Budzisz: Putin wygrywa wojnę z Ukrainą i ma ku temu wszelkie podstawy
Rosja ma dziś realne szanse wygrać wojnę z Ukrainą, a nie ją przegrać, a europejscy sojusznicy, w tym Polska, wciąż funkcjonują w oparciu o przestarzałe wyobrażenia o współczesnym konflikcie — ocenił Marek Budzisz, analityk think-tanku Strategy&Future, w rozmowie z prowadzącym program „perTraktacje i Podróż bez paszportu”.
Wiele kryzysów naraz i pytanie o spójność polityki USA
Otwierając rozmowę, prowadzący zwrócił uwagę, że administracja Donalda Trumpa próbuje dziś zarządzać wieloma kryzysami jednocześnie — rywalizacją z Chinami w Indo-Pacyfiku, zbliżającą się wizytą przewodniczącego Xi Jinpinga w Waszyngtonie, wojną w Europie Wschodniej i rozmowami z Zełenskim o dalszym przebiegu frontu, niestabilnością na Bliskim Wschodzie po ocenionej przez prowadzącego jako porażka interwencji wobec Iranu, a także nadszarpniętymi relacjami z państwami Zatoki Perskiej i Izraelem. Zapytał, czy w tym wszystkim da się dostrzec jedną spójną, główną cechę lub cel polityki zagranicznej administracji Trumpa, czy też decyzje są w praktyce podyktowane bieżącą presją wewnętrzną i nastrojami społecznymi.
Budzisz odpowiedział, że nie podziela oceny, jakoby polityka amerykańska była chwiejna, zmienna i labilna — ocenił, że w kwestiach zasadniczych kierunków strategicznych pozostaje ona konsekwentna i stabilna już od czasów administracji Baracka Obamy, mimo pewnych „ekscentryzmów”, które przyciągają nieproporcjonalnie dużą uwagę opinii publicznej. Wskazał na dwa główne elementy tej polityki: przygotowywanie się do rywalizacji z tak zwanymi peer competitors, czyli Chinami i Federacją Rosyjską — państwami o porównywalnym potencjale wojskowym, a w przypadku Chin również ekonomicznym i technologicznym — oraz wynikającą z tego priorytetyzację celów. Ocenił, że rosnąca globalna niestabilność zwiększa ryzyko konfliktu wojskowego, co sprawia, że logika bezpieczeństwa zaczyna dominować nad polityką rozszerzonego odstraszania i ochrony interesów sojuszników na rzecz koncentracji na bezpieczeństwie własnym Stanów Zjednoczonych — również dlatego, że rywale USA zyskali zdolność uderzenia bezpośrednio w terytorium amerykańskie.
Jako ilustrację ograniczoności zasobów Budzisz przywołał przykład wykorzystania rakiet przechwytujących do baterii Patriot przez Arabię Saudyjską — kraj ten, broniąc swoich obiektów, wystrzelił około 1500 z posiadanych 2300 takich rakiet, podczas gdy roczna produkcja tego typu pocisków w Stanach Zjednoczonych wynosiła w zeszłym roku 650 sztuk. Wskazał, że Departament Wojny podpisał w tym roku siedmioletnie umowy z koncernami takimi jak Lockheed Martin i planuje budowę 15 nowych fabryk, dzięki czemu produkcja ma wzrosnąć do 2000 sztuk rocznie do 2030 roku — ale i tak, jego zdaniem, będzie to niewystarczające wobec skali potrzeb, skoro same Stany Zjednoczone wystrzeliły około 1400 podobnych pocisków w ciągu pierwszych 40 dni wojny z Iranem. Ocenił, że ta ograniczoność zasobów wymusza na administracji Trumpa trudne decyzje co do kolejności i skali wsparcia dla poszczególnych sojuszników — w tym Ukrainy — i jednocześnie wymusza na sojusznikach większy wysiłek na rzecz własnego bezpieczeństwa. Podsumował, że z amerykańskiego punktu widzenia jest to polityka racjonalna i strategicznie zrozumiała, choć trudna do zaakceptowania dla Europejczyków przyzwyczajonych do myślenia o USA jako bezwarunkowym gwarancie bezpieczeństwa. Przypomniał, że już cztery lata temu pisał, iż NATO jako sojusz ramowy będzie funkcjonować, ale coraz większą rolę będą odgrywać tak zwane koalicje chętnych, złożone z państw o zbliżonej ekspozycji na ryzyko — wówczas był za tę tezę krytykowany, dziś nikogo już nie dziwi.
Lekcje z wojny z Iranem
Prowadzący zwrócił uwagę na pozorną niespójność amerykańskiej polityki wobec Iranu — prowadzenie działań militarnych przy jednoczesnym utrzymywaniu kanału negocjacyjnego. Budzisz ocenił, że w Polsce panuje niezrozumiałe dla niego przekonanie, że wojnę da się oddzielić od polityki, podczas gdy w jego ocenie wojna zawsze pozostaje domeną polityki, a wojskowi są jedynie jej narzędziem — nie ma więc sytuacji, w której dana strona wygrywa wojnę militarnie, a jednocześnie przegrywa politycznie, bo to wewnętrzna sprzeczność. Odnosząc się do opinii, że Stany Zjednoczone udowodniły w starciu z Iranem swoją przewagę wojskową, zadając bolesne ciosy, ale nie osiągnęły sukcesu politycznego, ocenił, że skoro nie da się wygrać wojny militarnie i przegrać jej politycznie, oznacza to, że Stany Zjednoczone w istocie przegrywają wojnę z Iranem, mimo przewagi na polu bitwy.
Jako przyczynę wskazał błąd — jak ocenił, popełniony przez sekretarza obrony Pete’a Hegsetha, za co miał być krytykowany przez samego Donalda Trumpa — polegający na przecenieniu własnych możliwości i niedocenieniu odporności (resilience) przeciwnika. Zwrócił uwagę na asymetrię akceptacji ryzyka: Iran, mimo utraty około 47 samolotów różnych typów oraz ataków na wszystkie bazy, punkty dowodzenia i systemy radarowe, był w stanie wytrzymać uderzenie i się nie załamać, podczas gdy Stany Zjednoczone, po tym jak wojskowi poinformowali Trumpa, że nie ma już możliwości bezpiecznego atakowania z dystansu i konieczne byłoby użycie lotnictwa załogowego wiążące się z ryzykiem strat w ludziach, najwyraźniej nie miały apetytu na akceptację takiego ryzyka. Ocenił, że to kluczowy wniosek dla sojuszników USA, w tym Polski na wschodniej flance NATO, gdzie system bezpieczeństwa opiera się na założeniu o dominującej przewadze powietrznej państw NATO — przewaga ta, choć realna „na papierze”, wymaga gotowości do akceptowania ryzyka, tym bardziej w starciu z rosyjskimi systemami obrony powietrznej, które ocenił jako niegorsze, a być może nawet lepsze od irańskich.
Prowadzący zaproponował własną hipotezę dotyczącą przebiegu wydarzeń — zasugerował, że sekretarz Hegseth mógł nie wziąć pod uwagę konieczności wcześniejszego porozumienia się z państwami Zatoki Perskiej: Arabia Saudyjska, Oman czy Zjednoczone Emiraty Arabskie miały, jego zdaniem, wcześniej ostrzegać Waszyngton przed atakiem na Iran, ale administracja Trumpa miała zignorować te apele — zauważył, że dziś to właśnie przedstawiciele Arabii Saudyjskiej dzwonią do Trumpa, a ten przedłuża pewną formę zawieszenia broni, bo także Saudyjczykom zależy na spokoju w regionie, choćby na poziomie niezakłóconego ruchu lotniczego i turystyki w Dubaju. Budzisz odpowiedział, że nie chodzi mu o ocenę interesów wszystkich państw dotkniętych tymi działaniami, lecz o opisanie samej logiki amerykańskiej polityki i tego, jakie scenariusze Stany Zjednoczone są gotowe zaakceptować.
Z doświadczeń wojny z Iranem Budzisz wyciągnął kilka wniosków: po pierwsze, przewaga wojskowa w tradycyjnym rozumieniu sił i środków nie gwarantuje wygrania wojny — podobnie jak przewaga wojskowa Rosji nie dała Putinowi gwarancji zwycięstwa nad Ukrainą; po drugie, kluczowa jest ograniczoność zasobów, nie tylko systemów Patriot, ale też pocisków Tomahawk, systemów TAT czy broni precyzyjnego rażenia; po trzecie, najistotniejsza jest skłonność sojusznika amerykańskiego do akceptowania ryzyka, w tym ryzyka strat osobowych.
Asymetria ryzyka sojuszników i granice wsparcia dla Ukrainy
Budzisz podkreślił, że problemem nie jest brak zdolności technicznych po stronie sojuszników, lecz gotowość do ich użycia. Jako przykład podał kwestię danych do namierzania celów (targetingu) dla przekazanych Ukrainie rakiet powietrze-ziemia — zaprzeczył, jakoby Amerykanie przekazywali Ukrainie dane wywiadu elektronicznego i kosmicznego umożliwiające atakowanie celów na terytorium Rosji przy użyciu łączności satelitarnej Starlink, oceniając, że Stany Zjednoczone uznają taki scenariusz za potencjalnie eskalacyjny i zbyt ryzykowny dla własnych interesów. Zaznaczył, że Ukraina jest gotowa akceptować znacznie większe ryzyko eskalacyjne, w tym ryzyko użycia przez Rosję taktycznej broni jądrowej, podczas gdy kalkulacja Stanów Zjednoczonych jest zupełnie inna — co jego zdaniem oznacza, że nie można zakładać, iż wszystkie 32 państwa NATO mają tę samą stawkę ryzyka i ten sam interes strategiczny. Przypomniał w tym kontekście, że mimo bycia największym darczyńcą pomocy dla Ukrainy, Niemcy nie zdecydowały się przekazać jej rakiet Taurus.
Ocenił, że w ramach systemu sojuszniczego trzeba brać pod uwagę nie tylko to, czy dany sojusznik dysponuje określonymi zdolnościami, ale czy uzna za celowe ich użycie z powodów eskalacyjnych, ekonomicznych czy związanych z akceptacją własnych strat — czyli konieczne jest wspólne uzgodnienie tak zwanego protokołu proporcjonalności odpowiedzi. Jako przykład wskazał deklaracje wojskowych estońskich i łotewskich o gotowości odpowiedzi rakietowej na rosyjskie miasta w razie ataku na te kraje — zaznaczając, że choć na razie Estonia i Łotwa nie dysponują takimi zdolnościami, to nawet gdyby je posiadały, taka odpowiedź uznana za adekwatną z perspektywy Warszawy niekoniecznie byłaby tak samo postrzegana z perspektywy Paryża. Ocenił, że w Polsce zbyt optymistycznie zakłada się, iż artykuł 5 traktatu NATO i zobowiązania sojusznicze zadziałają automatycznie i w podobnej skali zaangażowania u wszystkich członków Sojuszu.
Rosja i pytanie o rzeczywisty stan negocjacji
Prowadzący zapytał, czy w kontekście amerykańskiej polityki wobec Rosji da się dostrzec podobny wzorzec — z jednej strony sygnały gotowości do rozmów z Moskwą, deklaracje o szybkim zakończeniu wojny, a nawet o strategicznej stabilności między Stanami Zjednoczonymi a Rosją, co daje Kremlowi pretekst do prób rozbicia jedności Zachodu, z drugiej strony gwałtowne zaostrzenie kursu, gdy Putin nie spełnia oczekiwań Trumpa — przywołał w tym kontekście przedłużone do 2027 roku sankcje senatora Lindseya Grahama oraz propozycje bardzo wysokich ceł i sankcji pojawiające się w Kongresie. Budzisz sprecyzował, że sankcje zapoczątkowane przez senatora Grahama nie zostały jeszcze uchwalone — głosowanie, które odbyło się w Senacie, odpowiada w praktyce pierwszemu czytaniu i skierowaniu projektu do dalszych prac w komisji, na wzór procedury znanej z polskiego parlamentu. Zaznaczył, że ostatnie słowo należy jeszcze do Izby Reprezentantów, która obecnie jest na wakacjach, więc jeśli sankcje w ogóle zostaną przyjęte — czego nie wykluczył — będzie to raczej kwestią września. Podkreślił, że w relacjach i negocjacjach między Stanami Zjednoczonymi a Rosją trzeba wyraźnie oddzielać sygnalizację strategiczną, czyli formułowanie scenariuszy mających skłonić drugą stronę do zasiadnięcia do stołu rokowań, od tego, co faktycznie się dzieje — dotychczasowa komunikacja strategiczna Waszyngtonu nie skłoniła Putina do rokowań na warunkach amerykańskich, tym bardziej ukraińskich.
Putin nie ma powodu iść na ustępstwa
Zapytany, czy oznacza to, że Putin kupuje czas i unika ustępstw, licząc na spadek zainteresowania Waszyngtonu Ukrainą, Budzisz odpowiedział, że pytanie w ogóle nie powinno dotyczyć tego, czy Putin unika ustępstw, tylko dlaczego miałby w ogóle o nich myśleć — jego zdaniem Putin jest przekonany, że wojnę z Ukrainą wygrywa, i ma ku temu wszelkie podstawy. Dopytany, czy ktokolwiek poza samym Putinem podziela to przekonanie, Budzisz ocenił, że każdy, kto rozsądnie i bezstronnie patrzy na sytuację na Ukrainie, dochodzi do wniosku, że to Rosja ma większe szanse wygrać tę wojnę niż ją przegrać — przywołał w tym kontekście podobną opinię wyrażoną ostatnio przez generała Wałerija Załużnego. Ocenił, że błędem, a wręcz złudzeniem, jest utożsamianie czasowego przejęcia inicjatywy przez stronę ukraińską ze zwycięstwem w całej wojnie. Przypomniał, że plan Zełenskiego zakładający wymuszenie na Putinie zasiadnięcia do stołu rokowań w ciągu 40 dni już dawno upłynął bez osiągnięcia zakładanego efektu, a wojna nadal trwa.
Odnosząc się do argumentu, że samo przetrwanie Ukrainy jako państwa — mimo prognoz mówiących o jego szybkim upadku na początku inwazji — można uznać za swego rodzaju zwycięstwo, Budzisz ocenił to jako opinię medialno-publicystyczną, nieopartą na realnej ocenie potencjałów obu państw. Zakwestionował tradycyjne rozumienie zwycięstwa jako zajęcia terytorium przeciwnika — ocenił, że współczesna wojna wcale takiego scenariusza nie zakłada: można prowadzić ograniczone działania na linii frontu, jednocześnie niszcząc z dystansu przy pomocy rakiet zdolność przemysłową i społeczną zaatakowanego kraju. Przywołał poglądy rosyjskich ekspertów wojskowych, którzy jeszcze przed wojną pisali, że rzeczywistym interesem strategicznym Rosji wobec Ukrainy niekoniecznie jest jej pełna inkorporacja — Budzisz nie wykluczył scenariusza, w którym Rosja dąży do przekształcenia Ukrainy w państwo bez zdolności demograficznej, społecznej i przemysłowej do wygenerowania jakiegokolwiek zagrożenia dla Federacji Rosyjskiej w przyszłości.
Dysproporcja potencjałów i strategia wyniszczenia
Zapytany, czy oznacza to, że Rosja nie musi szybko przełamywać frontu, a wystarczy jej stopniowe wyczerpywanie ukraińskich zasobów, Budzisz potwierdził, że Rosja dysponuje większymi zdolnościami atakowania z dystansu — podał przykład lipca, gdy Rosja użyła 190 rakiet balistycznych, z czego około 40 nie dotarło do celu lub zostało przechwyconych. Ocenił, że rachunek sił wciąż działa na korzyść Rosji: Ukraina to dziś, według ukraińskich demografów, kraj liczący około 28 milionów mieszkańców, podczas gdy Rosja liczy 143 miliony i dodatkowo może zwiększać swój potencjał wojskowy poprzez wsparcie sojuszników, takich jak Korea Północna — Ukraina takich sojuszników gotowych wysłać znaczące kontyngenty wojskowe nie posiada. Zaznaczył, że mechanizm ten zacząłby działać na korzyść Ukrainy dopiero wtedy, gdyby rosyjskie straty osobowe przewyższyły różnicę potencjałów demograficznych obu krajów — obecnie tak się nie dzieje.
Zapytany, dlaczego mimo przewagi potencjału Rosja zajmuje relatywnie niewielkie obszary terytorium — w lipcu było to 36 kilometrów kwadratowych — Budzisz wyjaśnił, że wynika to ze zmiany charakteru współczesnego pola walki, które jest dziś w pełni nasycone systemami bezzałogowymi i czujnikami, dającymi obu stronom niemal doskonałą przejrzystość sytuacji w czasie rzeczywistym. Opisał, że każdy oficer liniowy widzi na tablecie położenie przeciwnika, a systemy wspierane sztuczną inteligencją szybko generują opcje działania — to znacząco utrudnia koncentrację sił potrzebną do przełamania frontu. Wyjaśnił zjawisko tak zwanej infiltracji: żołnierze pokonują pieszo dystanse rzędu 20–30 kilometrów w małych, kilkuosobowych grupach, a linia frontu wcale nie przypomina gęsto obsadzonych okopów — według relacji ze strony ukraińskiej odległość między poszczególnymi żołnierzami może sięgać nawet 50–300 metrów, co pozwala na przenikanie przez pozycje obronne bez realnej zdolności do dokonania znaczących przełamań przez żadną ze stron.
Odnosząc się do doniesień o atakach na magazyny, rafinerie i centra logistyczne po obu stronach, Budzisz wskazał przede wszystkim na systematyczne niszczenie ukraińskiego systemu energetycznego — wszystkie elektrownie w kraju są, jego zdaniem, atakowane i w znacznej mierze uszkodzone, co może sprawić, że nadchodząca zima będzie jeszcze trudniejsza niż poprzednie, zgodnie z ocenami ukraińskich ekspertów. Ocenił, że skoro front stoi, a żadna ze stron nie ma woli zakończenia wojny, rośnie pokusa atakowania zaplecza i celów cywilnych w celu osłabienia funkcjonowania gospodarki i woli dalszego prowadzenia wojny — co jego zdaniem jest cechą charakterystyczną tej fazy konfliktu, a być może i współczesnej wojny w ogóle. Ostrzegł, że gdyby Rosja zaatakowała wschodnią flankę NATO, wcale nie musiałaby dokonywać klasycznego wtargnięcia terytorialnego — mogłaby ograniczyć się do ataków z dystansu, co czyniłoby kosztowne systemy obrony granicznej, takie jak budowana „tarcza wschodnia”, potencjalnie mniej przydatnymi niż się zakłada.
Opisując ewolucję rosyjskiego uzbrojenia, Budzisz zwrócił uwagę, że Rosjanie przerabiają dziś rakiety pierwotnie przeznaczone do systemów obrony powietrznej S-300 i S-400 tak, by mogły razić cele lądowe — w odróżnieniu od wcześniej używanych rakiet z głowicami penetracyjnymi, przeznaczonymi np. do niszczenia podziemnych fabryk, nowe głowice mają większy promień rażenia, co w praktyce oznacza celowe maksymalizowanie strat wśród ludności cywilnej i tłumaczy narastającą skalę ofiar po stronie ukraińskiej.
Digitalizacja jako prawdziwa zmiana jakościowa
Prowadzący zauważył, że skoro Europa wielokrotnie deklarowała, iż przekazała Ukrainie już właściwie wszystko, co miała, to być może największą zmianą na współczesnym polu walki jest po prostu postępująca „technologizacja” i „udronowienie” frontu. Budzisz uściślił to stwierdzenie — ocenił, że drony są jedynie tak zwanym efektorem, czyli narzędziem wykonawczym, a prawdziwą zmianą jakościową, o której trzeba mówić, jest digitalizacja: budowa baz danych oraz zdolność do przetwarzania ogromnych strumieni informacji ściąganych każdego dnia z pola walki. Wyjaśnił, że kluczowe znaczenie ma zdolność obserwacji, zbierania informacji, ich przetwarzania oraz dystrybucji z powrotem do miejsc, gdzie są potrzebne, a także odpowiedniego programowania samych efektorów — niezależnie od tego, czy chodzi o drona powietrznego, lądowego, morskiego, czy pojedynczego żołnierza wyposażonego dziś coraz częściej w kamerę noszoną na sobie.
Prowadzący dopytał, czy w takim razie Zachód dysponuje jakimkolwiek rozwiązaniem sprzętowym, które realnie mogłoby zmienić sytuację na froncie — przywołał wcześniejsze nadzieje ekspertów wiązane z przekazaniem Ukrainie kontroli nad przestrzenią powietrzną, szwedzkimi Gripenami, francuskimi Mirage’ami, a wcześniej z dostawami amerykańskich F-16, które miały być przełomowe. Budzisz odpowiedział, że problem nie polega na tym, czy dany sojusznik dysponuje odpowiednim sprzętem lub zdolnościami, lecz na jego gotowości do faktycznego użycia tych zdolności — to jest, jego zdaniem, zasadnicza różnica, o czym mówił już wcześniej w kontekście asymetrii ryzyka między Ukrainą a jej zachodnimi sojusznikami.
Rosnąca presja na wschodnią flankę NATO
Zapytany o narastające doniesienia o działaniach hybrydowych Rosji wobec państw bałtyckich i Polski — naruszenia przestrzeni powietrznej przez samoloty z wyłączonymi transponderami, presję na infrastrukturę krytyczną, w tym podwodne kable telekomunikacyjne i gazociągi, dezinformację i ataki cybernetyczne — oraz o tym, czy Polacy powinni się obawiać Rosji, Budzisz odpowiedział, że kluczowa jest świadomość, iż współczesna wojna różni się fundamentalnie od konfliktów sprzed choćby 20 lat. Wskazał trzy zasadnicze zmiany: po pierwsze, zniknie klasyczny podział na front i zaplecze — całe terytorium zaatakowanego państwa staje się celem uderzeń, a ataki z dystansu są bardziej prawdopodobne niż walki lądowe na wschodzie Polski; po drugie, przeciwnik będzie poszukiwał słabych punktów zarówno danego państwa, jak i całego systemu sojuszniczego, próbując osłabiać gotowość sojuszników do wzajemnej współpracy — co oznacza, że im bardziej dane państwo jest samodzielne i samowystarczalne, tym większa jego odporność; po trzecie, zatrze się granica między sferą wojskową a cywilną, a to właśnie sektor cywilny — w tym inżynierowie firm technologicznych rozwijający sztuczną inteligencję i systemy bezzałogowe — będzie odgrywał pierwszoplanową rolę w zdolnościach obronnych państwa.
Ocenił, że przeciwnik świadomie będzie uderzał w ludność cywilną, szukając słabych punktów — co już dziś wyraźnie widać na Ukrainie — i podkreślił, że każdy obywatel, niezależnie od tego, czy nosi mundur, będzie w praktyce uczestnikiem takiego konfliktu, a od jego indywidualnego przygotowania będzie zależało przetrwanie zarówno jego samego i rodziny, jak i całego państwa. Przywołał ostatnią wypowiedź generała Załużnego, że Ukraina otrzymała od państw NATO praktycznie wszystkie rodzaje broni z wyjątkiem broni jądrowej, lotniskowców i najbardziej zaawansowanych myśliwców F-35 — i na wszystkie te rodzaje uzbrojenia Rosja zdążyła już wypracować odpowiedź, co oznacza, że NATO nie powinno dziś zakładać posiadania znaczącej przewagi technologicznej nad Rosją.
Odnosząc się do pytania o konkretne zagrożone miejsca infrastruktury krytycznej w Polsce — wymienione przez prowadzącego lotnisko Chopina, mosty warszawskie, elektrociepłownie, sieci energetyczne czy oczyszczalnię Czajka — Budzisz ocenił, że listę tę można znacząco rozszerzyć, i przywołał niedawny przypadek znalezienia w Lipsku drona wyposażonego w ładunek wybuchowy — miasto to pełni rolę węzła logistycznego dla przerzutu ukraińskich samolotów transportowych i amunicji z Europy Zachodniej. Wskazał również na ponad 50 znalezionych w tym roku w Rumunii szczątków domniemanych rosyjskich systemów bezzałogowych, niedawny wybuch w Mołdawii oraz podobne wcześniejsze incydenty w Bułgarii, oceniając, że tego rodzaju scenariuszy można by wymieniać znacznie więcej.
Finlandia jako wzór samowystarczalności
Zapytany o porównanie z podejściem fińskim, Budzisz ocenił, że Finlandia znajduje się w lepszej sytuacji, ponieważ posiada rozwinięty system odpornościowy — nie tylko w postaci schronów, ale przede wszystkim zdolności do szybkiego skalowania własnej produkcji zbrojeniowej. Wyjaśnił, że przez lata Finlandia zamawiała w krajowych fabrykach dodatkowe moce produkcyjne, płacąc za ich utrzymanie, dzięki czemu dziś, w przeciwieństwie do Polski czy Ukrainy, nie musi czekać, aż amerykański koncern zbrojeniowy zbuduje nową fabrykę i zdecyduje się przekazać potrzebny sprzęt. Ocenił, że kluczowa różnica między Finami a Polakami polega na tym, że Finowie są przygotowani na scenariusz braku bezwarunkowego amerykańskiego wsparcia, podczas gdy Polska wciąż hołduje przekonaniu, że amerykański system rozszerzonego odstraszania (extended deterrence) w ostatecznym rozrachunku ją obroni — co jego zdaniem staje się coraz mniej prawdopodobne.
Braki w polskim systemie obrony
Budzisz przedstawił konkretne dane dotyczące polskich zdolności obrony powietrznej: Polska posiada dwie baterie systemów Patriot, z których każda pokrywa obszar odpowiedzialności rzędu 15 tysięcy kilometrów kwadratowych, czyli około jednej dziesiątej powierzchni kraju. Wskazał, że Polska dysponuje 208 rakietami przechwytującymi do tych baterii, z czego pięć przekazano Ukrainie, co daje w praktyce około 203–204 sztuk. Przy przyjmowanym standardowo założeniu, że do zneutralizowania jednej rakiety balistycznej przeciwnika potrzeba dwóch rakiet przechwytujących, oznacza to zdolność odparcia salwy rzędu stu rosyjskich rakiet balistycznych — a Rosja wystrzeliwuje miesięcznie ponad sto takich rakiet. Ocenił, że to założenie „dwa na jeden” jest już samo w sobie optymistyczne, skoro Arabia Saudyjska w trakcie wojny z Iranem zużywała przy jednym celu trzy, cztery, a nawet pięć rakiet przechwytujących — co według relacji ukraińskich obserwatorów budziło ich przerażenie marnotrawstwem zasobów. Podsumował, że posiadany dziś przez Polskę zasób nie pokrywa całości infrastruktury krytycznej kraju, a przy zmasowanym ostrzale z dystansu pozwoliłby wytrzymać co najwyżej około miesiąca.
Zaznaczył, że nawet zakończenie wojny na Ukrainie nie zmieni tego zagrożenia — Rosja nie przekształci się „z dnia na dzień w anioła pokoju” i będzie nadal produkować rakiety oraz pozyskiwać systemy od Korei Północnej, a być może i Iranu, który przed swoją wojną dysponował szacunkowo 3000 rakiet balistycznych różnych typów i wciąż utrzymuje zdolności produkcyjne. Zaapelował, by polscy obywatele domagali się od rządzących odpowiedzi, jaki scenariusz odstraszania i obrony przed takim zagrożeniem faktycznie istnieje, skoro same systemy Patriot nie wystarczą. Odnosząc się do niedawnego incydentu z rosyjską rakietą, która eksplodowała na polskim polu, ocenił, że nie należy z tego wyciągać alarmistycznych wniosków — nawet najbardziej zaawansowane systemy obrony powietrznej, w tym izraelska „kopuła”, nigdy nie są w 100 procentach szczelne (izraelski system zakładał, że około 40 procent rakiet i tak nie zostanie przechwyconych, spadając na tereny niezabudowane) — ale podkreślił, że obywatele muszą mieć tego świadomość, zamiast być uspokajani fałszywymi zapewnieniami o pełnym bezpieczeństwie. Zwrócił też uwagę na aspekt ekonomiczny: jedna rakieta systemu Patriot kosztuje około 4,5 miliona dolarów, podczas gdy irański dron typu Szahed czy jego rosyjski odpowiednik Geran kosztuje 100–120 tysięcy dolarów — co oznacza, że w dłuższej wojnie na wyniszczenie to broniący się wyczerpałby się ekonomicznie szybciej niż przeciwnik.
Potrzeba powszechnej obrony cywilnej
Budzisz ocenił, że konieczne jest zbudowanie systemu odporności państwa na wzór rozwiązań fińskich czy bałtyckich — systemu powszechnego, obejmującego wszystkich obywateli, a nie tylko już przeszkolone służby, takie jak straż pożarna. Jako przykład podał Estonię, gdzie obrona cywilna funkcjonuje jako odrębna, umundurowana służba podległa dowództwu o charakterze wojskowym (choć formalnie niewchodząca w skład sił zbrojnych), licząca 35 tysięcy ludzi przy populacji 1,4 miliona mieszkańców — co w przeliczeniu na Polskę oznaczałoby potrzebę co najmniej miliona przeszkolonych instruktorów obrony cywilnej, obecnych w każdej gminie, czego dziś w Polsce brakuje. Skrytykował decyzję o wydaniu 58 milionów złotych na papierowy poradnik bezpieczeństwa rozsyłany pocztą, porównując go z bezpłatnym poradnikiem opracowanym wcześniej przez think-tank Strategy&Future, możliwym do bezpłatnego pobrania przez internet.
Na pytania prowadzącego o osobiste przygotowanie na sytuacje kryzysowe Budzisz odpowiedział, że mieszkając pod Warszawą, dysponuje własnym ujęciem wody, co czyni go w tym zakresie niezależnym. Odniósł się też do koncepcji tzw. cyfrowego zaplecza obywatelskiego (back-office) — ocenił, że każdy obywatel powinien mieć od państwa gwarancję możliwości bezpiecznego przechowywania na zabezpieczonych serwerach, najlepiej zlokalizowanych choćby w polskich placówkach dyplomatycznych za granicą, kluczowych dokumentów dotyczących majątku, zdrowia i tożsamości, tak by dostęp do nich pozostał zapewniony niezależnie od rozwoju sytuacji kryzysowej. Zapytany o rekomendowany czas, na jaki gospodarstwo domowe powinno mieć zgromadzone zapasy, wskazał, że w Europie funkcjonują zasadniczo dwie szkoły myślenia — Szwajcarzy mówią o trzech dobach, Szwedzi o tygodniu — i ocenił, że gospodarstwo domowe powinno być w stanie przetrwać około tygodnia bez wody, zaopatrzenia, łączności i prądu, zanim państwo zdoła wrócić do normalnego funkcjonowania po wybuchu ewentualnego kryzysu.
Rozmowę przeprowadził prowadzący programu „perTraktacje i Podróż bez paszportu”. Gościem był Marek Budzisz, analityk Strategy&Future. Materiał opublikowany na kanale „perTraktacje i Podróż bez Paszportu” na YouTube pod tytułem „Putin wygrywa wojnę. Brutalna prawda. Co czeka Polskę? Nowy wymiar zagrożenia | Marek Budzisz”. Opublikowany 12 sierpnia 2026.





![Rusyfikacja Mariupola | ARTE.tv Dokumenty [LEKTOR PL]](https://e-ukraina.pl/wp-content/uploads/2026/03/69b459017a542.jpg)




![Ukraina: Gra wojenna [Dokument ARTE.tv]](https://e-ukraina.pl/wp-content/uploads/2026/04/69efddbfec624.jpg)