Wojciech Mulik rozmawiał w programie „Punkty Zapalne” na kanale Goniec z historykiem Piotrem Zychowiczem, autorem książki „Wołyń zdradzony” i twórcą kanału „Historia Realna”, o genezie Rzezi Wołyńskiej, mechanizmie podejmowania decyzji przez kierownictwo OUN-UPA, bierności Polskiego Państwa Podziemnego oraz o tym, jak polski interes narodowy powinien dziś kształtować podejście do Ukrainy i jej integracji z Zachodem.
Konflikt o ziemię, nie o emocje
Zychowicz rozpoczął od wyjaśnienia, że społeczeństwo ukraińskie na Wołyniu i w Galicji Wschodniej postrzegało Polskę negatywnie, mając zupełnie inną perspektywę na wydarzenia historyczne – u podstaw sporu polsko-ukraińskiego leżał klasyczny, tradycyjny konflikt o ziemię. Przypomniał, że w wojnie polsko-ukraińskiej 1918–1919 roku Ukraińcy ponieśli klęskę – to, co dla Polaków było triumfem budowy niepodległego państwa, dla Ukraińców oznaczało katastrofę utraty własnej, krótko istniejącej państwowości. Sporne terytoria Galicji Wschodniej i Wołynia weszły do Rzeczpospolitej zgodnie z polską wolą, ale z perspektywy świadomych narodowo Ukraińców, zwłaszcza nacjonalistów, była to narodowa klęska.
Terror ukraiński i polskie represje w II RP
Historyk scharakteryzował stosunki polsko-ukraińskie w II Rzeczpospolitej jako naznaczone z jednej strony ukraińskim terrorem – wymienił nieudany zamach na Józefa Piłsudskiego we Lwowie, skuteczny zamach na posła Tadeusza Hołówkę zastrzelonego w łóżku w Truskawcu przez ukraińskich zamachowców, oraz zabójstwo ministra Bronisława Pierackiego na ulicy Foksal w Warszawie. Wskazał na falę sabotażu i dywersji – napady na urzędy pocztowe, niszczenie infrastruktury – prowadzoną najpierw przez Ukraińską Organizację Wojskową, a następnie przez coraz bardziej radykalizującą się i faszyzującą się pod wpływem kontaktów z Rzeszą Niemiecką Organizację Ukraińskich Nacjonalistów.
Odpowiedzią polską były represje, których symbolem stała się pacyfikacja Galicji Wschodniej – polskie wojsko i policja wkroczyły do kilkuset wiosek, dokonując zniszczeń (rozbijanie pieców, zalewanie naftą zapasów mąki), pobić, a w skrajnych przypadkach dochodziło do zabójstw oraz upokarzającej praktyki wieszania ukraińskich dziewczyn za nogi, znanej jako „tulipany” ze względu na sposób, w jaki układały się wówczas ich halki. Zychowicz zaznaczył, że choć skala tej przemocy była nieporównywalnie mniejsza niż niemieckie represje z okresu II wojny światowej, dodatkowo radykalizowała obie strony konfliktu.
Systemowa dyskryminacja jako główny problem
Historyk ocenił, że większym problemem niż sama przemoc była systemowa dyskryminacja społeczności ukraińskiej. Wskazał na dysproporcje demograficzne – na Wołyniu Polacy stanowili zaledwie kilkanaście procent ludności w województwie wielkości Belgii, a mimo to zajmowali wszystkie kluczowe stanowiska państwowe, podczas gdy najwyższym szczeblem kariery dostępnym dla Ukraińca było stanowisko listonosza. Wyjaśnił, że na te tereny sprowadzano osadników wojskowych (tzw. „Mazurów”), zasłużonych w wojnie 1920 roku, którzy w ramach reformy rolnej otrzymywali lepszą ziemię niż mieszkający tam od pokoleń Ukraińcy – co wywoływało głęboką frustrację, mimo formalnej konstytucyjnej równości obywateli. Zychowicz posłużył się przy tym żywą analogią kolonialną, porównując zachowanie polskich osadników do Brytyjczyków w Kenii, okazujących swoją wyższość wobec miejscowej ludności, pogardliwie określanej przez kolonizatorów jako „hamowie”.
Zychowicz wymienił konkretne niedotrzymane obietnice: autonomię dla Galicji oraz utworzenie ukraińskiego uniwersytetu we Lwowie, co zmuszało ukraińską młodzież akademicką do wyjazdu na studia do Czechosłowacji. Wskazał również na akcję niszczenia cerkwi na Chełmszczyźnie, która wywołała szeroki odzew i radykalizację w masach prawosławnych, a także na masowe, przymusowe konwersje na katolicyzm prowadzone przez Korpus Ochrony Pogranicza – jako symbol tych praktyk przywołał konkretnie miejscowość Krymki. Ocenił te działania jako kompletnie bezsensowne politycznie, ponieważ radykalizowały ludność i budowały nienawiść do Rzeczpospolitej – co, jak ostrzegali wówczas rozsądni obserwatorzy, w momencie załamania się państwa polskiego skierowało furię odwetu przeciwko zwykłym Polakom, podczas gdy odpowiedzialni za politykę sanacyjni dygnitarze zdążyli uciec.
Zastrzeżenie: krzywdy II RP nie usprawiedliwiają ludobójstwa
Historyk wyraźnie zastrzegł, że opisane wcześniej błędy polityki II Rzeczpospolitej w żaden sposób nie usprawiedliwiają tego, co wydarzyło się w 1943 roku – nabijania polskich dzieci na sztachety płotów, rąbania siekierami, palenia żywcem. Podkreślił, że odrzuca zarówno cenzurowanie niewygodnej prawdy o polityce II RP wobec Ukraińców, jak i rewizjonistyczną tezę części ukraińskiej historiografii, jakoby Polacy „sami sobie zasłużyli” na rzeź.
Decyzja polityczna podjęta na zimno
Zychowicz podkreślił kluczową tezę: decyzja o wymordowaniu Polaków nie miała charakteru spontanicznego, lecz zapadła na najwyższym szczeblu kierownictwa – najpierw lokalnie na Wołyniu, gdzie kluczową rolę odegrał Dmytro Kliaczkiwski, pseudonim Kłym Sawur, określony przez historyka jako „wyjątkowo paskudny typ”, a następnie decyzję zaaprobował Prowid OUN z Romanem Szuchewyczem na czele, rozszerzając te metody na Galicję Wschodnią. Celem było fizyczne usunięcie Polaków z terytorium przed przyszłą konferencją pokojową, tak by strona ukraińska mogła argumentować, że sporne tereny nie mają już polskich mieszkańców. Zychowicz zacytował logikę ukraińskiego kierownictwa: skoro Hitler mógł rozwiązać w ten sposób „kwestię żydowską”, to dlaczego OUN nie miałaby postąpić podobnie wobec Polaków – ocenił to jako kalkulację przeprowadzoną w pełni na chłodno, bez emocji, zainspirowaną bezpośrednio niemieckim wzorcem Holokaustu, przeprowadzanego w dużej mierze przy udziale ukraińskiej policji pomocniczej.
Chciwość jako motyw indywidualny
Historyk wyjaśnił, że mimo strategicznego charakteru decyzji na poziomie kierownictwa, do jej realizacji niezbędna była szeroka mobilizacja nienawiści na poziomie lokalnym, podsycana celowo przez OUN-UPA, ale wzmacniana też przez niezliczone sąsiedzkie konflikty i zwykłą ludzką chciwość. Przywołał osobistą rozmowę z kobietą, która przeżyła masakrę we wsi Ichrowica, dokonaną w Boże Narodzenie – zapytana, czy sąsiad biorący udział w mordzie musiał być zażartym nacjonalistą, odpowiedziała, że mężczyzna ten nawet nie potrafił czytać, a jego motywacją była zwykła zazdrość o lepszy dobytek (dom kryty blachą zamiast strzechą, trzy krowy zamiast jednej, metalowe wiadro zamiast drewnianego kubła) – sprawcy mordów bardzo często przejmowali własność swoich ofiar.
Dlaczego metody były aż tak brutalne
Zychowicz wyjaśnił brutalność narzędzi (siekiery, cepy, kosy, piły) dwoma czynnikami: pragmatycznym niedoborem broni palnej w oddziałach UPA oraz świadomą strategią – kierownictwo od początku zdawało sobie sprawę z nieuchronności przyszłych rozliczeń, dlatego celowo angażowało w mordy masy chłopskie poprzez mniej lub bardziej wymuszoną mobilizację. Opisał mechanizm: najpierw polską wieś zajmowały regularne oddziały UPA (strilcy, kureń, sotnia), a następnie wkraczały zmobilizowane z sąsiednich wsi masy uzbrojonych w siekiery chłopów, które „kończyły robotę” – co pozwalało później budować narrację o rzekomo spontanicznym chłopskim buncie, niepowiązanym z odgórnym planem kierownictwa OUN. Zychowicz zdecydowanie odrzucił tę narrację jako fałszywą – decyzja o eksterminacji miała charakter w pełni polityczny i strategiczny, obliczony nie na przeszłe krzywdy, lecz na przyszłość: w kontekście klęski Niemców pod Stalingradem, gdy stawało się jasne, że wojna zmierza ku końcowi, ukraińskie kierownictwo chciało uniemożliwić Polsce powojenne roszczenia terytorialne poprzez fizyczne usunięcie polskiej ludności z tych terenów. Podkreślił, że taka logika budowy państwa jednorodnego etnicznie jest typowa dla nacjonalizmów na całym świecie i niezależnie od polityki Polski wobec Ukraińców, decyzja ta – jego zdaniem – prędzej czy później by zapadła.
Liczba ofiar i potrzeba ekshumacji
Na pytanie o liczbę ofiar Zychowicz przedstawił obecny konsensus badawczy: około 100 tysięcy ofiar polskich w całym konflikcie polsko-ukraińskim wobec kilkunastu tysięcy ofiar ukraińskich w ramach polskiego odwetu. Zastrzegł jednak szczerze, że nie zna precyzyjnej odpowiedzi na pytanie o dokładną liczbę – natura tej zbrodni sprawia, że trudno ją dziś dokładnie ustalić. Przywołał monumentalną pracę Ewy i Władysława Siemaszków, opartą głównie na źródłach mówionych, licząc ofiary wieś po wsi. Podkreślił, że głównym powodem, dla którego Polska powinna domagać się ekshumacji od Ukrainy, jest zwykła przyzwoitość wobec ofiar zasługujących na godny pochówek, a dopiero wtórnie – możliwość rzetelnego policzenia skali zbrodni.
Kontrowersje wokół książki „Wołyń zdradzony”
Historyk opisał kontrowersje, jakie wywołała jego książka, usunięta – mimo zdobycia największej liczby głosów – z konkursu Książka Historyczna Roku przez, jak to określił, „komisarzy politycznych” reprezentujących środowisko brązownictwa historycznego. Zapraszając sceptyków do samodzielnej weryfikacji przywołanych dokumentów źródłowych, podał dokładną lokalizację Archiwum Akt Nowych w Warszawie, opisując je żartobliwie jako „taki mały, okrągły budynek w pobliżu hali Banacha”.
Ignorowane ostrzeżenia od jesieni 1942 roku
Zychowicz szczegółowo opisał, jak od jesieni 1942 roku, na wiele miesięcy przed apogeum mordów, zaczęły znikać pojedyncze osoby na Wołyniu – najpierw leśnicy (co miało zapewnić UPA swobodę operowania w lasach), następnie księża, nauczyciele i inni przedstawiciele elit. Do Polaków docierały wprost ostrzeżenia w rodzaju „zrobimy z wami to, co Hitler zrobił z Żydami” – jeden z polskich wywiadowców zdołał wniknąć w struktury OUN i przesłał ostrzeżenie o przygotowaniach do mordów. Podkreślił, że problem nie polegał na jednorazowej erupcji przemocy, lecz na stopniowo narastającej fali, co czyni bierność Polskiego Państwa Podziemnego tym bardziej niezrozumiałą.
Przedstawił chronologię kluczowych zbrodni: w lutym 1943 roku spacyfikowano Parośle, gdzie Ukraińcy układali Polaków na podłodze i mordowali siekierami – jeden z ocalałych, dziecko z rozbitą czaszką, przeżył i jego wstrząsająca relacja znalazła się w pracy Siemaszków. Wczesną wiosną 1943 roku zaatakowano Lipniki, gdzie matka przyszłego kosmonauty PRL Mirosława Hermaszewskiego, uciekając z owiniętym w kurtkę synkiem, została postrzelona, ale ciepła kurtka pozwoliła dziecku przeżyć noc w śniegu do czasu odnalezienia następnego dnia. Kolejną potworną zbrodnią była Janowa Dolina, gdzie zginęło 300–400 osób. Kulminacją była tzw. Krwawa Wołyńska Niedziela 11 lipca 1943 roku, gdy UPA zaatakowała polskie miejscowości, wykorzystując fakt zgromadzenia się ludności w kościołach – co historyk określił jako największą jednorazową zbrodnię tej kampanii, po której nastąpiły kolejne fale mordów, podczas gdy Polskie Państwo Podziemne konsekwentnie zajmowało się innymi priorytetami.
Trzy przyczyny bierności Polskiego Państwa Podziemnego
Zychowicz wyjaśnił mechanizm zaniechania trzema głównymi przyczynami. Po pierwsze – lekceważenie przeciwnika: napływające z Wołynia sygnały o narastającym zagrożeniu odrzucano z przekonaniem, że „to nawet nie są Ukraińcy, to są ruscy chłopi”, postrzegani jako niezdolni do zorganizowanej przemocy „poczciwi” ludzie zajmujący się pszczelarstwem. Po drugie – silne w tradycji piłsudczykowskiej przekonanie, żywe do dziś w polskich elitach, że z Ukraińcami należy za wszelką cenę szukać porozumienia przeciwko innym przeciwnikom. Po trzecie, kluczowa przyczyna – absolutny priorytet walki z Niemcami: zacytował wstrząsający fragment dokumentu jednego z ocalałych, który napisał, że polskie władze interesowały się mordowaniem Polaków wyłącznie wtedy, gdy sprawcami byli Niemcy. Podkreślił, że całe struktury Armii Krajowej były podporządkowane przygotowaniom do przyszłej akcji „Burza”, stanowiącej powstanie powszechne pod koniec wojny – z tego powodu celowo zwlekano z budową partyzantki obronnej na Wołyniu.
27. Dywizja Wołyńska: dowód, że możliwości istniały
Historyk wskazał na paradoks, który jego zdaniem obala argument o braku sił do obrony (wynikającym rzekomo z wcześniejszych sowieckich deportacji Polaków w latach 1939–1941): gdy Sowieci wkroczyli na Wołyń – pierwsze terytorium, jakie zajęli, dokładnie w sylwestra 1944 roku – nagle „jak spod ziemi” wyłoniła się 27. Dywizja Wołyńska AK – jedno z największych zgrupowań partyzanckich w historii Armii Krajowej, dysponujące zarówno ludźmi, jak i bronią. Zychowicz zadał retoryczne pytanie, dlaczego ta broń nie została wykorzystana wcześniej, w trakcie samego ludobójstwa, zamiast leżeć ukryta w magazynach – zaznaczył gorzko paradoks, że polskie oddziały samoobrony otrzymywały więcej broni od Niemców niż od samej Armii Krajowej. Decyzję o utworzeniu lotnych oddziałów partyzanckich mających bronić polskich wsi podjęto dopiero 20 lipca 1943 roku – dziewięć dni po apogeum mordów. Powstałe wówczas oddziały (m.in. słynny oddział „Jastrzębia” oraz „Bomby”) działały, jak podkreślił Zychowicz, bardzo skutecznie, wygrywając większość starć z UPA – co jego zdaniem dowodzi, że wcześniejsza mobilizacja mogłaby uratować tysiące istnień, choć zastrzegł, że nie twierdzi, iż udałoby się uratować wszystkich, biorąc pod uwagę ogromną przewagę liczebną strony ukraińskiej na kolosalnym terytorium.
Zychowicz odniósł się też krytycznie do praktyki zawyżania liczby ofiar przez część środowisk nacjonalistycznych, kierujących się zasadą „im więcej, tym lepiej” – zadeklarował, że osobiście cieszy się, gdy rzetelne badania obniżają szacunkową liczbę ofiar, ponieważ oznacza to mniej rzeczywistego cierpienia.
Ukraina jako geopolityczny bufor: interes, nie moralność
Przechodząc do współczesnej polityki, Zychowicz przedstawił swoją perspektywę realistyczną, rozróżniając politykę wartości od polityki interesów. Skrytykował moralizatorską narrację o „złym Putinie” napadającym „biedną Ukrainę”, zauważając, że stosując te same kryteria konsekwentnie, należałoby zerwać sojusz z USA, biorąc pod uwagę skalę zniszczeń wywołanych amerykańskimi interwencjami w ostatnich dekadach. Podkreślił, że w rzeczywistości chodzi zawsze o realizację interesów narodowych, nie o abstrakcyjną moralność.
Z perspektywy polskiego interesu geopolitycznego przypomniał historyczne sąsiedztwo z Imperium Rosyjskim, kończące się seriami wojen (przywołał zajęcie Moskwy przez Polskę w 1610 roku, a następnie stopniowe słabnięcie Rzeczpospolitej na skutek wewnętrznej anarchii wobec rosnącej siły caratu, co doprowadziło do rozbiorów). Ocenił, że powstanie państw buforowych między Polską a Rosją – Litwy, Białorusi i Ukrainy (koncepcja ULB) – stworzyło dla Polski korzystną „pogodę geopolityczną”. Przywołał myśl przedwojennego publicysty Adolfa Bocheńskiego, jednego ze swoich politycznych mistrzów, który postulował, by sowiecki kolos rozpadł się na kilka silnych, najlepiej wzajemnie wrogich bytów, w tym Rosję i Ukrainę – co zapewniłoby, że konflikty toczyłyby się „pod Donieckiem”, nie „pod Przemyślem”.
Zychowicz jasno zadeklarował, że w polskim interesie leży utrzymanie się Ukrainy jako niepodległego, antyrosyjskiego państwa – bez względu na brutalność tego stwierdzenia, lepiej, by wojna toczyła się na terytorium ukraińskim niż polskim.
Sceptycyzm wobec akcesji Ukrainy do UE i NATO
Odnosząc się do pytania o członkostwo Ukrainy w Unii Europejskiej i NATO, Zychowicz wyraził poważne wątpliwości. Wskazał na konkurencję rynków rolniczych oraz na ograniczoną pulę funduszy unijnych, porównaną do dzielonej „pizzy” – wejście zrujnowanej wojną, wymagającej ogromnych inwestycji cywilizacyjnych Ukrainy oznaczałoby zmniejszenie unijnych transferów dla Polski. Zaproponował alternatywę: Ukraina powinna pozostać częścią zachodniej strefy wpływów, zbrojona przez Amerykanów i stawiająca opór Rosji, ale niekoniecznie formalnym członkiem UE. Wyraził też wątpliwości co do członkostwa w NATO, zwracając uwagę na konsekwencje artykułu 5 – w razie eskalacji konfliktu rosyjsko-ukraińskiego całe NATO mogłoby zostać w niego wciągnięte.
Przeprosiny to pusty gest – liczą się twarde żądania
Na pytanie, czy zamiast żądania przeprosin i poczucia winy Polska nie powinna twardo domagać się konkretnych ekshumacji, wykorzystując przy tym dźwignię w postaci pomocy zbrojeniowej dla Ukrainy, Zychowicz zdecydowanie odrzucił samą ideę domagania się przeprosin jako bezcelową. Zaproponował hipotetyczny scenariusz: nawet gdyby prezydent Zełenski publicznie przeprosił w imieniu narodu ukraińskiego za mordy UPA, byłby to gest bez trwałego znaczenia – strona ukraińska potraktowałaby to jako „kość rzuconą polskiemu buldogowi”, pozwalającą odwrócić uwagę od spraw naprawdę istotnych, a kolejny ukraiński prezydent nie byłby tym przeprosinami w żaden sposób związany. Ocenił takie żądania jako pusty frazes bez realnego znaczenia, w przeciwieństwie do konkretnych, twardych żądań w rodzaju ekshumacji, popartych realną dźwignią negocjacyjną.
Gościem programu „Punkty Zapalne” prowadzonego przez Wojciecha Mulika na kanale Goniec był Piotr Zychowicz, historyk i autor książki „Wołyń zdradzony”. Materiał na YouTube, kanał liczący 702 tys. subskrybentów. Opublikowany 11 lipca 2026.