„Głosy z Wołynia”: „Jeszcze żyjesz, polska mordo?” — wspomnienia sprzed dekad w reportażu Rigamonti

Nowe

Magdalena Rigamonti pojechała na Wołyń po raz piąty lub szósty, ale po raz pierwszy od czasu pełnoskalowej rosyjskiej inwazji na Ukrainę. W reportażu „Głosy z Wołynia” dla Onetu rozmawia z mieszkańcami regionu o polsko-ukraińskiej historii, lękach, wzajemnych uprzedzeniach i nadziei na porozumienie — z myślą o ponad tysiącu dwustu polskich wsiach, które zniknęły w 1943 roku wraz z ich mieszkańcami.

Ksiądz, który zbiera pieniądze na dom dla dzieci i chowa flagę głęboko w szufladzie

Ksiądz Jan Buras od trzydziestu lat mieszka w Ukrainie i pełni funkcję wikariusza generalnego diecezji łódzkiej. Od 2002 roku zbiera fundusze na remont zrujnowanych budynków przedwojennego sanatorium i koszar wojskowych, by powstało tam miejsce dla dzieci. Wspomina, że od lat dziewięćdziesiątych słyszał od starszych parafian ciepłe opowieści o czasach przed wojną — o wspólnych odpustach, procesjach między cerkwią a kościołem, o normalnym, sąsiedzkim współżyciu.

Ksiądz Buras deklaruje pełne poparcie dla ekshumacji ofiar rzezi wołyńskiej, nazywając godne pochowanie szczątków chrześcijańskim obowiązkiem. Zauważa, że skoro udało się przeprowadzić ekshumacje żołnierzy Wehrmachtu, nie ma powodu, by nie pozwolić na to samo wobec dawnych polskich mieszkańców regionu. Przyznaje jednak, że sprawa jest dziś głęboko upolityczniona, choć wierzy, że z czasem to się zmieni.

Ksiądz opowiada też, że sam otrzymał od ukraińskich żołnierzy flagę związaną z tradycją UPA, podpisaną przez samych żołnierzy — w podzięce za udzieloną pomoc. Nigdy jej nikomu nie pokazuje, trzyma głęboko schowaną, z szacunku dla przekazujących ją mężczyzn, ale i ze świadomością, czym ta symbolika jest dla Polaków. Duchowny wspomina rodzinną historię, przekazaną mu przez zmarłą już kobietę, która jako małe dziecko uciekała z babcią przez bagna podczas rzezi w ich kolonii, gdzie zamordowano ponad sześćdziesiąt osób. Po powrocie do ocalałej sąsiadki, którą traktowali jak rodzinę, usłyszeli od niej pytanie, czy dziecko wciąż żyje, określające je obraźliwym mianem „polskiej mordy”.

Historyczka: flag UPA na Wołyniu dawniej nie było, dziś pojawiają się na cmentarzach

Prof. Oksana Kaliszuk z Wołyńskiego Uniwersytetu Narodowego im. Łesi Ukrainki ocenia, że rzetelna ekshumacja wymaga długotrwałych, starannych badań i odpowiednich ram prawnych — nie da się jej przeprowadzić naprędce ani masowo, na życzenie. Podkreśla, że proces musi przebiegać w swoim czasie, spokojnie, a oczekiwanie natychmiastowych, licznych ekshumacji jest nierealne.

Odnosząc się do symboliki UPA, historyczka przyznaje, że flag tego typu historycznie na Wołyniu nie było — pojawiały się raczej na innych terenach. Dziś jednak, jej zdaniem, część Ukraińców sięga po nie świadomie, szukając elementów jednoczącego patriotyzmu. Zwraca uwagę, że dla wielu Ukraińców ta symbolika nie kojarzy się przede wszystkim z mordami, jak w percepcji polskiej, i apeluje o wzajemne zrozumienie — Polacy nie powinni oczekiwać, że Ukraińcy całkowicie zrezygnują z własnej symboliki, a Ukraińcy powinni uwzględniać wrażliwość Polaków wobec wydarzeń, które są dla nich ważne. Podsumowuje, że każda ze stron ma swoją perspektywę, którą trzeba przyjąć do wiadomości.

Msza i śpiew wiernych

W trakcie reportażu Rigamonti pokazuje też scenę mszy odprawianej z udziałem miejscowej społeczności, z żywym śpiewem wiernych — jeden z obrazów codziennego, wspólnego życia religijnego na Wołyniu.

Głos młodego Ukraińca: to Putin za tym stoi

Niepodpisany w materiale młody rozmówca ocenia, że osobiście nie ma nic przeciwko Polakom, choć przyznaje, że temat ekshumacji budzi w Ukrainie duże kontrowersje. Twierdzi, że decyzje w tej sprawie zapadają już na wysokim szczeblu, a on sam wcześniej nie zdawał sobie sprawy ze skali napięć wokół tego tematu, żyjąc we własnym, ukraińskim świecie spraw bieżących. Wyraża przekonanie, że źródłem napięć polsko-ukraińskich jest w istocie Rosja i Władimir Putin, a europejskie państwa powinny nadal wspierać Ukrainę, by zapobiec eskalacji konfliktu do wymiaru globalnego.

Historia regionu: sowieckie przesiedlenia i dzisiejszy Wołyń

Autorka reportażu przypomina, że Wołyń to jeden z dwudziestu czterech obwodów Ukrainy, który w czasach II Rzeczpospolitej należał do Polski — fakt, o którym nie wszyscy mieszkańcy regionu dziś wiedzą. W latach 1944–1946 Stalin przesiedlił na te tereny tysiące Ukraińców ze wschodniej Ukrainy, wypełniając lukę powstałą po wymordowanych w 1943 roku Polakach i tych, którzy przeżyli rzeź, lecz zostali przesiedleni na tereny powojennej Polski. Dziś Wołyń zamieszkują zarówno Ukraińcy, dla których lokalna, wołyńska tożsamość ma duże znaczenie, jak i potomkowie osób sprowadzonych w ramach sowieckiego systemu, pozbawieni głębszych korzeni w tym miejscu.

Arteterapeutka Tania: Bandera jako bohater, wspólny wróg dziś ważniejszy

Tania, arteterapeutka współpracująca z księdzem Burasem, od 2014 roku pracuje z ukraińskimi żołnierzami wracającymi z frontu w ciężkim stanie psychicznym. Autorka reportażu przytacza jej osobistą historię: syn Tani, Mykoła, zginął po ataku drona, który oderwał mu kończyny i uszkodził twarz — zanim zmarł, zdążył powiedzieć matce, że jest z niej dumny.

Dla Tani Stepan Bandera jest bohaterem, ponieważ bronił ukraińskiej ziemi i tożsamości narodowej. Uważa, że Polacy powinni to zrozumieć, a tam, gdzie pojawiają się nieścisłości historyczne, należy je wyjaśniać. Pytana o ekshumacje polskich ofiar rzezi wołyńskiej, odpowiada, że każda ze stron interpretuje wydarzenia drugiej wojny światowej po swojemu. Na pytanie o przebaczenie mówi, że potrzebny jest gest pojednania, ale w obliczu trwającej wojny i wspólnego wroga priorytetem powinno być wsparcie dla podnoszącej się z kryzysu Ukrainy.

Tetiana Miałkowska: sowiecki system jako choroba, sąsiedzka tolerancja jako norma

Tetiana Miałkowska wspomina dzieciństwo w czasach sowieckich, gdy informacje o świecie czerpała z polskiej telewizji i radia, łapanych mimo ograniczeń systemu. Twierdzi, że już wtedy rozumiała sowiecki ustrój jako swego rodzaju chorobę, w kontraście do normalnego świata, jaki dostrzegała za zachodnią granicą. Podkreśla, że mimo drobnych sporów, typowych dla każdego sąsiedztwa, relacje polsko-ukraińskie na pograniczu cechowała tolerancja — jej dziadek znał modlitwy w obu językach, jeździł do Krakowa sprzedawać zboże, a stosunki między społecznościami określa jako normalne, europejskie.

Filozof i żołnierz: wojna jako koniec dawnego myślenia

Sergiusz Godlewski, z wykształcenia filozof, dziś żołnierz, mówi autorce reportażu, że jego dotychczasowa filozofia skończyła się wraz z pójściem na wojnę. Opisuje siebie jako osobę naznaczoną traumą wojenną — bólem, krwią, brudem — i mechanizmy psychiczne, które pozwalają mu przetrwać: poczucie pustki, wypieranie doświadczeń, wrażenie, że to, co przeżywa, jest jak film, który zaraz się skończy.

Godlewski opowiada o śmierci młodego kolegi z obwodu czerkaskiego, którego nie udało się ewakuować spod ostrzału dronów. Musieli przeczekać z nim do zapadnięcia nocy, licząc, że wtedy uda się go wynieść — chłopak wykrwawił się jednak wcześniej, wskutek wewnętrznego krwotoku i uszkodzonej wątroby, zanim nadeszła pomoc.

Babcia Szura: kryjówka w oborze, świadectwo sprzed dziesięcioleci i nadzieja na zbliżenie

Ołeksandra Wasiejko, znana jako „babcia Szura”, urodziła się już po wojnie, w 1946 roku. Jako sześcioletnia dziewczynka została zaprowadzona przez ojca do lasu, gdzie na korze sosen wycięte były niewielkie krzyże — wtedy usłyszała po raz pierwszy historię wojenną tego miejsca. Przez ponad siedemdziesiąt lat przychodziła tam składać kwiaty i modlić się za dusze pochowanych w wołyńskiej ziemi. To ona w latach dziewięćdziesiątych wskazała rodzinom ofiar i ocalałym miejsce zbiorowego pochówku.

Opowiada też o miejscu, dzięki któremu część Polaków przeżyła rzeź — oborze, w której ukryto grupę ludzi i w ten sposób uratowano im życie. To był, jak wspomina, jeden z nielicznych momentów ocalenia pośród masowego mordu, który dotknął okoliczne polskie wsie.

Pytana o to, jak zbudować dziś przyjaźń między Polakami a Ukraińcami, mówi, że kluczowe jest to, by miejscowi Ukraińcy lubili Polskę — i jej zdaniem to się już dzieje, widać to po skali wyjazdów zarobkowych i chęci pozostania w Polsce wśród tych, którzy tam wyjechali. Sama deklaruje, że nie chciałaby już nigdzie wyjeżdżać i zamierza pozostać na miejscu bez względu na okoliczności.

Głos skrajny: Polacy jako „bezkulturna nacja”

Jeden z rozmówców, którego materiał nie podpisuje z imienia i nazwiska, prezentuje zdecydowanie bardziej radykalne stanowisko. Twierdzi, że to Polacy „ukradli” Ukraińcom nazwę Rus i dziś chcą przejąć również ziemię, określając Polaków mianem narodu pozbawionego kultury, dążącego — jego zdaniem — do wynarodowienia Ukraińców. To właśnie z tego powodu, jak twierdzi, Ukraińcy dziś walczą. Pytany przez autorkę, czy chodziło wówczas po prostu o konflikt, odpowiada twierdząco, zaznaczając jednak, że każdy konflikt ma swoją przyczynę.

Refleksja autorki: wojna, która nie odpuszcza

Rigamonti podsumowuje, że wszyscy jej wołyńscy rozmówcy noszą wojnę w sobie, mimo że sama unikała opowiadania im o własnej rodzinnej historii. Przyznaje, że i ona ma częściowo wołyńskie korzenie, i żałuje, że nie zdążyła wypytać własnych dziadków o to, co dokładnie przeżyli podczas drugiej wojny światowej — zbiera dziś te informacje ze strzępków opowieści krewnych. Ujawnia, że jej dziadek wraz z rodzeństwem przeżył rzeź wołyńską dzięki ukraińskiej kobiecie, która ich uratowała.


Reportaż przygotowała Magdalena Rigamonti. Materiał dostępny na kanale Onet na YouTube, liczącym 448 tys. subskrybentów. Opublikowany 11 lipca 2026.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *