Nie widzę, żeby Ukraińcy chcieli pojednania – gorzkie wyznanie ocalałej z Wołynia

Nowe

Karolina Pajączkowska rozmawiała w Super Expressie z Teodorą Zglinicką, ocalałą ze zbrodni popełnionej przez UPA w Kisielinie w Krwawą Niedzielę 11 lipca 1943 roku, oraz z dyrektorką Muzeum Pamięci Ofiar Rzezi Wołyńskiej w Chełmie, o osobistym świadectwie tamtych wydarzeń, o losach niepowstałego muzeum i o wciąż nierozwiązanej kwestii ekshumacji ofiar.

82 lata od Krwawej Niedzieli w Kisielinie

Materiał otworzono przypomnieniem, że dokładnie 11 lipca 1943 roku ukraińscy nacjonaliści wymordowali mieszkańców 99 wsi na Wołyniu w ramach akcji, która przeszła do historii jako Krwawa Niedziela. Tego dnia pięćsetosobowa grupa banderowców napadła na miasteczko Kisielin, mordując około 300 osób, głównie uczestników nabożeństwa odprawianego w miejscowym kościele. Wśród ocalałych z tej masakry znalazła się rozmówczyni programu.

Kim jest pani Teodora

Teodora Zglinicka przedstawiła się jako mieszkanka Chełmu, urodzona w 1937 roku, mająca obecnie 87 lat, zbliżająca się do 88. urodzin. W dniu Krwawej Niedzieli miała niespełna sześć lat.

Poranek 11 lipca: msza, która się nie skończyła

Zglinicka opowiedziała, że rankiem tamtego dnia do kościoła w Kisielinie pojechała razem z ojcem, dziadkiem i babcią, podczas gdy w domu pozostała matka z dwiema siostrami i kuzynem. Pamięta dokładnie, gdzie siedziała – z brzegu ławki, mniej więcej w połowie kościoła – i że nudząc się, kilkukrotnie podchodziła do siedzącej dalej babci. Nabożeństwo przebiegało normalnie, aż w pewnym momencie w kościele zaczął narastać szum i szemranie wśród wiernych, które przerodziło się w głośne słowa – Ukraińcy otoczyli kościół. Ludzie zaczęli w panice biegać, część próbowała wyjść na dwór, inni chować się – po tym, jak padł pierwszy strzał, uciekający zaczęli wracać z powrotem do środka.

Śmierć ojca

Ojciec wziął wówczas małą Teodorę na ręce i podszedł z nią do głównego ołtarza, gdzie uklęknął po prawej stronie i zaczął się modlić, podczas gdy dziewczynka, czując narastające krzyki i pustoszejący kościół, prosiła go, by uciekali. Ruszyli w stronę korytarza łączącego zakrystię z przybudówką, gdzie przy drzwiach stali mężczyźni pilnujący wejścia – w pewnym momencie padł strzał, którego źródła Zglinicka nie potrafi dziś wskazać, i ojciec, trafiony najprawdopodobniej w brzuch, upadł tuż przy schodach, zaledwie trzy kroki od bezpiecznego miejsca na piętrze. Leżąc na wznak i jęcząc, prosił obecnych, by go dobili, świadomy, że w razie wtargnięcia Ukraińców pozazdrości tym, którzy zginęli od kuli. Zglinicka do dziś pamięta dokładnie usłyszany wtedy przyciszony, ale zdecydowany męski głos, każący komuś zabrać stamtąd dziecko. Widziała, jak w jej stronę płynie strużka krwi ojca, zaczęła się cofać, głośno płacząc – dalszy przebieg wydarzeń, w tym to, kto i w jaki sposób zabrał ją stamtąd, pozostaje dla niej luką w pamięci; kolejnym wspomnieniem jest już leżenie na strychu kościoła.

Noc na strychu: podpalone schody i granat

Na strychu, gdzie schroniła się część uciekinierów (inni ukryli się w pomieszczeniach księdza na piętrze), Zglinicka spędziła noc razem z babcią, chowając się za szerokim u podstawy kominem wychodzącym na dach. Babcia, świadoma już śmierci syna, przez cały czas powtarzała, że nie ma już syna. Los dziadka pozostał nieznany – nie wiadomo, gdzie się ukrywał ani w jaki sposób zginął, wiadomo jedynie, że nie przeżył, o czym świadczy jego nazwisko widniejące dziś na pomniku ofiar.

Ukraińcy podpalili prowadzące na strych drewniane schody, wywołując gęsty, duszący dym – obecni na strychu mężczyźni, wielu z nich przeszkolonych jeszcze przed wojną, zorganizowali obronę: wzywali do oddawania moczu do wiader, którym polewano płonące drzwi, dzięki czemu ogień jedynie się tlił, nie strawiwszy przejścia. Napastnicy przystawili od dołu drabiny, a jeden z nich wrzucił przez okrągłe okno na poddaszu granat, który na szczęście nie eksplodował – jeden z ukrywających się mężczyzn zdołał chwycić toczący się granat i wyrzucić go z powrotem przez okno, wywołując krzyki na dole. Później napastnicy próbowali ponownie, osłaniając się podobno snopkami słomy przed spadającymi z góry cegłami, jednak kolejnego granatu już nie wrzucili, odstraszeni obroną pilnujących okna mężczyzn.

Świadectwa innych ofiar czytane w materiale

W trakcie programu przywołano udokumentowane relacje o innych zbrodniach popełnionych w tym samym okresie: w miejscowości Tajkury w powiecie dubieńskim zamordowano całą rodzinę – mężczyznę urodzonego około 1902 roku pocięto na trzy części, podobny los spotkał jego dwoje małych dzieci, a żona z niemowlęciem została ranna w głowę. We wsi Wygranka w powiecie włodzimierskim, po fałszywych podejrzeniach o ukrywanie mężczyzn poszukiwanych do band leśnych, młodsi mężczyźni zdołali uciec, ale starsi mieszkańcy i kobiety zostali wymordowani przy użyciu karabinów, siekier, noży i wideł. W Janowej Dolinie w powiecie kostopolskim kobietę przed zamordowaniem zgwałcono, rozebrano do naga (w dłoni trzymała różaniec), zastrzelono, a jej ciało dodatkowo okaleczono, łamiąc ręce i nogi; obok niej zginął w podobnie brutalny sposób inny młody mężczyzna, pobity tępym narzędziem.

Osobno przywołano historię pięcioosobowej rodziny zamordowanej w lipcu i sierpniu 1943 roku, w której każdy z członków zginął w inny, drastyczny sposób: zięć spalony żywcem w mieszkaniu, syn – z przykręconymi rękami, połamanymi nogami i wyłupionymi oczami, a córka wraz z mężem Ukraińcem wrzuceni żywcem do dołów wypełnionych wapnem.

Kilkanaście godzin bez wody i jedzenia

Zglinicka relacjonowała, że ukrywający się na strychu pozostawali tam od momentu ataku aż do świtu – kilkanaście godzin bez wody, jedzenia czy jakiegokolwiek schronienia poza samym poddaszem, choć – jak podkreśliła – w takiej sytuacji o głodzie czy pragnieniu w ogóle się nie myśli. Napastnicy w pewnym momencie zaczęli spędzać ludzi pod dzwonnicę kościoła, gdzie ich rozstrzeliwano – krzyki i strzały były słyszalne przez cały czas z ukrycia. W nocy rozpętała się ulewa, po której Ukraińcy zrezygnowali z dalszych prób dostania się na strych i odeszli od kościoła ze śpiewem, choć nie było wiadomo, czy oddalili się na dobre, czy tylko przegrupowali w innym miejscu.

Ewakuacja przez okno na linie

Gdy zaczęło świtać, a deszcz ustał, ukrywający się początkowo wyrzucili przez okno siennik, sprawdzając, czy ktoś na zewnątrz zareaguje – nikt się nie pojawił. Dopiero wtedy jeden z mężczyzn zdecydował się zostać opuszczony na zewnątrz przy pomocy prowizorowo skonstruowanej pętli linowej, w którą wstawiało się stopę, by następnie zostać powoli spuszczonym po zewnętrznej stronie budynku. Zglinicka pamięta silny lęk towarzyszący jej własnej ewakuacji tą metodą oraz przejmujące zimno, którego doświadczyła po dotarciu na ziemię – wynikające, jak sama ocenia, z wyczerpania nerwowego, braku snu i porannej rosy. Razem z babcią udały się do domu, gdzie czekała już matka, poinformowana przez nie o tym, co się wydarzyło.

Śmierć babci podczas drugiego napadu

Rodzina przeżyła w kolejnych tygodniach dwa napady na rodzinną wieś Adamówkę. Podczas pierwszego z nich mieszkańcy zdołali się ukryć u sąsiadów w polskiej części wsi i dom rodziny nie został wówczas zniszczony. Podczas drugiego napadu, gdy uciekający kierowali się w stronę łąk i wzniesienia zwanego Kuczmienną Górą, obserwując z oddali jadących konno Ukraińców i uciekające furmanki, babcia Zglinickiej pozostała w domu i została zamordowana, wraz z sąsiadką, która przyszła jej z pomocą – babcia odmówiła ucieczki, tłumacząc to przywiązaniem do dobytku, na który jej mąż ciężko pracował całe życie.

Ucieczka na zawsze i fałszywe poczucie bezpieczeństwa

Po drugim ataku na wieś rodzina Zglinickiej – matka i czwórka dzieci – nigdy już nie wróciła do rodzinnego domu. Matka na bieżąco zastanawiała się głośno, co dalej robić i gdzie się podziać, świadoma otaczającej ich wrogości ze strony okolicznej ludności ukraińskiej. Podczas ucieczki napotkały znajomego mężczyznę pasącego konia, który – zapytany, czy słyszy odgłosy trwającego napadu – odpowiedział, że jemu nic nie grozi, ponieważ pracuje, a napastnicy rzekomo deklarowali, że osobom niezaangażowanym w żadne działania przeciw nim nic złego się nie stanie. Był to jednak podstęp – po chwili usłyszały strzał, co wskazywało na zabójstwo tego mężczyzny.

Wśród okolicznych wsi pełnych ukraińskiej ludności panowała powszechna, jawna wrogość wobec Polaków. Napastnicy, jak wynika z relacji, początkowo uspokajali mieszkańców, sugerując, że przemoc jest odosobniona i skierowana jedynie przeciw konkretnym osobom działającym przeciw Ukraińcom, co skłaniało wielu do fałszywego poczucia bezpieczeństwa i zaniechania ucieczki, mimo że część rodzin decydowała się na wyjazd już wcześniej.

Trudność z nazywaniem współczesnych Ukraińców

Zglinicka przyznała, że doświadczenia z dzieciństwa pozostały z nią na całe życie w tak głęboki sposób, że do dziś z trudnością przechodzi jej przez usta nazwanie kogoś Ukraińcem – zastrzegając, że być może nie powinna tak mówić, ale to słowo brzmi dla niej niemal obraźliwie, co wynika bezpośrednio z przeżytej traumy.

Los Muzeum Pamięci Ofiar Rzezi Wołyńskiej w Chełmie

Dyrektorka muzeum wyjaśniła, że placówka miała być formą upamiętnienia tragicznych wydarzeń II wojny światowej, miejscem otwartym dla rodzin ofiar pragnących mieć przestrzeń do odwiedzin i refleksji. W listopadzie 2023 roku Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego podpisało umowę o współprowadzeniu muzeum wraz z przyznaniem dotacji, jednak w styczniu 2024 roku umowa i dotacja zostały wypowiedziane, oficjalnie z powodu braku środków na wielomilionowe zobowiązania – co oznacza, że planowane jako jedyne w Polsce muzeum poświęcone wyłącznie Rzezi Wołyńskiej ostatecznie nie powstanie.

Dyrektorka opisała swoją reakcję na tę decyzję jako głębokie rozczarowanie – odczuła, że idea muzeum została przekreślona już na samym początku, bez realnej możliwości wyjaśnienia się czy przedstawienia planowanego scenariusza wystawy. Podkreśliła, że intencją placówki nigdy nie było „krwawe rozliczanie”, lecz stworzenie miejsca, w którym każda z ofiar miałaby swoją symboliczną tabliczkę z imieniem i nazwiskiem.

