Świadek rzezi w Kisielinie w Super Expressie: Siedziałam przy ojcu, z jego ran płynęła struga krwi. Ukraińcy odeszli ze śpiewem

Karolina Pajączkowska rozmawiała z Teodorą Zglinieczką — kobietą, która jako sześciolatka przeżyła rzeź w Kisielinie 11 lipca 1943 roku — oraz z dyrektorką Muzeum Pamięci Ofiar Rzezi Wołyńskiej w Chełmie.

Krwawa Niedziela w Kisielinie

11 lipca 1943 roku pięćusetosobowa grupa banderowców napadła na Kisielin, mordując 300 osób — głównie uczestników nabożeństwa w miejscowym kościele. Tego dnia na Wołyniu zaatakowano jednocześnie 99 wsi.

Teodora Zgliniecka miała wówczas niepełne sześć lat. Razem z ojcem, dziadkiem i babcią pojechała do kościoła — mama z dwiema siostrami i kuzynem zostali w domu. W trakcie mszy w kościele zaczął się szum — ludzie szeptem przekazywali sobie wiadomość, że Ukraińcy otoczyli kościół dookoła. Część próbowała uciekać, padły strzały, ludzie zaczęli się chować. Ojciec wziął Teodorę na ręce, uklęknął przy głównym ołtarzu i zaczął się modlić.

Gdy przenieśli się do zakrystii, ojciec został postrzelony w brzuch. Upadł przy schodach na strych. Prosił stojących obok mężczyzn, żeby go dobili, bo wiedział, że jak wejdą Ukraińcy, to kuli będą żałować. Teodora stała przy nim — z jego ran płynęła struga krwi w jej kierunku. Zaczęła się cofać. Ktoś powiedział przyciszonym, ale zdecydowanym głosem: niech ktoś zabierze to dziecko. Nie pamięta jak, ale znalazła się na strychu.

Kilkanaście godzin na strychu

Na strychu ukrywało się wielu ludzi — razem z babcią Teodory. Ukraińcy podpalili drewniane schody. Mężczyźni oddawali mocz do wiader i polewali drzwi, żeby się nie spaliły. Upowcy dostawili drabiny i wrzucili granat przez okienko — ten się zakręcił w kółko, nie wybuchł, jeden z mężczyzn złapał go i wyrzucił na zewnątrz. Słychać było krzyki na dole.

Przez kilkanaście godzin — bez wody i jedzenia — słyszeli krzyki mordowanych ludzi, strzały, głosy spędzanych pod dzwonnicę ofiar. Babcia płakała i powtarzała: ja już nie mam syna, ja już nie mam syna. Nie wiedzieli co stało się z dziadkiem — zginął, choć nie wiadomo jak.

Nad ranem zaczął padać obfity deszcz. Ukraińcy zrezygnowali z dobijania się i odeszli — ze śpiewem. Dopiero o świcie, gdy deszcz przestał padać i nikt nie reagował na wyrzucane przez okienko przedmioty, mężczyźni zaczęli spuszczać ludzi na zewnątrz na linie z pętlą na stopę. Teodorę wyspuszczono w ten sposób — było jej bardzo zimno, z wyczerpania i rosy.

Ucieczka i śmierć babci

Rodzina wróciła do domu, ale już niedługo. Po dwóch napadach na Adamówkę — wieś, gdzie się ukrywali — zdecydowali się na ucieczkę na zawsze. Babcia odmówiła ucieczki — mówiła, że dom to dorobek życia jej męża i nie odejdzie. Została zamordowana przy domu, razem z sąsiadką, która do niej przyszła.

Mama z czwórką dzieci uciekła świtem, po drugim napadzie. Na drodze spotkali mężczyznę siedzącego na koniu — mówił, że nic mu się nie stanie, bo on tylko pracuje. Ukraińcy głosili, że kto nie robi nic złego, będzie bezpieczny. To był podstęp. Usłyszeli strzał — mężczyznę zastrzelono.

Nigdy nie wrócili do domu. Teodora nie wróciła tam do dziś.

Trauma trwa pokoleniami

Teodora Zgliniecka przyznała, że te przeżycia odcisnęły się na całym jej życiu. Gdy mówi na ten temat, dostaje dreszcze i jeży się włos. Powiedziała wprost, że słowo Ukrainiec trudno jej przechodzi przez gardło — tak to w niej pozostało. Wyraziła wątpliwość, czy czuje, żeby Ukraińcy chcieli pojednania. Słyszała, że pojednanie przyjdzie gdy odejdą tacy jak ona — bo następne pokolenia zapomną.

To jej zdaniem smutna i nieprawdziwa perspektywa.

Muzeum w Chełmie — dotacja odebrana

Dyrektorka Muzeum Pamięci Ofiar Rzezi Wołyńskiej w Chełmie opisała historię tej instytucji. W listopadzie 2023 roku Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego przekazało dotację, zawierając umowę o współprowadzeniu muzeum. W styczniu 2024 roku umowa i dotacja zostały wypowiedziane — oficjalnym powodem był brak środków na realizację wielomilionowych zobowiązań. Muzeum miało być jedyną w Polsce placówką w całości poświęconą rzezi wołyńskiej.

Dyrektorka wyraziła rozczarowanie — idea została przekreślona zanim zdążyła się rozwinąć, bez pytania o planowany scenariusz wystawy. Zaznaczyła, że muzeum nie miało być krwawym rozliczaniem — chodziło o miejsce, gdzie każda ofiara będzie nazwana z imienia i nazwiska.

Zwróciła też uwagę, że minister spraw zagranicznych nieprzychylnie zareagował na ustanowienie przez Sejm 11 lipca Dniem Pamięci Pomordowanych na Wołyniu — mówiąc, że nie czas na rozliczenia bo trwa wojna. Jej odpowiedź: a co było dookoła gdy mordowano Polaków na Wołyniu? Też była wojna. Na takie rozliczanie nigdy nie będzie dobrego czasu — zawsze znajdzie się powód by mówić nie teraz.

Ekshumacje — za mało i za wolno

Dyrektorka mówiła o stanie ekshumacji ofiar. Od 2017 roku Ukraina utrudniała te prace, co było źródłem napięć polsko-ukraińskich. Przełomem była zgoda w 2024 roku na ekshumację jednego dołu śmierci w miejscowości Późniki. Dyrektorka oceniła to jako wyciągnięcie ręki — ale zarazem jako absolutnie niewystarczające. Na Wołyniu jest około półtora tysiąca miejscowości, w których dokonywano zbrodni, i szacunkowo nawet dziesięć tysięcy dołów śmierci.

Edukacja — w polskich i ukraińskich podręcznikach brakuje prawdy

Dyrektorka stwierdziła, że w polskich podręcznikach do historii temat rzezi wołyńskiej jest marginalnie i szablonowo potraktowany — młodzież nie ma pełnego dostępu do informacji, które powinna mieć. W szkołach ukraińskich temat w ogóle nie istnieje. Bez edukacji po obu stronach trudno o pojednanie — ale warunkiem pojednania jest przepracowanie traumy, a nie jej przemilczanie. Musimy o tym temacie rozmawiać, nawet jeśli jest bolesny i rozdrapuje rany — tylko wtedy jest szansa na wzajemne zrozumienie.


You may also like

Strona 1 z 76
Strona 1 z 76

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *