Trump potrzebuje kapitulacji Ukrainy, bo czeka na niego rosyjski biznes — dr Agnieszka Bryc w Kulturze Liberalnej
Dr Agnieszka Bryc, politolożka z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu specjalizująca się w polityce zagranicznej Rosji i współprowadząca podcastu Raport Międzynarodowy w Onecie, była gościnią Jakuba Bodzionego w wideopodcaście Kultury Liberalnej. Badaczka uważa, że Donald Trump od dawna chce, by Ukraina przegrała wojnę. Jej zdaniem za jego polityką wobec Rosji stoją przede wszystkim prywatne interesy prezydenta, jego rodziny i przyjaciół. Rosjanie położyli na stole dwie oferty warte po kilkadziesiąt miliardów dolarów: przejęcie operatora Nord Stream 2 i zagranicznych aktywów Łukoilu. Warunkiem ich realizacji jest zatrzymanie frontu i faktyczna kapitulacja Kijowa. Bryc nie wierzy jednak, by Waszyngtonowi udało się złamać Ukrainę. Ostrzega też, że większym zagrożeniem dla Europy może się okazać następca Trumpa, J.D. Vance.
Sympatia do dyktatorów i rosyjskie Eldorado
Bodziony przypomniał ostatnie decyzje Trumpa: zawieszenie części sankcji, import rosyjskiego oleju napędowego, ostrą krytykę Wołodymyra Zełenskiego i sugestie, że Ukraina powinna mieć innego prezydenta. Zapytał, czy Trump chce przegranej Ukrainy. Bryc odpowiedziała, że takie wrażenie ma nie od dziś i nie wynika ono wyłącznie z obecnego porozumienia w sprawie diesla. Paradoksalnie niezmienna sympatia Trumpa do Rosji i Władimira Putina ma jej zdaniem kilka źródeł. Pierwszym jest trwała sympatia do podobnych sobie: dyktatorów, twardych facetów i polityków niedemokratycznych.
Drugim źródłem jest sentyment do rynku rosyjskiego z czasów, gdy Trump robił wielkie interesy w latach 80. i 90. Kilkakrotnie odwiedzał wtedy Moskwę, jeszcze w okresie pierestrojki i później, gdy Rosja była Eldorado, na którym można było zbić miliardy. Zastrzegła, że nieco psychologizuje, ale tak wynika z analizy. Trumpowi nie udało się wtedy zarobić, a politolożka ma wrażenie, że wciąż widzi Rosję jako wielki rynek, na którym można się tylko wzbogacić. Trzecim, kluczowym elementem jest biznesowe, ale prywatne podejście do polityki. Rosjanie odrobili lekcję i rozumieją Trumpa lepiej niż Europejczycy. Szybko przetestowali kilka rozwiązań i wiedzą, że z nim trzeba robić nie biznes amerykański, lecz rodzinny, czyli dać zarobić jemu, jego rodzinie i przyjaciołom.
Przypomniała, że Trump podpisał ustawę zmarłego niedawno senatora Lindseya Grahama o sankcjach wobec Rosji i państw kupujących rosyjską ropę, ale trzy miesiące później jej nie wykonuje. Co więcej, wprowadził zawieszenie sankcji, które w praktyce pozwala handlować z Rosją nie tylko firmom amerykańskim, ale wszystkim, bo nad zakupami rosyjskiej ropy nie wisi już sankcyjny kij. Zawieszenie wynika z jego sposobu załatwiania spraw. Rosjanie przedstawili jego ekipie dwie duże propozycje, dwie marchewki, którymi skutecznie zanęcili samego prezydenta, jego rodzinę i współpracowników.
Delegacja od interesów, nie od bezpieczeństwa
Prowadzący przypomniał, że delegacja, która jeździ do Moskwy, uchodzi za najbardziej niekompetentną w historii amerykańskiej dyplomacji, bo stoją na jej czele przyjaciel Trumpa Steve Witkoff i jego zięć Jared Kushner. Bryc odpowiedziała, że skoro jeżdżą właśnie oni, chodzi nie o wielkie sprawy bezpieczeństwa USA, lecz o interesy handlowe. Dlatego nie ma co się oburzać, że Witkoff nie ma kompetencji strategicznych i daje się Putinowi wodzić za nos, bo ważniejszy jest układ, na którym zależy obu prezydentom. Dotyczy on spraw prywatnych, a sprawy państwowe są jedynie efektem ubocznym.
Aby porozumienia mogły zostać bez przeszkód wdrożone, potrzebna jest dosłownie kapitulacja Ukrainy albo przynajmniej zatrzymanie frontu i uznanie, że wojna się skończyła. Wtedy można będzie otwarcie i legalnie znosić sankcje i wracać do interesów z Rosją. Rosyjska oferta jest bardzo atrakcyjna, więc najpierw trzeba przycisnąć Ukraińców kolanem, by zrozumieli, że czas zakończyć wojnę. Nie dlatego, że wojna jest zła czy że Rosja jest agresorem, ale dlatego, że czeka biznes.
Rosnąca presja: dane wywiadowcze i spowolniony Starshield
Bodziony zauważył, że Trump ma niecałe dwa lata, by doprowadzić takie interesy do końca kadencji. Bryc przyznała mu rację i dodała, że prezydentowi brakuje cierpliwości, więc sięga po coraz dotkliwsze dla ukraińskiej obrony narzędzia. Witkoff groził podczas ostatniej wizyty w Moskwie, że Amerykanie odetną Ukraińcom dane wywiadowcze, i rzeczywiście to zrobili, choć nie całkowicie. Spowolnili też łączność dronów korzystających nie tylko ze Starlinka, używanego raczej w operacjach naziemnych, ale ze Starshielda, czyli wojskowej odmiany tego systemu.
Formalnie wszystko jest w porządku, bo Elon Musk zapewnia, że sygnał jest dostarczany. Prędkość niezbędna do operacji wojskowych została jednak tak ograniczona, że uniemożliwia Ukraińcom skuteczną obronę przed rosyjskimi dronami i skuteczne uderzenia na zapleczu rosyjskiego frontu. Zestawiając znoszenie sankcji, spowalnianie łączności, nazywanie Zełenskiego dyktatorem i naciskanie go kremlowskim językiem w sprawie wyborów, trzeba zapytać, na co liczy Trump, skoro tak bardzo chce, by Ukraina przestała być problemem.
Pierwsza marchewka: Nord Stream 2 dla Steve’a Lyncha
Odpowiedzią są według Bryc dwie oferty po kilkadziesiąt miliardów dolarów każda. Otoczenie Trumpa mogłoby na nich zarobić łącznie około 20 mld dolarów (ok. 78,1 mld zł, ok. 17,9 mld euro) na jednym projekcie i 22 mld dolarów (ok. 85,9 mld zł, ok. 19,7 mld euro) na drugim. Pierwszym jest wysadzony Nord Stream 2. Aktywa szwajcarskiego operatora gazociągu, który de facto zbankrutował, można dziś wykupić. Zainteresowany jest nimi amerykański miliarder, znajomy Trumpa, Steve Lynch. Przez dwie dekady budował majątek w Rosji, skupując upadłe przedsiębiorstwa i zadłużone nieruchomości, i stworzył tam siatkę powiązań. Jednym z jego głównych partnerów był Rosnieft, ogromny państwowy koncern paliwowy bezpośrednio powiązany z Kremlem.
Lynch przekonuje, że to zwykły biznes. Z czterech nitek gazociągu trzy są uszkodzone, a jedna działa. Uszkodzone można by odbudować, działającą zakonserwować i dużo zarobić na handlu rosyjskim gazem. Zatrudnił dużą firmę lobbingową, która promuje tę narrację w USA i w Europie, i przekonuje otoczenie Trumpa, że to dobry interes nie tylko dla niego, ale dla całych Stanów Zjednoczonych. Bryc zaznaczyła, że to jej spekulacje, ale znając rosyjskie metody, nie wyklucza, że to Rosjanie przed laty zgłosili się do Lyncha z ofertą, a jego zadaniem jest otwieranie drzwi w Waszyngtonie: lobbowanie na rzecz złagodzenia sankcji i przejęcia przez Amerykanów wielkiego biznesu gazowego.
Skoro Nord Stream 2 pojawił się w ostatnich rozmowach Kushnera i Witkoffa z Putinem w Moskwie, ustalenia zostały już poczynione. Wiadomo też, dlaczego Kirił Dmitrijew podczas wizyt w USA spotykał się między innymi z Lynchem. Lynch uzyskał od amerykańskiego urzędu zgodę na wyłączenie spod zakazu negocjacji z objętymi sankcjami rosyjskimi firmami, czyli miał przyzwolenie administracji na rozmowy. Pierwszy krok, zawieszenie sankcji, już nastąpił. Potrzebne są jeszcze zgoda na zawarcie umowy i zgoda na uruchomienie zniszczonego gazociągu. Eksperci i lobbyści Lyncha mówią otwarcie, że projekt jest przewidziany do realizacji w warunkach powojennych. Dlatego Trumpowi tak zależy, by Ukraina, jak ironicznie ujęła to Bryc, przestała się wygłupiać.
Kto mrugnie pierwszy: Europa czy Ukraina
Na drodze stoją trzy przeszkody. Pierwszą jest wojna, którą trzeba zakończyć, by zniknęły miażdżące ograniczenia prawne. Drugą jest Unia Europejska, która wprowadziła szereg zakazów dotyczących Nord Streamu, więc presja na państwa europejskie będzie narastać. Trzecią są Niemcy, na które Amerykanie już naciskają. Kanclerz Friedrich Merz odpowiedział, że Nord Stream nie jest dziś opcją, bo trwa wojna, Niemcy zdywersyfikowały dostawy, gazociągu nie potrzebują i nie będą łamać sankcji. Według Bryc widać z tego, że Amerykanie chcą doprowadzić do sytuacji, w której ani wojna, ani sankcje nie będą przeszkodą. Wtedy jeszcze mocniej przycisną Berlin, by wydał zgodę i, podobnie jak Komisja Europejska, certyfikował ewentualnie wyremontowane nitki. Europa ma się przyzwyczaić do kupowania rosyjskiego gazu z amerykańskich rąk.
Karty zostały wyłożone na stół i teraz okaże się, kto mrugnie pierwszy: czy Europa ugnie się pod amerykańską presją, czy wytrzyma, a Ukraina nie skapituluje. Oferta dotycząca Nord Streamu jest bardzo poważna, administracja Trumpa jest w nią mocno zaangażowana i będzie temat forsować.
Plan skandaliczny i nieudolny
Bodziony nazwał plan Trumpa moralnie skandalicznym, bo w wyniku idiotycznych, jak to ujął, decyzji prezydenta giną Ukraińcy. Kijów jest celem zmasowanych ataków, a Ukraińcom ogranicza się obronę przeciwlotniczą i możliwości ofensywne. Przypomniał, że trwa ukraińska kontrofensywa, w której w niespełna dwa miesiące odzyskano niemal cały teren zajęty w tym roku przez Rosjan. Trump opowiadał też, że obie strony zgodziły się na rozejm energetyczny, czym zaskoczył i Kijów, i Moskwę, a Rosjanie i tak natychmiast zaatakowali elektrownię w Charkowie.
Plan wydaje się prowadzącemu także niemądry. Rozmowa odbywała się 19 października, a 3 listopada odbędą się wybory połówkowe. Republikanie najpewniej stracą Izbę Reprezentantów, a coraz bardziej możliwa jest też utrata Senatu. Wtedy Kongres mógłby skutecznie blokować prezydenta, który stałby się kulawą kaczką. Bodziony zastanawiał się, czy Trump naprawdę liczy, że w dwa tygodnie złamie Ukrainę i skompromituje Zełenskiego. Przypomniał transmitowaną na żywo kłótnię w Białym Domu, gdy Trump i J.D. Vance przekonywali, że Zełenski nie ma kart, a okazało się, że ma ich sporo.
Ukraińcy cierpią, ale coraz bardziej uniezależniają się od Amerykanów, widząc, że ich wsparcie jest chwiejne, a poparcie dla Zełenskiego po takich sytuacjach rośnie. Mogą mieć do niego wiele pretensji, ale atakowani z zewnątrz zwierają szeregi, jak bywało też w relacjach polsko-ukraińskich, zwłaszcza w państwie toczącym pełnoskalową wojnę. Prowadzący zastanawiał się, czy to głupota, czy szachy w pięciu wymiarach, i uznał, że widzi bardzo nieudolny plan nastawiony na osobiste korzyści Trumpa, jego rodziny i znajomych. Dodał, że Trump staje się dla republikanów obciążeniem. Kandydaci, którzy kiedyś chcieli zdjęć z nim, tak jak polscy politycy z Lechem Wałęsą, dziś ich unikają. Przypomniał też rzeczniczkę Białego Domu, która urzędowała zaledwie od wtorku do czwartku. To jego zdaniem nie bezwzględny kartel, lecz nieudolna administracja, przez której nieudolność giną ludzie w naszym regionie, bo z amerykańskiej perspektywy ich życie niewiele znaczy.
Prywatyzacja polityki zagranicznej
Bryc odpowiedziała, że genialnego planu nie widzi nawet sam Trump, który działa instynktownie i oportunistycznie, korzystając z okazji. Świadczy o tym likwidacja instytucji tworzących pamięć instytucjonalną państwa, zwalnianie zespołów eksperckich i rozwiązywanie w służbach grup zajmujących się Rosją i Chinami. Podważały one bowiem jego komfort w robieniu drobnych interesów z Rosjanami i dogadywaniu się z Chińczykami. Trump nastawia się na szybkie akcje i doraźne interesy: tu kupić, tam sprzedać, myśląc w kategoriach tu i teraz. Nie ma cierpliwości do działań długofalowych i myśli nie o państwie, lecz o handlu i o sobie.
Stąd zawłaszczenie i prywatyzacja polityki zagranicznej. Bryc porównała ten mechanizm, choć nie identyczny, do oligarchizacji rosyjskiej polityki w latach 90. i na początku XXI wieku. Bodziony nazwał to mechanizmem dworu, w którym wokół króla walczą frakcje, a kluczowe jest to, kto ostatni szepnął mu coś do ucha przed snem i co obiecał, podczas gdy interesy supermocarstwa schodzą na dalszy plan. Politolożka dodała, że Trump nie potrafi funkcjonować w innym paradygmacie i ma zupełnie inny sposób działania.
Wybory połówkowe nie są dla Trumpa najważniejsze
Bryc nie jest pewna, czy wybory połówkowe są dla Trumpa najważniejsze. Partia Republikańska to nie on, a choć ją przejął, coraz bardziej na tym cierpi. W jej ocenie Trump bardziej dba o siebie niż o partię. Jeśli przegra wybory, to dlatego, że dał się wmanewrować Benjaminowi Netanjahu w wojnę, która wywindowała ceny paliw na amerykańskich stacjach, choć USA są surowcowo niezależne jako producent i eksporter. Do tego swoją polityką skłócił się z Kanadą, co wywołało problemy między innymi z nawozami. Problemem jest więc polityka Trumpa, a nie Zełenski ani nawet sama wojna w Zatoce Perskiej.
Prowadzący zauważył, że zamiast z Rosją można było się dogadać z Kanadą, i to na większy wolumen. Porozumienie z Putinem zakłada dostawy prawie 5 mln ton rosyjskiego diesla w ciągu kilku miesięcy: 300 tys. ton od razu, 500 tys. ton w listopadzie i kolejne 3 mln ton w zależności od stanu rosyjskich rafinerii. W porównaniu z amerykańskim zużyciem to śmieszne ilości. Premiera Kanady Marka Carneya Trump przedstawia jednak na grafikach generowanych przez sztuczną inteligencję jako klęczącego przed nim albo jako gubernatora 51. stanu. Demokratycznie wybranego Zełenskiego można obrażać i nazywać dyktatorem, a z prawdziwym dyktatorem Putinem można się dogadać.
Dla Trumpa można zrobić wszystko
Bryc uważa, że Rosjanie byli przygotowani na ten kryzys. Atak USA i Izraela na Iran nastąpił w lutym, a porozumienia amerykańsko-rosyjskie zawarto dopiero we wrześniu i październiku. Rosjanie od dawna mówili, że ceną ataku na Iran będą wahania cen surowców na świecie. Wiedzieli, że Trump będzie w potrzebie przed wyborami i zechce pokazać, że potrafi obniżyć ceny na stacjach. Zareagowali błyskawicznie: wszystko ustalono w rozmowie telefonicznej, bez podpisywania dokumentów, a Rosja natychmiast zniosła obowiązujący do końca października zakaz eksportu paliw. Dla Trumpa można zrobić wszystko, skwitowała.
Trump mógł liczyć, że pomoże mu nacisk na Zełenskiego połączony z rosyjskimi dostawami, obudowany propagandą o ogromnej pomocy i ratującym świat Putinie, jak przedstawia to również Kreml. Gdy nie przyniesie to efektu, bo ilości są homeopatyczne, będzie można obwinić Zełenskiego. Dlatego Trump nieustannie powtarza, by Ukraina nie atakowała rosyjskich rafinerii. Amerykańskie elity tego nie kupią, ale farmer z Pasa Biblijnego, docelowy wyborca Trumpa, już niekoniecznie. Ponieważ Trump nie będzie mógł ubiegać się o kolejną kadencję, zostało mu według Bryc jedynie kapitalizowanie stanowiska, czyli czerpanie z niego zysków. Jeśli ceną ma być doprowadzenie do kapitulacji Ukrainy, bo Rosjanie obiecali mu nie tylko wdzięczność, ale i konkretne projekty, to jest to jego priorytet. Do końca kadencji będzie dążył do zakończenia wojny na rosyjskich warunkach.
Druga marchewka: aktywa Łukoilu i katarscy partnerzy
Drugą ofertą są zagraniczne aktywa Łukoilu warte około 20–22 mld dolarów (ok. 78,1–85,9 mld zł, ok. 17,9–19,7 mld euro). Są obecnie zamrożone, ale można je zbyć. Łukoil jest firmą prywatną, lecz według Rosjan decyzję o sprzedaży podjął Putin. Bodziony nazwał to partnerstwem publiczno-prywatnym, a Bryc państwowym nadzorem nad własnością prywatną, bo w Rosji granica między nimi coraz bardziej się zaciera. W portfelu jest około dwóch tysięcy stacji paliw w Europie, na świecie i w USA, największa rafineria na Bałkanach, sieci sprzedaży detalicznej w Bułgarii i Rumunii, inwestycje w Kazachstanie i projekty na Bliskim Wschodzie. W sumie kilkadziesiąt pozycji w wielu państwach, które mogliby przejąć Amerykanie lub ich partnerzy.
Na transakcji skorzystać ma przede wszystkim trio. Pierwszym jest amerykański miliarder, który hojnie wpłacał na kampanię Trumpa i środowisko MAGA, bo, jak zauważył prowadzący, żeby siedzieć przy stole, trzeba wpłacić na kampanię. Drugim są Ivanka Trump i Jared Kushner, a trzecim ich katarscy przyjaciele, bracia miliarderzy, z którymi para buduje słynny kurort w Albanii i którzy mają być jego największymi inwestorami. Bodziony określił kurort jako straszne brzydactwo i zachęcił widzów, by sami go zobaczyli. Bryc dodała, że to spektakularny przykład tego, jak liczy się wyłącznie biznes rodziny Trumpa. Miliarder załatwia formalności, Kushner negocjuje z Putinem razem z Witkoffem, a Katarczycy zapewniają kapitał.
Jeśli Putin podzieli się nie swoim, lecz prywatnym majątkiem rosyjskiej firmy, będzie to według Bryc jedna wielka łapówka, oferta korupcyjna nie tyle dla administracji, ile wprost dla Trumpa przez jego rodzinę. Wątpliwości mają sami Amerykanie i po wyborach połówkowych mogą zostać wymuszone śledztwa w sprawie konfliktu interesów, skoro zięć prezydenta spotyka się z Putinem i pod płaszczykiem rozmów międzypaństwowych załatwia interesy dla teścia i dla siebie. Wygląda to na schemat rosyjski. Prowadzący porównał to do porozumienia dwóch karteli, a Bryc przyznała mu rację i mówiła o interesach między rosyjskim i amerykańskim oligarchatem. Trump złapał przynętę i bardzo chce, by projekty doszły do skutku. Nawet po wyborczej porażce republikanów będzie miał dwa lata, a w polityce zagranicznej szerokie uprawnienia. Może dociskać Ukrainę, zakazać wymiany danych wywiadowczych, a Musk w każdej chwili może wyłączyć Ukraińcom Starlinki. Jeśli porozumienie jest większe niż to, co widać, motywacja Trumpa jest jasna: nawet jeśli sam nie skorzysta z majątku, w co Bryc wątpi, zbuduje fortunę rodziny.
Ukraina przekroczyła punkt, w którym można ją złamać
Bodziony zapytał, czy Amerykanie mogą zmusić Ukrainę do kapitulacji. Sam uważa, że nie, bo polityka to nie deweloperka, a trumpowskie gambity wielokrotnie przewracały się o własne nogi. Ukraina ma karty i wciąż bombarduje rosyjskie rafinerie, ostatnio w Petersburgu, z czego obaj rozmówcy żartowali, mówiąc o bardzo ładnych obrazkach. Bryc odpowiedziała, że Trump wie, iż jego wkładem w porozumienia ma być zapewnienie im podstaw prawnych, a warunkiem jest kapitulacja albo obronny paraliż Ukrainy. Przez dwa lata, które mu zostały, nacisk będzie rósł. Ukraina przekroczyła jednak punkt, w którym presja na wyczerpanie i złamanie morale mogłaby zadziałać. Ukraińcy przetrwali kolejne zimy i ta, choć trudna, raczej nie skłoni ich do buntu.
Ukraińcy trwają od niemal pięciu lat i mimo ogromnego wyczerpania mogą wytrzymać do końca, wiedząc, że to kluczowy moment dla Putina. Teoretycznie może on prowadzić wojnę jeszcze latami, ale jego gospodarka jest na etapie kanibalizacji, a sama Rosja zjada własny ogon, by utrzymać tryb wojenny. Coraz wyższą cenę, zwłaszcza gospodarczą, płaci właśnie Moskwa. Sami Rosjanie przyznają, że Ukraina ma europejskie, choć problematyczne, zewnętrzne źródło finansowania, a Rosja takiego nie ma. Ukraińcy skutecznie uderzają w najważniejsze źródła finansowania rosyjskiej gospodarki wojennej, a Rosja, by utrzymać się na powierzchni, uzależnia się od Chin, co nie jest dla niej dobre.
Rosjanie przyznają też, że Ukraina dorównuje im w nowoczesnych technologiach wojskowych. Gra toczy się dziś nie o to, kto dłużej wytrzyma, ale kto znajdzie przełomową technologię wojskową połączoną ze sztuczną inteligencją, która pozwoli przełamać front. Strona ukraińska szybciej adaptuje się do wojny i jest bardziej kreatywna technologicznie. Rosyjskie drony odrzutowe nie zmienią sytuacji na froncie. Prowadzący nazwał to wyścigiem, w którym przewagi zdobywa się i szybko niweluje.
Bryc nie wyobraża sobie, jak można by doprowadzić Ukrainę do kapitulacji, choć kryzysy są możliwe. Trump może zablokować dane wywiadowcze w całości, ale pozostaje wsparcie europejskich partnerów z NATO. Ich dane nie będą tak dobre jak amerykańskie, bo to USA informują przede wszystkim o startach rosyjskich rakiet balistycznych, lecz Ukraina nie zostanie sama. Europa przechodzi ewolucję, staje się bardziej asertywna i twardnieje. Jeśli Trumpowi nie uda się przeforsować resetu i powrotu do business as usual, Ukraina będzie trwać, choć ogromnym kosztem. Pytanie brzmi, kto pierwszy nie będzie w stanie kontynuować wojny, a Bryc wcale nie jest pewna, że będzie to Ukraina.
Rosjanie czekają na J.D. Vance’a
Bodziony podsumował, że Trumpa trzeba przeczekać, ale nie biernie, tylko budując własne zdolności i uniezależniając się. Zastrzegł, że nie wiadomo, kto przyjdzie po nim. Bryc odpowiedziała, że Rosjanie zadają sobie te same pytania. Od dawna uważają Trumpa za kulawą kaczkę, ale pożyteczną, bo może wymusić na Ukrainie wstrzymanie walk. Bryc dodała, że nie należy tego mylić z ich marzeniem o kapitulacji Ukrainy, które nawet przy pełnym nacisku Trumpa nie będzie łatwe do spełnienia. Na przyszłość Moskwa stawia jednak na młodszego i bardziej ideologicznego J.D. Vance’a, który jest bardziej antyeuropejski.
Gdy Europejczycy narzekają na prorosyjskość Trumpa, Rosjanie uspokajają, że Vance będzie mniej prorosyjski, ale skrajnie antyeuropejski, i na to właśnie liczą. Jeśli mieliby kogoś wspierać w przyszłych wyborach prezydenckich, to jego, bo pokaże, czym jest prawdziwy izolacjonizm. Izolacjonizm Trumpa jest doraźny i służy straszeniu Europejczyków, że USA się nie wtrącą. Vance nie ma żadnych transatlantyckich sentymentów i będzie skupiony wyłącznie na Ameryce. Dopiero wtedy Rosjanie zyskają duże możliwości forsowania tego, czego nie udało im się osiągnąć za Trumpa. Na koniec prowadzący przesłał ironiczne pozdrowienia polskim fanom Trumpa, w tym posłom, którzy w Sejmie nosili czapeczki i oklaskiwali jego zwycięstwo na stojąco, oraz polskim zwolennikom Vance’a. Zachęcił ich, by przyswoili sobie poglądy obu polityków.
Rozmowę przeprowadził Jakub Bodziony. Program „Agnieszka Bryc: Czy Trump chce upadku Ukrainy? | Kultura Liberalna” dostępny na kanale Kultura Liberalna na YouTube, liczącym 56,7 tys. subskrybentów. Opublikowany 21 października 2026.



