Borys Romanko, wiceprezes Klubu Strzelających Inaczej i weteran misji dronowych na Ukrainie, był gościem Piotra Zychowicza w programie Historia Realna. Rozmowa dotyczyła technologii wojny dronowej, mechanizmów naprowadzania i przechwytywania bezzałogowców, gotowości Polski na ewentualny masowy atak dronowy oraz wniosków płynących z ukraińskich doświadczeń frontowych.
Atak na Moskwę jako punkt wyjścia rozmowy
Rozmowę otworzyły wydarzenia z poprzedniej nocy — od soboty na Rosję spadło 1600 ukraińskich dronów, z czego 450 na samą Moskwę, uderzając między innymi w kluczową rafinerię w Kapotni, 15 kilometrów od Kremla. Zychowicz przywołał wypowiedź mera Moskwy Siergieja Sobianina, według którego celem ataku miało być zakłócenie trwających właśnie w Rosji wyborów do Dumy Państwowej. Romanko ocenił, że tania metoda przesycania obrony przeciwnika dużą liczbą bezzałogowców ma sens, ponieważ zmusza system obronny do przepuszczenia choćby części ataków — na dłuższą metę nie da się skutecznie atakować wyłącznie drogimi rakietami.
Wyjaśnił mechanikę takiego nalotu — wbrew powszechnym wyobrażeniom drony nie lecą jedną zwartą chmarą, lecz są wypuszczane pojedynczo, z odstępem kilku minut, z wielu miejsc jednocześnie, co utrudnia ich wykrycie. Przed główną falą uderzeniową często wysyłane są mniejsze drony rozpoznawcze i tak zwane middle strike’i, mające za zadanie „oczyścić” trasę z walki radioelektronicznej, rozpoznania i obrony przeciwlotniczej przeciwnika.
Systemy nawigacji i naprowadzania
Romanko szczegółowo omówił dostępne systemy nawigacji stosowane w dronach dalekiego zasięgu — globalny system pozycjonowania satelitarnego (obejmujący amerykański GPS, europejski Galileo, rosyjski GLONASS, chiński Beidou oraz systemy indyjski i japoński), nawigację inercyjną opartą na czujnikach przepływu powietrza i kompasie, nawigację wizualną porównującą obraz z kamery z mapą satelitarną, nawigację po sygnałach radiowych z wież nadawczych oraz nawigację wysokościową wykorzystującą lidar. Podkreślił, że nowoczesne ukraińskie drony dalekiego zasięgu łączą zwykle minimum trzy takie systemy jednocześnie, dzięki czemu zagłuszenie jednego z nich nie unieszkodliwia całej maszyny.
Wyjaśnił zjawisko spoofingu, czyli podszywania się pod fałszywy sygnał nawigacyjny, opisując własne doświadczenia z podróży po Ukrainie, gdzie nawigacja samochodowa potrafiła w rejonach zagrożonych atakiem pokazywać lokalizację w Argentynie lub stopniowo przesuwać trasę o kilka metrów na sekundę. Zaznaczył, że systemy antyspoofingowe w dronach potrafią odróżniać nagłe, fałszywe skoki pozycji od stopniowych, bardziej wiarygodnych odchyleń przypominających działanie wiatru.
Rola sztucznej inteligencji w wyborze celów
Romanko rozróżnił obecnie stosowane uczenie maszynowe od prawdziwej sztucznej inteligencji — dzisiejsze drony rozpoznają zaprogramowane wcześniej kształty celów (pojazdy wojskowe, fabryki, elementy infrastruktury) na podstawie zdjęć satelitarnych wgranych do pamięci, ale pełna autonomia decyzyjna, obejmująca samodzielny wybór celu, trasy i taktyki ataku, dopiero się kształtuje. Ocenił, że w ciągu roku lub dwóch lat decyzyjność człowieka na etapie ataku będzie już bardzo ograniczona — wskazał na ukraiński system Delta, w którym sztuczna inteligencja już dziś klasyfikuje i sortuje cele według ważności, pozostawiając operatorowi jedynie zapytania w rodzaju „pokaż mi ciężarówki” czy „pokaż mi rafinerię”.
Rosyjskie drony odrzutowe jako nowe wyzwanie
Zychowicz przywołał wypowiedź premiera Donalda Tuska z czwartkowego wystąpienia sejmowego o nowych, szybszych i trudniejszych do zwalczania rosyjskich dronach odrzutowych. Romanko potwierdził, że Rosja przeszła od tłokowych Szahedów 131/136 do nowszych dronów Gerań-4 i Gerań-5, osiągających prędkość do 600 kilometrów na godzinę na pułapie do 8 tysięcy metrów — Zełenski ujawnił niedawno, że Rosja wystrzeliła 2800 takich dronów, z czego Ukraińcy zestrzelili jedynie 60 procent, co oznacza, że około 40 procent, czyli ponad tysiąc jednostek, dotarło do celu. Zychowicz podsumował problem obrazowo, zauważając, że dzisiejszego drona odrzutowego „nie zestrzeli się już jak shotgunem na kaczki z otwartej awionetki”.
Romanko wyjaśnił, że klasyczne, tanie przechwytujące drony FPV, osiągające do 400 kilometrów na godzinę, stały się wobec takiej prędkości nieskuteczne. Opisał dodatkowe zagrożenie — część rosyjskich Geraniów niesie ze sobą niewielkie drony przechwytujące, wystrzeliwane w kierunku próbujących je zestrzelić ukraińskich samolotów Antonow, co doprowadziło już do utraty kilku takich maszyn. Zaznaczył, że drony te są sterowane przez operatorów za pomocą sieci przekaźnikowej wzdłuż granicy białoruskiej, co czyni je jeszcze trudniejszymi do zwalczenia, ponieważ człowiek w pętli sterowania może reagować nieprzewidywalnie.
Drony przechwytujące jako najskuteczniejsza odpowiedź
Romanko przedstawił argumenty za wykorzystaniem specjalizowanych dronów przechwytujących zamiast kosztownych rakiet czy startów myśliwców — powołał się na rozmowę z ukraińskim operatorem, którego piętnastoosobowa ekipa chroni cały batalion przed dronami rozpoznawczymi i taktycznymi, takimi jak Orłan, Lancet czy Zała, wykorzystując tanie drony osiągające prędkość 250-300 kilometrów na godzinę. Podkreślił przewagę tego rozwiązania — w przeciwieństwie do wystrzelonej rakiety, niewykorzystany dron przechwytujący można odzyskać, naładować i użyć ponownie, a jego zasięg operacyjny sięga kilkunastu kilometrów, znacznie przewyższając zasięg ręcznych zestawów przeciwlotniczych typu Grom czy Piorun (do 10 kilometrów).
Zychowicz przywołał w tym kontekście viralowe zdjęcie ukraińskiego pilota myśliwca, odwracającego się w kokpicie, by spojrzeć na zestrzelonego przez siebie drona spadającego z czarną smugą dymu — pytając, czy takie zwalczanie dronów rakietami z myśliwców jest w ogóle opłacalne kosztowo. Romanko przyznał, że na Ukrainie z braku lepszej alternatywy wciąż wykorzystuje się myśliwce, jednak nie rakiety, lecz działka pokładowe — rakiety są zbyt drogie wobec skali ataków, a jeden lot myśliwca sam w sobie generuje wysoki koszt paliwa i obsługi. Zaznaczył jednak, że eksplozję niszczącą przechwytywany dron trzeba wywołać z wyprzedzeniem pół metra do metra przed kontaktem, ponieważ nowoczesne drony posiadają czujniki zbliżeniowe pozwalające im unikać kolizji.
Diagnoza gotowości Polski
Zapytany wprost, czy Polska byłaby w stanie obronić się przed nalotem kilkuset dronów, o którym ostrzegał premier Tusk, Romanko odpowiedział jednoznacznie przecząco. Ocenił, że Polska nie dysponuje rozwiniętym systemem powiadamiania, wykrywania i zwalczania takiej skali zagrożenia, oraz że polscy żołnierze będą musieli mierzyć się z „falą robotów” — nie tylko latających, ale też naziemnych i pływających, biorąc pod uwagę rozwinięty przez Rosję cały ekosystem bezzałogowców. Przyznał, że nie ma podstawowych detektorów ani procedur ostrzegania dla żołnierzy pełniących służbę na granicy.
Zychowicz zwrócił uwagę na kluczową różnicę czasową — Ukraina miała czteroipółletni okres, by stopniowo adaptować się do rozwijającej się rewolucji dronowej, podczas gdy Polska, w razie ataku, musiałaby uczyć się tego samego w ciągu tygodni lub miesięcy, co Romanko przyznał wprost, zgadzając się z tą diagnozą.
Ukraiński model oddolnej innowacji
Romanko podkreślił, że cały ukraiński system walki dronowej — w tym system Delta czy Kropywa oraz drony przechwytujące — powstał nie z inicjatywy armii, lecz oddolnie, dzięki determinacji pojedynczych żołnierzy, którzy wymusili wdrożenie swoich rozwiązań na strukturach wojskowych. Podał przykład polskiej inicjatywy z 24. Brygady, gdzie żołnierze przerabiają zwykłe samochody z automatyczną skrzynią biegów na naziemne drony transportowe kosztem około 6-7 tysięcy złotych i tygodnia pracy, sterowane przez łącze Starlink, o udźwigu do 1,5 tony.
Zaznaczył, że większość strat dronów na wczesnym etapie wojny wynikała nie z zagłuszania, lecz z błędów w pilotażu — niedoświadczeni operatorzy tracili drony podczas lądowania w trudnych warunkach, gdy sprzęt bez GPS-owego pozycjonowania dryfował z wiatrem. To, jego zdaniem, uzasadnia potrzebę zakupu milionów tanich dronów do celów szkoleniowych — sam wyszkolił dotąd kilka tysięcy osób w obsłudze dronów rozpoznawczych i ponad 1500 osób w dronach uderzeniowych.
Lista potrzeb: co powinna kupić Polska
Romanko przedstawił szczegółową listę typów bezzałogowców niezbędnych polskiej armii: małe drony FPV dla żołnierzy liniowych, drony przechwytujące do zwalczania nadlatujących zagrożeń, drony dalekiego zasięgu do odpowiedzi na głębokie tyły przeciwnika, drony naziemne transportowe (koszt 16-20 tysięcy złotych, zasięg 20-50 kilometrów, udźwig do 300 kilogramów — przykład skonstruowanego przez żołnierza zawodowego o imieniu Gracjan), małe drony do minowania terenu, drony morskie do dozoru wybrzeża (przykład polskiej spółki Rdest, zdolne operować przy stanie morza do czterech, wkrótce do pięciu) oraz drony średniego zasięgu (mid-strike), które we współczesnych realiach oznaczają zasięg nawet do 60 kilometrów — jak w przypadku ukraińskiej jednostki Signum, docierającej dronami do lotniska w Biełgorodzie.
Podkreślił też konieczność masowego rozmieszczenia radarów krótkiego zasięgu w całym kraju, nie tylko przy granicy, ponieważ bez takiego pokrycia wojsko nie jest w stanie namierzyć drona nawet w głębi terytorium, co uniemożliwia myśliwcom skuteczne reagowanie działkami pokładowymi.
Krytyka decyzji zakupowych
Romanko ostro skrytykował decyzję o zakupie tysięcy dronów obserwacyjnych typu Autel z fizycznie wylutowanym złączem HDMI, uniemożliwiającym streamowanie obrazu — uznał to za pozbawienie drona jego najważniejszej funkcji, czyli przekazywania obrazu w czasie rzeczywistym dowództwu artylerii czy piechoty. Ocenił też, że polskie firmy zbrojeniowe rozwijają obiecujące projekty dronów różnych typów, ale brakuje spójnej, systemowej wizji, do jakiego modelu prowadzenia wojny drony te mają docelowo służyć.
Debata o czołgach
Zychowicz przywołał krążącą wśród sceptyków opinię, że entuzjaści dronów uprawiają tak zwaną „dronozę”, a to, co dzieje się na Ukrainie, to jedynie „wojna biednych” — podczas gdy Polska, jak twierdzą zwolennicy tradycyjnego uzbrojenia, będzie walczyć „na bogato” amerykańskimi rakietami wartymi po 5 milionów dolarów, których zapasy, jak ironicznie zauważył, już się praktycznie skończyły. Przywołał też wprost wypowiedź jednego z generałów, według którego drony to „komunijny prezent”, w przeciwieństwie do „prawdziwej broni” kupowanej za miliardy od Amerykanów.
W kontekście zakupu 96 śmigłowców Apache za 40 miliardów złotych (plus szacowane kolejne 100 miliardów kosztów eksploatacji), Zychowicz zapytał, czy te środki nie byłyby lepiej wydane na drony. Romanko bronił jednak potrzeby posiadania czołgów, argumentując, że pojazdy opancerzone dają czas i zdolność przebicia linii frontu dzięki pancerzowi, potężnej armacie 120 milimetrów oraz zdolności poruszania się w dowolnym terenie, niezależnie od dróg. Jako przykład granic skuteczności takiej obrony przywołał trzy linie okopów przeciwpancernych, jakie Ukraińcy wykopali wokół Kramatorska, by zabezpieczyć miasto przed natarciem pancernym — ocenił, że nawet w erze dronów manewr wojskowy nie umrze, choć stanie się bardziej skomplikowany.
Wsparcie dla Ukrainy jako strategia odstraszania
Podsumowując rozmowę, Romanko ocenił, że najważniejszą odpowiedzią Polski na obecne zagrożenie jest pełne wsparcie dla Ukrainy — dopóki wojna toczy się na terytorium ukraińskim, Rosja nie ma zasobów, by jednocześnie zaatakować Polskę. Wyraził przekonanie, że pokonanie Rosji militarnie jest niemożliwe, ale kumulujące się straty gospodarcze, wynikające między innymi z ataków na infrastrukturę energetyczną, mogą doprowadzić do wewnętrznej zmiany władzy w Rosji.
Odnosząc się do ryzyka odwetu za wspieranie Ukrainy, Romanko zaproponował strategię zdecydowanego odstraszania — zbudowania takich zdolności ofensywnych, w tym dronowych, które w razie ataku pozwoliłyby Polsce odpowiedzieć uderzeniem sięgającym Mińska, Petersburga czy Kaliningradu. Podsumował ekonomiczny wymiar swojej propozycji żartobliwym stwierdzeniem, że taka strategia sprawi, iż „nikt nie będzie dronował naszych podatkowych portfeli”. Zychowicz przypomniał też wcześniejszy incydent z września 2025 roku, gdy rakieta wystrzelona przez sojuszniczy myśliwiec nad Polską wybiła w dachu niewinnego małżeństwa dziurę wielkości studni — ludzie cudem wówczas przeżyli — jako przykład realnych kosztów obrony przed masowym atakiem powietrznym.
Zychowicz podsumował rozmowę wnioskiem, że budowa silnych, tanich sił dronowych może stanowić skuteczniejszy czynnik odstraszający niż tradycyjne, kosztowne uzbrojenie, choć przyznał, że argumenty Romanki częściowo złagodziły jego wcześniejszy sceptycyzm wobec roli czołgów.
Apel o wsparcie działaczy proobronnych
Na zakończenie Romanko zaapelował do widzów o wspieranie osób zaangażowanych w szkolenie proobronne — wymienił z nazwiska Damiana Dudę jako innego działacza wartego wsparcia, obok siebie samego. Zachęcił do przekazywania 1,5 procent podatku na rzecz Stowarzyszenia Klub Strzelających Inaczej, wspierania organizowanych przez stowarzyszenie wykładów z udziałem ukraińskich weteranów oraz angażowania się w lokalne struktury proobronne i w Ochotniczą Straż Pożarną, podkreślając wagę budowania lokalnej odporności społecznej na ewentualne kryzysy.
Materiał „Polska nie gotowa? Czy obronimy się przed setkami dronów?” ukazał się na kanale Historia Realna (774 tys. subskrybentów) 20 września 2026 roku. Rozmawiali Piotr Zychowicz i Borys Romanko.