Dlaczego nie ma „dobrego momentu” na rozliczenie

Zapytana, dlaczego mimo upływu ponad 80 lat trudno o obopólne przyznanie się do tragedii i wzajemne przeprosiny, dyrektorka oceniła, że prawda historyczna zawsze bywa postrzegana z perspektywy tego, kto ją opowiada, a temat Rzezi Wołyńskiej przez dziesięciolecia pozostawał w Polsce w ogóle nieporuszany, przez co nie został właściwie przepracowany – trauma wśród ofiar i ich potomków pozostaje na tyle żywa, że rozmowa o niej wciąż jest trudna nawet po tylu latach. Podkreśliła, że jedyną drogą do porozumienia jest kontynuowanie tego dialogu, mimo bólu, jaki wywołuje – zauważyła gorzko, że na „rozliczanie” nigdy nie znajdzie się dogodny moment, bo zawsze pojawi się jakiś powód do odłożenia sprawy: albo zbyt dobra koniunktura, albo zagrożenie wojną, terroryzmem czy nawet zmianami klimatu.

Reakcja ukraińskiego MSZ na Narodowy Dzień Pamięci

W materiale przypomniano, że tegoroczne obchody 11 lipca mają wyjątkowy charakter – po raz pierwszy odbywają się jako oficjalne święto państwowe, ustanowione ustawą z 4 czerwca jako Narodowy Dzień Pamięci o Polakach – Ofiarach Ludobójstwa dokonanego przez OUN i UPA na ziemiach wschodnich II Rzeczypospolitej. Podano, że w latach 1939–1946 wymordowano ponad 130 tysięcy Polaków, głównie mieszkańców wsi. Dyrektorka muzeum, zapytana o reakcję ukraińskiego ministerstwa spraw zagranicznych na jednogłośne ustanowienie tego święta przez polski Sejm, oceniła stanowisko strony ukraińskiej jako nieprzychylne – argumentowano wówczas, że nie należy podejmować rozliczeń w czasie trwającej wojny, co dyrektorka skwitowała uwagą, że na tego typu rozliczenia nigdy nie znajdzie się „dobry czas”, ponieważ zawsze można wskazać jakąś przeszkodę.

Geneza planu eksterminacji

Pajączkowska zapytała, dlaczego argument o trwającej wojnie miałby usprawiedliwiać zwłokę, skoro również w 1943 roku, w trakcie ataków na Polaków na Wołyniu, trwała wojna. Dyrektorka wyjaśniła genezę decyzji o eksterminacji, wskazując na obietnicę „wielkiej Ukrainy”, podsycaną częściowo przez stronę niemiecką – decyzja, którą trudno nazwać inaczej niż czystką etniczną, zakładała całkowite usunięcie Polaków z mapy przyszłej Ukrainy, tak by nie pozostał żaden ślad ich historycznej obecności na tych ziemiach – stąd masowe palenie wsi i systematyczne niszczenie wszelkich świadectw polskiej obecności.

W materiale przypomniano również ideologiczne podłoże UPA – skrajny nacjonalizm dążący do stworzenia etnicznie czystego państwa ukraińskiego, w ramach którego ofiary nie były po prostu zabijane, lecz męczone przed śmiercią przy użyciu siekier, wideł i pił, bez oszczędzania kobiet, dzieci czy osób starszych.

Płonące wsie i utrata domu na zawsze

Zglinicka wróciła do własnej historii, opisując moment, w którym rodzina ostatecznie zrozumiała, że powrót do domu nie będzie już możliwy – zaczęły się pożary okolicznych zabudowań, a matka, prowadząc czwórkę dzieci, głośno zastanawiała się, co dalej robić i gdzie się podziać, świadoma otaczającej ich wrogości ze strony sąsiednich ukraińskich wsi. Po drodze, podczas ucieczki o świcie w trakcie drugiego napadu, natrafiły na wspomnianego już mężczyznę pasącego konia, przekonanego o własnym bezpieczeństwie ze względu na fałszywe zapewnienia napastników – wkrótce usłyszały strzał wskazujący na jego śmierć.

Skala zbrodni i wciąż nierozwiązana kwestia ekshumacji

W materiale przypomniano, że na terenie Wołynia znajduje się około półtora tysiąca miejscowości dotkniętych zbrodniami na Polakach, a szacunkowa liczba dołów śmierci sięga dziesięciu tysięcy. Od 2017 roku utrudnienia w prowadzeniu prac ekshumacyjnych stanowią źródło napięć w relacjach polsko-ukraińskich. Przełom nastąpił jesienią ubiegłego roku, gdy strona ukraińska wyraziła zgodę na ekshumację jednego dołu śmierci w miejscowości Późniki.

Dyrektorka muzeum oceniła Późniki jako symboliczny gest wyciągniętej ręki ze strony ukraińskiej, dający nadzieję na kolejne zgody, choć zaznaczyła, że sama procedura pozyskiwania zezwoleń po stronie ukraińskiej pozostaje wyjątkowo zawiła biurokratycznie, a tempo prac – stanowczo zbyt wolne. Przyznała, że temat ekshumacji najprawdopodobniej nie jest odbierany przez stronę ukraińską jako pozytywny, lecz raczej jako forma niechęci do dalszej rozmowy czy wręcz zatrzymania procesu.

Chełm jako „Brama na Wołyń” i „miasto ratownik”

Zapytana o określenie Chełmu mianem „Bramy na Wołyń”, dyrektorka wyjaśniła, że miasto dzieli od granicy niecałe 20 kilometrów w linii prostej. Zwróciła uwagę na przewrotność historii – Chełm był „miastem ratownikiem” dwukrotnie: w latach 40., gdy przyjmował uciekających przed rzezią Polaków z Wołynia, oraz ponownie w 2022 roku, gdy stał się pierwszym miejscem pomocy dla uchodźców z Ukrainy uciekających przed rosyjską inwazją.

Zapytana, czy nie jest to swoisty kaprys losu, że dawni oprawcy dziś w tym samym miejscu szukają pomocy jako ofiary, dyrektorka zdecydowanie zaoponowała przeciwko nazywaniu dzisiejszych Ukraińców „oprawcami” – podkreśliła, że są to nieszczęśliwi ludzie uciekający przed wojną w poszukiwaniu bezpieczeństwa i spokojnego życia. Wskazała jednak na poważny problem edukacyjny: temat Rzezi Wołyńskiej jest w polskich podręcznikach szkolnych potraktowany marginalnie i schematycznie, przez co współczesna młodzież nie ma pełnego dostępu do wiedzy o tych wydarzeniach – a w ukraińskich podręcznikach temat ten w ogóle nie istnieje.

Wątpliwości co do możliwości pojednania

Na pytanie o znaczenie planowanego muzeum, Zglinicka podzieliła się osobistą refleksją: wielokrotnie słyszała od różnych osób, że prawdziwe pojednanie z Ukraińcami nastąpi dopiero, gdy odejdą świadkowie tacy jak ona, a kolejne pokolenia po prostu zapomną o tragedii – co, jak zaznaczyła, częściowo już się dzieje w nazwie samej idei muzealnej, odwołującej się do pojednania. Wyraziła jednak wyraźny sceptycyzm: nie dostrzega ze strony ukraińskiej żadnych realnych sygnałów woli pojednania, w związku z czym trudno jej zrozumieć, dlaczego to właśnie tacy jak ona mieliby zabiegać o zgodę z Ukraińcami – uznając taką postawę za szlachetną w teorii, ale niepopartą odczuwalną wzajemnością w praktyce.


Materiał Super Expressu, prowadzony przez Karolinę Pajączkowską, z udziałem Teodory Zglinickiej oraz dyrektorki Muzeum Pamięci Ofiar Rzezi Wołyńskiej w Chełmie. Kanał na YouTube liczący 1,28 mln subskrybentów. Opublikowany 11 lipca 2026.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *