Narendra Modi. Profesor ucieszył się, że premier Donald Tusk pod koniec miesiąca odwiedzi Indie, ale ubolewał, że Polska nie ma tam ambasadora: można go nie mieć w państwach europejskich, ale w Indiach „takich rzeczy się nie robi”. Indie to najszybciej rozwijająca się gospodarka i najludniejsze państwo świata, w latach 2015–2025 podwoiły nominalny PKB, a mediana wieku wynosi tam 22–23 lata wobec ponad 40 w UE. Profesor jeździ tam regularnie z wykładami. Megatrendem jest koniec jednobiegunowej chwili amerykańskiej dominacji, co USA same przyznały w Strategii Bezpieczeństwa Narodowego z grudnia i Strategii Obrony Narodowej ze stycznia, wracając do doktryny Monroe, nazwanej od Donalda „doktryną Donroe”, z półkulą zachodnią jako strefą wpływów. Do tego dochodzi Grenlandia, a Marco Rubio, jak ironizował profesor, został już przez Trumpa „desygnowany na prezydenta Kuby”. Daje to pole Putinowi, Modiemu i Xi. Wybory połówkowe są według Góralczyka ważniejsze niż kiedykolwiek, bo rządząca partia zawsze w nich nieco przegrywa, z wyjątkiem George’a W. Busha po zamachu na World Trade Center. Pytanie brzmi, ile przegra Trump. Jeśli straci obie izby, do końca kadencji będzie miał „założony” impeachment, co nie znaczy, że zostanie on przeprowadzony. Po drugie, Trump w drugiej kadencji to nie Trump z pierwszej, gdy jako świeży polityk był otoczony doświadczonymi republikanami. Teraz dobrał sobie, jak to ujął profesor, „grono Totumfackich i Potakiewiczów”, w którym nikt mu się nie sprzeciwia. Góralczyk po raz pierwszy publicznie przedstawił tezę, że w USA nie ma już klasycznego „deep state”, lecz trzy administracje. Pierwszą jest sam Trump, „samodzielny elektron”, który obejrzy telewizję w nocy, źle śpi i rano ogłasza coś nowego, a wiek wyraźnie odgrywa u niego rolę, co widać przy porównaniu z wiecami z pierwszej kadencji. Drugą jest otoczenie rodzinne i klan: Ivanka Trump, Jared Kushner, Steve Witkoff jeżdżący do Putina. Trzecią, najboleśniejszą dla Europejczyków, jest Big Tech: Meta, Elon Musk, Google, X i miliarderzy, których Komisja Europejska od siedmiu lat nie potrafi opodatkować. Za informacje i media społecznościowe w Europie coraz bardziej odpowiadają Amerykanie, a choć UE ma nadwyżkę w handlu towarami, w usługach, czyli technologiach, jest skazana na firmy z USA. Pawłowski polecił rozmowę z prof. Aleksandrą Przegalińską pod tytułem „Czy Big Tech wyłączy nam państwo”.

Vance, młoda MAGA i baza w Polsce

Pytany, co zwycięstwo Demokratów oznaczałoby dla Polski, Góralczyk zastrzegł, że będzie ono tylko połówkowe i dotyczy głównie polityki wewnętrznej, bo Trump będzie rządził jeszcze dwa lata, a w tym czasie wiele może się zdarzyć. Pawłowski przytoczył byłego ambasadora Jerzego Marka Nowakowskiego, który radzi pośpieszyć się z amerykańską bazą, bo młode pokolenie MAGA jej w Polsce nie chce. Profesor odpowiedział, że w ruchu MAGA zaczęły się silne „ruchy robaczkowe” i rośnie nurt przeciwny Trumpowi. Polecił książkę wiceprezydenta J.D. Vance’a „Elegia dla bidoków”, której polski tytuł zaczerpnięto ze śląskiego słowa „bidok”. Vance to czterdziestokilkulatek ze skrajnej biedy, wybrany przez multimiliardera Trumpa, a przy tym chrześcijański fundamentalista. W przeciwieństwie do Trumpa, który nie jest ideologiem, dołączyłby do „krucjaty” elementy mesjanistyczne, więc jako następca wcale nie byłby lepszy. Za nową gwiazdę Demokratów profesor uznał gubernatora Kalifornii Gavina Newsoma, zastrzegając, że za wcześnie o tym mówić. Pytany, czy Demokraci mogliby zablokować bazę, odpowiedział, że przy takim układzie wszystko może być blokowane, ale Polska buduje dobre relacje z obiema partiami i nie sądzi, by Demokraci chcieli jej „zrobić kuku”. Odesłał jednak do specjalistów od USA, bo on, gdy wsiada do samolotu, leci do Singapuru albo do Azji.

„Podzielmy się”: MAGA i wielki renesans narodu chińskiego

Pawłowski zapytał, czy Make America Great Again to to samo co „wielkie odrodzenie narodu chińskiego”. Góralczyk wyjaśnił, że Xi użył tego zestawienia w toaście podczas uroczystej kolacji w czasie wizyty w Waszyngtonie. Wizyty Trumpa w Chinach i Xi w USA pokazują już równorzędnych graczy. Trump wyszedł na lotnisko powitać Xi, czego nie robił żaden prezydent od Johna F. Kennedy’ego, który witał tak brytyjskiego gościa na początku lat 60. Amerykańscy prezydenci wychodzili na płytę lotniska tylko przed papieży, po raz pierwszy przed Polakiem, Janem Pawłem II, a ostatnio Barack Obama przed Franciszkiem w 2015 roku. Było to więc wydarzenie bezprecedensowe. Xi stwierdził, że obie formuły mogą koegzystować, co według profesora jest niczym innym jak propozycją podziału świata: „ty masz swoje poletko, ja swoje”. Pytanie tylko, czy jak Pawlak z Kargulem pobiją się o miedzę. Pawłowski przytoczył felieton Bogusława Chraboty z „Rzeczpospolitej”, według którego granica tych dwóch światów może przebiegać na Bugu. Góralczyk odparł, że zna Chrabotę i przypomniał, iż ostatnim członkiem Szanghajskiej Organizacji Współpracy została Białoruś, a chińskie wojska ćwiczyły już nad Bugiem, więc „mamy precyzyjną odpowiedź, że już tak jest”.

Szanghajska Organizacja Współpracy na granicy Polski

Profesor wyjaśnił, że SOW powstała w 2001 roku z chińsko-rosyjskiego dialogu o delimitacji granicy, a natychmiast dołączyły do niej byłe republiki sowieckie Azji Środkowej, Kazachstan, Tadżykistan, Kirgistan i Uzbekistan, z wyjątkiem graniczącego z Iranem Turkmenistanu. Dziś liczy 10 członków i 14 państw stowarzyszonych, wśród nich Afganistan i Turcję, która ma drugą armię lądową NATO, a więc gra „na dwóch boiskach”. Amerykańscy stratedzy definiowali ją jako „anty-NATO”, bo powstała jako organizacja współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa, dzięki której Rosjanie ćwiczyli na terytorium Chin i odwrotnie, dziś także na morzu. Tę definicję zmiękczyło przyjęcie w 2015 roku Indii i Pakistanu, które toczyły ze sobą wojny i od 1998 roku mają broń jądrową. Nową jakość pokazują ostatni członkowie: Iran, który w imieniu organizacji miał przynajmniej do tego roku odpowiadać za Afganistan, i Białoruś, dzięki której organizacja stoi już na polskich granicach. Jej trzy cele to zwalczanie separatyzmu, bo Chinom chodzi o Tajwan, fundamentalizmu islamskiego i terroryzmu.

Globalne Południe, Indie i polski „niedoczas”

Pawłowski zauważył, że Kreml zabiega o dołączenie Putina do spotkań Trumpa z Xi, tworząc swoisty triumwirat. Góralczyk odpowiedział, że Putin nie musi o nic prosić. Na przełomie sierpnia i września na szczycie SOW w Biszkeku spotkali się Xi, Putin, Modi i przywódcy Iranu, a dwa tygodnie później ci sami politycy na szczycie BRICS+ w New Delhi, gdzie Putin dostał owację na stojąco, bo Indie robią z Rosją interesy. Profesor uznał za duży błąd, że Polska tego nie widzi. W exposé ministra spraw zagranicznych jest oś Moskwa–Kijów–Berlin–Bruksela–Londyn–Waszyngton, a brakuje Teheranu, New Delhi, Tokio, Pekinu i Szanghaju. Swoim studentom tłumaczy, że po kryzysie z 2008 roku z dawnego Trzeciego Świata wyłoniły się rynki wschodzące, Chiny, Indie, Brazylia, RPA i Indonezja, a w czasie pandemii Globalne Południe, antytrumpowskie, antyamerykańskie i antyzachodnie. Trump sojusze podważa, a oni je budują. Szczególną uwagę warto zwrócić na Indie, które mimo pewnych znamion autokratyzmu i charyzmatycznego Modiego autokracją nie są. Profesor polecił książkę byłego ambasadora Burakowskiego „Indie. Trzecie supermocarstwo”. Zgodził się z prowadzącym, że Polska nie ma żadnej strategii wobec Chin, Indii, rynków wschodzących ani Globalnego Południa, i podsumował, ujmując to dyplomatycznie, że „jesteśmy w niedoczasie”.

Brać Chiny poważnie

Na koniec Pawłowski zapytał, jaką jedną lekcję powinien wyciągnąć widz, który planuje przyszłość swoją i dzieci, by za dziesięć lat nie obudzić się na rynku pracy niepasującym do świata, w którym Chiny odgrywają tak wielką rolę. Góralczyk odpowiedział, że powtarza to jak katarynka i czasem „wali grochem o ścianę”: trzeba brać Chiny poważnie i dowiadywać się o nich więcej. Przypomniał, że gdy 50 lat temu pojechał do Chin uczyć się chińskiego, koledzy ze studiów pukali się w głowę. Chiny stawiają wyraźnie na nowe technologie, w tym informatyczne: sztuczną inteligencję, komputery kwantowe i robotyzację, i te dziedziny Polska powinna przyspieszać, bo Europa jest wobec Amerykanów i Chińczyków w niedoczasie.


Rozmowę przeprowadził Paweł Pawłowski. Materiał „Prof. Góralczyk: »Po cholerę mieć imperium jako sąsiada?« Chiny i ich strategia | Żeby Wiedzieć #51” dostępny na kanale Żeby Wiedzieć na YouTube, liczącym 57,2 tys. subskrybentów. Opublikowany 7 października 2026.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *