Prof. Motyka w „Bojke Rozmawia”: te same dokumenty, inne wnioski — dlaczego historycy z Polski i Ukrainy nie potrafią się porozumieć w sprawie Wołynia

Prof. Grzegorz Motyka, dyrektor Wojskowego Biura Historycznego i współautor książki „Gry pamięcią”, był gościem Arlety Bojke w programie „Bojke Rozmawia” na kanale „Koniec Świata”. Tematem rozmowy był trwający od trzech dekad spór historyczny między Polską a Ukrainą wokół zbrodni wołyńskiej oraz to, dlaczego – mimo dostępu do tych samych źródeł – polscy i ukraińscy historycy dochodzą do skrajnie różnych wniosków.

Nie „Wołyń”, a antypolska akcja UPA – definicja i skala

Historyk zwrócił uwagę, że powszechnie używane określenie „Wołyń” jest w istocie skrótem myślowym, który zawęża problem wyłącznie do jednego regionu, podczas gdy w rzeczywistości chodzi o antypolską akcję Ukraińskiej Powstańczej Armii przeprowadzoną od 9 lutego 1943 roku do 18 maja 1945 roku – od wymordowania wsi Parośle przez sotnię dowodzoną przez Hryhorija Perehiniaka „Korobkę”, po ostatnią zaatakowaną miejscowość Borodycę na Lubelszczyźnie, częściowo spaloną i wymordowaną przez sotnię „Wilki”. Profesor określił to jako gigantyczną operację czystki etnicznej obejmującą obszar kilku przedwojennych województw II Rzeczpospolitej.

Ukraińska doktryna państwowa neguje zorganizowany charakter zbrodni

Zapytany, jak na taki opis reagują ukraińscy historycy, Motyka wyjaśnił, że zgodnie z ukraińską doktryną państwową wypracowaną od 2003 roku neguje się zorganizowany charakter działań UPA – mówi się co najwyżej o wojnie polsko-ukraińskiej, w której obie strony popełniały zbrodnie, a nie o masowych, planowych mordach na ludności polskiej. Wskazał, że w ostatnich tygodniach, po decyzji prezydenta Ukrainy o nadaniu jednej z jednostek wojskowych imienia dowódców UPA, w przestrzeni medialnej – zarówno ukraińskiej, jak i polskiej – pojawiła się fala fałszywych twierdzeń, w tym najczęstsze: jakoby za zbrodnię odpowiadali wyłącznie pojedynczy dowódcy i oddziały, a nie całe kierownictwo formacji. Profesor stanowczo to zdementował, wskazując, że rozkazy w UPA wychodziły od góry do dołu, a odpowiedzialność za czystki spoczywa na całym kierownictwie organizacji.

25 maja jako cezura – koniec szansy na dialog

Kluczowym momentem rozmowy było wskazanie przez Motykę daty 25 maja 2026 roku jako granicznej. Do tego dnia – jak przyznał – wierzył, że możliwe jest wypracowanie w drodze dialogu historyków pewnego pola kompromisu. Decyzję prezydenta Zełenskiego o nadaniu jednostce wojskowej imienia bohaterów UPA ocenił jako sygnał, że państwo ukraińskie nie jest już zainteresowane takim dialogiem. Stwierdził, że obecnie mamy do czynienia z konfliktem dwóch polityk historycznych: zdecydowanej i „dość agresywnej medialnie” polityki ukraińskiej oraz polskiej polityki historycznej, która – jego zdaniem – ma za sobą racje moralne i historyczne, ale jednocześnie od dawna stara się nie szkodzić ukraińskim aspiracjom niepodległościowym. Ocenił, że dzisiejsze ukraińskie elity, przekonane o trwałym zachowaniu niepodległości mimo wojny, mogły uznać, że stać je na otwarty spór historyczny z Polską.

AK a UPA – dlaczego zrównanie tych formacji jest fałszem

Profesor zdecydowanie odrzucił pojawiające się – także w polskiej przestrzeni publicznej – porównania Armii Krajowej do UPA. Podkreślił, że w przypadku AK mowa jest o zamachu na Franza Kutscherę i powstaniu warszawskim, a nie o masowych mordach na ludności cywilnej. Stawianie znaku równości między obiema formacjami uznał za wyjątkowo naiwne ze strony polskich publicystów, którzy – w przeciwieństwie do Ukraińców – mają obowiązek znać historię własnej formacji niepodległościowej. Sprostował przy tym twierdzenie, jakoby żołnierze 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK organizujący seminaria „Polska-Ukraina: trudne pytania” akceptowali takie porównanie – przypomniał, że gdy na jedno z takich spotkań zaproszono ostatniego dowódcę UPA Wasyla Kuka, żołnierze AK natychmiast zaprotestowali i zagrozili zerwaniem dalszych seminariów.

Dlaczego nie da się zestawiać zbrodni różnej skali

Motyka wyjaśnił, że problem ze zbrodnią wołyńsko-galicyjską polega na tym, iż spełnia ona definicję ludobójstwa w rozumieniu polskiego prawa, a zestawianie jej z pojedynczymi zbrodniami wojennymi mniejszej skali jest zestawianiem zjawisk niewspółmiernych – porównał to do stawiania znaku równości między brytyjskimi bombardowaniami niemieckich miast a zbrodniami hitlerowskich Niemiec. Argumentował, że milczenie o zbrodni w praktyce ją usprawiedliwia, a każde usprawiedliwianie masowej zbrodni jest moralnie niebezpieczne, bo może zachęcać przyszłych sprawców do traktowania takich metod jako naturalnego narzędzia polityki.

Mechanizmy relatywizacji – porównanie do innych ludobójstw

Historyk zauważył, że sposoby, w jakie strona ukraińska usprawiedliwia zbrodnie UPA, są uderzająco podobne do mechanizmów stosowanych przez sprawców innych ludobójstw – przywołał przykład tureckiego stosunku do zbrodni na Ormianach, a także przypadki relatywizowania w polskich publikacjach IPN zbrodni popełnionej przez kapitana Romualda Rajsa „Burego” na Białostocczyźnie na ludności prawosławnej. Wskazał na powtarzalny schemat argumentacyjny: kwestionowanie wiarygodności źródeł, sugerowanie potrzeby dalszych badań, przypisywanie winy ofiarom lub okolicznościom.

Jak narody wybierają sobie bohaterów – przykład „Inki”

Odnosząc się do pytania o to, dlaczego pamięć historyczna różnych narodów o tych samych wydarzeniach bywa rozbieżna, Motyka wskazał na zjawisko, które określił jako naturalne: każdy naród wybiera sobie z historii kanon postaci uznanych za ważne dla własnej tożsamości, czasem oddolnie – z inicjatywy samych obywateli, do której później dołącza się państwo. Jako przykład podał postać Danuty Siedzikówny „Inki”, łączniczki podziemia niepodległościowego, o której – jak przyznał – w latach dziewięćdziesiątych niemal nikt nie słyszał, a on sam z pewnym niedowierzaniem przyjmował informacje o jej losach, gdy zaczął o niej mówić Instytut Pamięci Narodowej na początku XXI wieku. Opisał swoje zaskoczenie, gdy natrafił w Krakowie na niewielkim skwerze na trzy popiersia: Karola Wojtyły, kardynała Franciszka Macharskiego i właśnie Inki – co jego zdaniem dobrze pokazuje, jak duży ciężar symboliczny zdołała z czasem zyskać ta postać. Zaznaczył, że tego rodzaju proces wyboru bohaterów jest naturalny i uniwersalny – Polacy, Ukraińcy, Francuzi czy Niemcy będą patrzeć inaczej na te same wydarzenia – i sam w sobie nie budzi jego zastrzeżeń.

Ewolucja ukraińskiego stanowiska – od niepewności do zorganizowanej narracji

Profesor opisał zmianę charakteru ukraińskiej narracji: kilkanaście-dwadzieścia lat temu dominowało twierdzenie o niedostatecznej liczbie źródeł i świadków, natomiast po przyjęciu doktryny państwowej podczas obchodów 60. rocznicy zbrodni wołyńskiej (organizowanych przez prezydentów Kwaśniewskiego i Kuczmę) urzędy państwowe zaczęły zniechęcać do innych interpretacji. Po uznaniu przez ukraiński parlament w 2015 roku OUN i UPA za formacje niepodległościowe nasilił się, jego zdaniem, program relatywizacji i pomniejszania zbrodni na Polakach.

Spór o liczbę ofiar i metodologię projektu z Lwowa

Motyka przedstawił szczegółowo polskie szacunki liczby ofiar: od 80 do 100 tysięcy według różnych metod liczenia, przy czym IPN podaje liczbę 120 tysięcy, budzącą pewne wątpliwości metodologiczne. Sam profesor proponuje mówić o około 100 tysiącach ofiar polskich, z marginesem błędu rzędu kilku-kilkunastu tysięcy. Odniósł się do ukraińskiego projektu liczenia strat, prowadzonego od 2018 roku na Ukraińskim Uniwersytecie Katolickim we Lwowie pod kierunkiem prof. Ihora Hałagidy, który podaje liczbę ponad 30 tysięcy ofiar polskich. Wyjaśnił, że przy zastosowaniu spójnej metodologii liczba ta – po odjęciu ofiar zaliczanych błędnie do polskiej strony (m.in. osób zabitych przez Polską Policję Pomocniczą działającą na rozkaz niemiecki, które powinny być liczone jako ofiary niemieckie, a nie polskie) – spadłaby do kilkunastu tysięcy, zbliżając się do polskich ustaleń akademickich. Podkreślił przy tym, że po ośmiu latach działania ten sam projekt nie opublikował dotąd żadnej pracy dotyczącej samych ofiar polskich, ograniczając się do twierdzeń, że polskie szacunki są zawyżone.

Zwrócił uwagę na paradoks: gdyby zastosować do polskiej strony te same, szersze kryteria metodologiczne, jakie ukraińscy badacze stosują wobec ofiar ukraińskich (np. licząc ofiary pośredniego udziału jakiejkolwiek osoby danej narodowości w akcji pacyfikacyjnej jako odpowiedzialność całej „strony narodowej”), to liczba ofiar polskich gwałtownie by wzrosła – i doprowadziłoby to np. do absurdalnego przypisania Ukraińcom pełnej odpowiedzialności za wymordowanie ponad stu tysięcy mieszkańców Warszawy podczas powstania warszawskiego, tylko dlatego że w korpusie ekspedycyjnym von dem Bacha-Zelewskiego służyło około 1000-1500 Ukraińców.

Wyjątek: Janowa Dolina

Profesor przywołał niemal jedyny udokumentowany przypadek, w którym samo dowództwo UPA przyznało się do zbrodni w oficjalnej prasie – atak na Janową Dolinę w kwietniu 1943 roku, gdzie zginęło około 600 Polaków. Wyjaśnił, że banderowska prasa opisała to jako zniszczenie „niemiecko-polskiego gniazda”, ponieważ Janowa Dolina, wybudowana za czasów wojewody Henryka Józewskiego jako nowoczesna osada robotnicza przy kopalni bazaltu, nazywana „Wołyńską Gdynią”, była symbolem sukcesu polskiej administracji, którym UPA chciała się otwarcie pochwalić.

Hipoteza planu z 1938 roku a spór z Wiatrowyczem

Motyka przedstawił swoją interpretację, według której koncepcja masowych czystek etnicznych powstała już w 1938 roku, a dowódca OUN-B i UPA na Wołyniu Dmytro Klaczkiwski „Kłym Sawur” miał znać ten plan i wcielić go w życie w 1943 roku. Odwołał się przy tym do dydaktycznego porównania, którego używał jako wykładowca: tak jak koledzy i koleżanki rozstającej się pary opowiadają o zerwaniu związku w zupełnie różny sposób mimo obserwowania tych samych wydarzeń, tak historycy dysponujący tym samym, niepełnym materiałem źródłowym mogą dochodzić do odmiennych wniosków. Przyznał, że były szef ukraińskiego IPN Wołodymyr Wiatrowycz i inni historycy ukraińscy kwestionują wniosek o planie z 1938 roku jako niepopartą bezpośrednimi dowodami hipotezę.

Mimo tego sporu profesor podkreślił, że mimo radykalnie odmiennych poglądów utrzymuje z Wiatrowyczem kontakt i dialog, porównując tę relację do rywalizujących ze sobą, ale wzajemnie się szanujących po zakończeniu debaty publicznej polityków.

Dysproporcja przykładów – „Bury” kontra ponad sto sotni

Motyka zwrócił uwagę na nieuczciwość argumentacyjną części głosów po stronie ukraińskiej, które dla zrównoważenia dyskusji o zbrodniach UPA przywołują pojedynczy przykład polskiego zbrodniarza – kapitana Romualda Rajsa „Burego” – sugerując, że skoro po polskiej stronie „też był Bury”, to i po ukraińskiej trafiali się pojedynczy zbrodniczy dowódcy. Profesor podkreślił, że odpowiednikiem „Burego” na Wołyniu i w Galicji był w istocie każdy dowódca sotni UPA, a takich sotni było ponad sto. Zaznaczył przy tym, że po stronie polskiej nie ma odpowiednika Kłyma Sawura czy Romana Szuchewycza – dowódców, którzy wydawali rozkazy jasno stwierdzające, że dla Polaków mieszkających na Wołyniu i w Galicji Wschodniej „nie ma miejsca” i że muszą wyjechać albo zginąć.

Ekshumacje i niepochowani zmarli

Rozmówcy poświęcili uwagę kwestii ekshumacji. Motyka ocenił je jako konieczne, ponieważ bez nich niemożliwy jest proces oczyszczenia pamięci, o który apelował papież Jan Paweł II we Lwowie ponad dwie dekady temu. Podkreślił, że ofiary zbrodni sprzed 80 lat wciąż pozostają niepochowane, co budzi niepokój wśród rodzin i utrudnia zamknięcie żałoby – od upadku komunizmu, czyli od 35 lat, próby ich pochówku napotykają opór.

Czy polska polityka historyczna wobec Wołynia „dopiero się zaczęła”?

Prowadząca postawiła tezę, że w Polsce temat Wołynia przez dekady był raczej spychany na margines za sprawą oddolnych działań środowisk kresowych, a kolejni prezydenci wolieli „przykryć grubą poduszką” ten problem, aż w końcu wybuchł on w obecnej formie. Motyka zdecydowanie się z tą oceną nie zgodził, nazywając ją zbyt populistyczną. Ocenił, że taki obraz byłby trafny co najwyżej do 2002-2003 roku, czyli do 60. rocznicy zbrodni wołyńskiej, kiedy to prezydent Aleksander Kwaśniewski w swoim przemówieniu po raz pierwszy wprost użył określenia „zbrodnia ludobójstwa”.

Przyznał, że od tego momentu polska polityka historyczna bywała niekonsekwentna – jak to ujął, „krok w tył, dwa kroki do przodu, czasem dwa i pół do tyłu” – z obawy przed zaszkodzeniem ukraińskim aspiracjom niepodległościowym, jednak wskazał na co najmniej kilka uchwał sejmowych od 2009 roku, które konsekwentnie określały wydarzenia na Wołyniu jako noszące znamiona ludobójstwa lub wprost jako ludobójstwo, co – jego zdaniem – świadczy o determinacji dużej części polskiego społeczeństwa, by nie oddać tego tematu.

Polskie gesty wobec Ukrainy – Sachryń i Akcja Wisła

Motyka przywołał przykłady polskiej otwartości: uznanie zbrodni w Sachryniu (ukraińskiej wsi wymordowanej przez Polaków) oraz kwalifikowanie Akcji Wisła jako zbrodni komunistycznej w rozumieniu ustawy o IPN. Zaznaczył, że mimo oporu części polskich środowisk narodowych stosujących podobne techniki relatywizacji jak strona ukraińska, polska historiografia wypracowała szereg publikacji poświęconych z empatią pojedynczym zbrodniom na ludności ukraińskiej (Wierzchowice, Sachryń, Piskorowice), podczas gdy po stronie ukraińskiej – jego zdaniem – brakuje analogicznych prac poświęconych ofiarom polskim.

Osobiste doświadczenia – krytyka z obu stron

Profesor podzielił się osobistymi anegdotami ilustrującymi złożoność sporu. Opowiedział o krytyce ze strony środowisk kresowych sprzed dwudziestu lat, gdy był oskarżany o „proukraińskość” za stwierdzenie, że Akcja Wisła była zbrodnią, a UPA walczyła również z Sowietami – jeden z działaczy kresowych domagał się nawet jego dyscyplinarnego zwolnienia z IPN, choć później, po publicznej dyskusji, w prywatnej rozmowie zasygnalizował mu wzajemny szacunek mimo różnicy poglądów. Przywołał też sytuację z 2014 roku, gdy na zamkniętej konferencji zaproponował wypracowanie do 2018 roku (75. rocznicy zbrodni) wspólnej formuły potępienia – spotkało się to z ostrą krytyką zarówno ze strony ukraińskiej, jak i jednego z polskich publicystów, który zarzucił mu instrumentalne wykorzystywanie tematu Akcji Wisła do obciążania Ukraińców, co Motyka odebrał jako szczególnie bolesne, ponieważ sam siedem lat wcześniej odszedł z IPN w proteście przeciwko zakazowi wygłoszenia referatu kwalifikującego Akcję Wisła jako zbrodnię komunistyczną.

Brutalność metod jako element strategii

Na pytanie o wyjątkową brutalność mordów (użycie siekier, wideł, łomów) profesor wyjaśnił, że przedwojenna koncepcja czystki etnicznej celowo przybrała formę pozorującą spontaniczny bunt ludowy w stylu dawnych powstań kozackich, by ukryć zorganizowany charakter akcji i jej rzeczywistych organizatorów. Podkreślił, że nie odnaleziono ani jednej polskiej wsi wymordowanej przez faktycznie zrewoltowanych chłopów ukraińskich – zawsze udaje się ustalić związek sprawców z OUN-B i UPA.

Czego Polska powinna oczekiwać od Ukrainy

Zapytany, jaki cel powinna mieć polska polityka historyczna, Motyka stwierdził, że oczekiwanie usunięcia kultu Stepana Bandery czy symboliki UPA z przestrzeni publicznej Ukrainy jest iluzoryczne, ponieważ stanowi to trwały element ukraińskiej tożsamości narodowej. Uznał natomiast za realistyczny i konieczny cel doprowadzenie do uznania przez państwo ukraińskie, że OUN-B i UPA dopuściły się zorganizowanej zbrodni na Polakach – nie oczekuje potępienia całej formacji, lecz przyznania faktu zbrodni.

Kto „gra pamięcią” bardziej

Nawiązując do tytułu swojej książki, profesor ocenił, że obie strony prowadzą politykę historyczną instrumentalnie, ale najbardziej tracą na tym ci, którzy nie zdają sobie sprawy, że w tę grę są uwikłani. Ocenił, że strona ukraińska prowadzi bardziej skoordynowaną kampanię informacyjną wspierającą swoją politykę historyczną, podczas gdy po stronie polskiej panuje raczej niedowierzanie, że taką politykę w ogóle da się skutecznie prowadzić.

Podziw dla Ukrainy i krytyka polskiego protekcjonalizmu

Motyka wyraził głęboki podziw dla zorganizowania i determinacji Ukraińców, krytykując jednocześnie postawę części polskich środowisk deklarujących się jako proukraińskie, a w istocie protekcjonalnych wobec Ukrainy. Przywołał anegdotę o ukraińskim dyplomacie w Kijowie, który lekceważąco zareagował na jego opinię o sprawności ukraińskiej polityki historycznej, twierdząc, że „w tym państwie nic nie działa” – profesor porównał tę postawę do błędnej kalkulacji samego Władimira Putina sprzed inwazji w 2022 roku, który również nie docenił sprawności państwa ukraińskiego.

Zakończenie: brak kompromisu, ale nadzieja na sąsiedztwo

Podsumowując, Motyka stwierdził, że nie widzi w najbliższej przyszłości możliwości pogodzenia stanowisk w sporze o politykę historyczną, ale wyraził nadzieję, że Polska i Ukraina będą mogły dalej sąsiadować ze sobą jako wolne i równe państwa, dyskutując otwarcie o trudnych fragmentach wspólnej historii, nawet się w nich nie zgadzając. Bojke, zamykając rozmowę, podkreśliła, że dyskusja na ten temat toczy się także na Ukrainie i zachęciła widzów do dzielenia się własnymi głosami w komentarzach.


Rozmowę przeprowadziła Arleta Bojke. Program dostępny na kanale Koniec Świata – Arleta Bojke na YouTube, liczącym dwieście osiemdziesiąt siedem tysięcy subskrybentów. Opublikowany 3 lipca 2026.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *