Manewr wraca na pole walki? Ukraina stabilizuje front, Rosja szykuje jesienną ofensywę — Jarosław Wolski w raporcie z wojny

Jarosław Wolski w ostatnim wrześniowym raporcie z wojny na kanale „WoW – Wolski o Wojnie”, obejmującym okres od 13 do 27 września 2026 roku, omówił sytuację na całej linii frontu, od Chersonia po Kupiańsk. Najwięcej uwagi poświęcił pytaniu, czy na pole walki wraca manewr. Na przykładzie ukraińskiej operacji „Vivaldi” pod Łymanem i analogii z ofensywami z 1918 roku przewidział, że do czerwca przyszłego roku zobaczymy kolejne operacje świadczące o „odmrażaniu” manewru, przynajmniej w wymiarze taktycznym. Ocenił, że sytuacja Ukrainy na froncie jest paradoksalnie lepsza niż przed rokiem, choć spada skuteczność przechwytywania rosyjskich dronów, a Rosja przygotowuje jesienną ofensywę na Słowiańsk i Kramatorsk. Odniósł się też do zagrożenia dla Polski i państw bałtyckich oraz do problemu ukraińskich weteranów z PTSD w kontekście ataku w Jarosławiu.

Chersoń i Zaporoże: rosyjskie postępy pod Orichowem

Wolski zaczął od odcinka chersońskiego, gdzie front się nie zmienił, choć Rosjanie regularnie urządzają dronami „ludzkie safari” na mieszkańców Chersonia i dezorganizują życie miasta. Nazwał to zbrodnią wojenną, zaznaczając, że to temat na osobną dyskusję. Na odcinku zaporoskim w rejonie Kamianskiego i Stepnohirska od dwóch tygodni nic się nie zmieniło. Według części źródeł Rosjanie odzyskali Szczerbaki i Małe Szczerbaki, leżące zaledwie kilometr od teoretycznej rosyjskiej linii, co najlepiej oddaje charakter tej wojny. Autor przypomniał, że linia na mapie jest bardzo umowna, bo pas ziemi niczyjej ma kilkanaście kilometrów szerokości, a małe grupy żołnierzy obu stron są w nim przemieszane. Rosjanie prowadzą wiele działań infiltracyjnych i quasi-rajdowych, a ukraińskich żołnierzy trzymających linię jest bardzo mało. Nie zaznaczył zdobycia obu wsi, bo sam nie znalazł potwierdzających materiałów, choć inni autorzy map to robią. Ciekawsza jest sytuacja pod Orichowem. Mała Tokmaczka jest ewidentnie w rosyjskich rękach, ale stamtąd Rosjanie nie doszli do Orichowa. Doszli do niego za to uderzeniem na północ przez Nowodanyliwkę, zajmując ulicę Bohaterów ATO. Wszystko wskazuje na to, że między tymi kierunkami tkwi „worek” z ukraińskimi żołnierzami, w miejscu, gdzie były ukraińskie fortyfikacje polowe. Wolski uznał to za duże rosyjskie sukcesy jak na front, który przez lata stał zabetonowany. Dodał, że tak kończy się naśmiewanie z tego, iż Małą Tokmaczkę utrzymywano dłużej, niż trwała I wojna światowa. Rosjanie zajęli też Myrne i sąsiednie miejscowości. Twierdzą także, że dotarli do Czerwonej Krynicy, a pewne nagrania pozwalają coś tam zgeolokalizować. Miejscowość leży jednak 11 kilometrów od zajętych pozycji, więc mogło chodzić o małe grupy infiltracyjne, które zajęły kilka opuszczonych domów. Autor nie zaznaczył tego, bo nie uważa, że Rosjanie kontrolują tę wieś, i zapowiedział aktualizację, jeśli to się zmieni.

Cztery Dobropola i zatrzymana ofensywa na zachód

Dalej na północ sytuacja się nie zmieniła: rosyjskie uderzenie na zachód zostało powstrzymane. Wolski uznał to za dobrą wiadomość dla Ukrainy, bo cały ten rok był czasem rosyjskiej ofensywy na zachód. Zażartował, że omówi dziś cztery miejscowości o nazwie Dobropole. Pierwsza pozostaje w ukraińskich rękach, w rejonie ukraińskiego kontruderzenia z wczesnej zimy, które według autora przyniosło sukces: Rosjan wyparto i odtworzono linię obrony. Walki toczą się nad rzeką Sołona, ważnym rubieżem dla ukraińskiej obrony, ale bez zmian od ostatniego raportu. Udaczne jest zajęte, a Rosjanie mogą wykorzystać także zdobycie Myrnohradu. Drugie Dobropole, wieś na południe od miasta, jest zajęte, przynajmniej w południowej części. W rosyjskie ręce wpadło Szewczenko, prawdopodobnie także Switłe, a walki trwają o kilka okolicznych miejscowości, w tym Krasnopodilla. Biłyćke według autora jest już całkowicie rosyjskie, co nie jest dobrą wiadomością dla Ukrainy. W przypadku trzeciego Dobropola, czyli samego miasta, Rosjanie dotarli do pobliskich miejscowości działaniami infiltracyjnymi i rajdowymi. Na południu miasta albo doszli i zostali wyparci, albo była to „humbuk”, więc Wolski usunął to oznaczenie z mapy. Samo miasto kontrolują Ukraińcy, ale Rosjanie z pewnością spróbują zająć je z dwóch stron, bo to ważny węzeł drogowy, a już przecięli istotną drogę łączącą Dobropole z Kramatorskiem. Rosjanie dotarli też do Rubiżnego. Autor przypomniał rajd rosyjskiego czołgu, który przejechał 15 kilometrów i został spalony przez Ukraińców, więc nie ma się czym „podniecać”.

Konstantynówka i Pas Twierdz

Konstantynówka wciąż walczy, co według Wolskiego pokazuje, że sierpniowe informacje o jej upadku były mocno na wyrost. Rosjanie kontrolują już cztery piąte miasta, ale jego centrum nadal bronią Ukraińcy, którzy prawdopodobnie będą się stopniowo wycofywać na północ. Na północy Rosjanie dotarli do Pasa Twierdz, m.in. do Fedoriwki i Małyniwki, a prawdopodobnie także do Iliniwki, czyli miejsc, które Ukraińcy latami przygotowywali do obrony. Kramatorsk powoli pustoszeje, jest ewakuowany i przygotowywany do obrony. Autor wspomniał przy tym o tamtejszym lotnisku, słynnym z ostrzału rakietowego w 2014 roku, zaznaczając, że to ciekawa historia na osobny odcinek. Dotarcie Rosjan do Pasa Twierdz może oznaczać, że walki o Słowiańsk i Kramatorsk potrwają na przykład od listopada do czerwca przyszłego roku, a Ukraińcy bez wątpienia będą obu miast mocno bronić. Na wschód od nich panuje bałagan, bo Rosjanie ominęli część ukraińskich punktów oporu, które jednak wciąż się trzymają. Miesiąc temu Rosjanie dotarli do Raj-Ołeksandriwki i Krywej Łuki, ale niewiele im to dało, bo dopiero teraz zajmują zagajniki między nimi i próbują wyprzeć Ukraińców. Nie potwierdziły się informacje, że doszli do słowiańskiej elektrociepłowni, która i tak według autora już nie działa.

Łyman i operacja „Vivaldi”

Za Siwerskim Dońcem Ukraińcy prawdopodobnie dotarli pod Jampil, choć nie jest to potwierdzone. W lasach w tym rejonie toczą się bardzo ciężkie walki, które Wolski porównał do lasów spod Verdun. Spod Łymania Rosjan odparto. Autor podkreślił, że Ukraińcy mocno nagłaśniają operację „Vivaldi”, publikując wywiady z dowódcami i liczne materiały. To drugi duży, choć, jak zastrzegł, „mikro”, sukces Ukrainy w tym roku, po kontruderzeniu z jesieni. Operacja zlikwidowała występ zagrażający Łymaniowi od północy i nie pozwoliła Rosjanom dojść od północy pod Siwersk, ruszyć na Izium ani zająć Łymania. Wolski nazwał to „kawałem świetnej ukraińskiej roboty”, która pokazuje, że manewr prawdopodobnie nie umarł. Według części komentatorów Ukraińcy przekroczyli rzekę Żerebeć i próbują dojść do kolejnych miejscowości, ale autor tego nie zaznaczył. Przyznał, że prawdopodobnie Ukraińcy faktycznie doszli do Żerebca, ale „ze swojego fotela w Gdyni” nie jest w stanie rozpoznać, co zostało zajęte.

Oskoł, Kupiańsk i kocioł „rodem z Rybara”

Dalej na północ sytuacja jest stabilna. Rosjanie próbują zlikwidować ukraińskie „woreczki” w pasie przesłaniania nad Oskołem, na szczęście bez skutku, ale sytuacja ukraińskich żołnierzy jest ciężka. Stąd dramatyczne apele o złe zaopatrzenie brygad, choć od lata się ono poprawiło. Wolski pokazał zaktualizowane zdjęcia satelitarne dobrej jakości z ukraińskimi fortyfikacjami polowymi. Część z nich jest już przeorana bombami FAB, a inne są według niego zrobione zgodnie ze sztuką i naprawdę przemyślane. Pod Kupiańskiem nie ma potwierdzeń, że Rosjanie zajęli dalszą część miasta, a samo miasto zostało w końcu wyczyszczone z rosyjskich żołnierzy. Na północy wiele wskazuje na rosyjskie uderzenie, ale nie ma mowy o żadnym kotle, większych zdobyczach ani okrążeniu wojsk ukraińskich, co autor nazwał opowieściami „rodem z Rybara”. Rosyjskie działania są tam skutecznie kontrowane. Podsumował, że na mapie wydarzyło się niewiele nowego.

Kącik czytelniczy: Gdynia bez lukru

W kąciku czytelniczym Wolski polecił książkę „Gdynia między wojnami. Opowieść o narodzinach i życiu miasta” Aleksandry Tarkowskiej. To część liczącej ponad dwadzieścia tytułów serii o różnych miastach, bazującej na sentymencie Polaków do dwudziestolecia międzywojennego. Książka opisuje wiele aspektów życia Gdyni, od budownictwa po przestępczość i policję. Jest cienka, lekka i przyjemna, dobra na prezent i nieangażująca intelektualnie, choć ma spory format. Minusem jest według autora to, że mało w niej o tym, iż II Rzeczpospolita nie była krainą mlekiem i miodem płynącą. Polska była wtedy krajem przeraźliwie biednym, sklejonym z zaborów, różnie traktującym swoich obywateli, co zresztą było wówczas standardem w Europie. Gdynia, podobnie jak Centralny Okręg Przemysłowy, była jasnym punktem i elementem państwowej propagandy. Wolski podkreślił, że wiele się wtedy udawało, ale z wieloma problemami, więc warto pamiętać, że rzeczywistość była znacznie bardziej wieloaspektowa.

Czy manewr wraca? Lekcja z 1918 roku

W części analitycznej Wolski przypomniał, że po udanej operacji „Vivaldi” ukazało się wiele wywiadów z ukraińskimi dowódcami, oficerami i żołnierzami. Opowiadają w nich, jak przez około pół roku po cichu odbijali tereny na północ od Łymania, a główny wniosek ludzi z „Azowa” brzmi, że manewr powoli wraca. Autor przypomniał, że od dawna mówi, iż jesteśmy w „1917 roku”: wtedy wciąż były karabiny maszynowe, okopy i straty jak nad Sommą, ale pojawiała się już masa krytyczna nowych, często taktycznych rozwiązań, które pozwalały uwolnić manewr. Polecił solidne opracowanie Davida T. Zabeckiego o niemieckich ofensywach z 1918 roku. Z pięciu ofensyw Ludendorffa cztery przyniosły imponujące zyski taktyczne, a piąta była już siłą rozpędu. Niemcy i tak przegrali wojnę, bo cesarstwo było wyczerpane i nie zdołało pokonać głównie Brytyjczyków przed przybyciem większej liczby Amerykanów. Ofensywy te pokazały jednak, że manewr odmrożono, choć wcześniej wszyscy mówili, że będzie zabetonowany. Wolski uważa, że jesteśmy teraz w tym samym momencie i wkrótce zobaczymy powrót działań manewrowych w Ukrainie po obu stronach, w wymiarze taktycznym na pewno. Zachęcił widzów, by „wygrzebali” ten odcinek za rok. Otwarte pozostaje pytanie, czy przełoży się to na wymiar operacyjny, czyli manewr w głębi.

Trzy problemy i brak jednego klucza

Autor wskazał trzy duże problemy wynikające głównie z upowszechnienia dronów. Pierwszy i największy to odsunięcie logistyki, która na wojnie jest wszystkim. Gdy logistyka musi być już nie 5–10, lecz 50 kilometrów od linii walk, prowadzenie działań, zwłaszcza manewrowych, staje się tragedią. Małym grupom żołnierzy można dowieźć dronami naziemnymi lub powietrznymi amunicję, wodę i jedzenie, ale do broni zespołowej jest trudniej, do broni wsparcia bardzo trudno, a dla artylerii prawie niewykonalnie. Dodał, że do łask wracają moździerze poniżej 100 milimetrów, będące bronią wsparcia piechoty, a nie artylerią. Drugim problemem jest przezroczystość pola walki. Maskowanie, mylenie i pozoracja zawsze były jednymi z najważniejszych elementów sztuki wojennej, a dziś z powodu nieustannie wiszących dronów obie strony wiedzą, co planuje przeciwnik, i mogą skoncentrować ogień. Trzecim jest kryzys manewru, czyli polowanie tanimi środkami rażenia na wszystkie pojazdy na polu walki. Rozwiązanie wypracowane przez ukraiński III Korpus nie ma jednego genialnego klucza, takiego jak super zagłuszarka, aktywny system ochrony czy lepsze klatki i pancerze, lecz jest zestawem środków zaradczych. Najważniejsze są polowanie na rosyjskich operatorów dronów i strącanie dronów rozpoznawczych własnymi dronami przechwytującymi, by utrudnić rozeznanie. Do tego dochodzi bardzo staranne planowanie, w tym uderzenia w momentach, gdy drony mają problem z lataniem, czyli podczas ulewnych deszczów, dużego zachmurzenia, a wkrótce śnieżyc. Wtedy można też podciągać logistykę. Ważne jest również skuteczne wykorzystanie zagłuszarek. To wszystko bardzo komplikuje prowadzenie operacji i wymaga świetnie wyszkolonych dowódców pododdziałów, zwłaszcza od batalionu w dół, którzy potrafią wykorzystać krótkie okienka, by ratować żołnierzy, podciągnąć logistykę i uderzyć. Ukraińcy wykorzystali to w operacji „Vivaldi”, a wcześniej w zimowym kontruderzeniu na Zaporożu. Trwa to jednak długo: „Vivaldi” to „cztery pory roku”, z których minęły niecałe trzy, czyli pół roku działań, a uderzenie na Zaporożu zajęło kwartał, by zyskać 15–20 kilometrów. W „Vivaldi” sukces jest nieco większy, bo zlikwidowano cały występ i odrzucono Rosjan. Wolski zaznaczył, że to samo pokazują niestety Rosjanie. Wyśmiewano rosyjskie czołgi z systemem Arena, które zostały zniszczone, ale wykonały zadanie. Rosjanie z jakichś przyczyn doszli do Dobropola i zajęli Szachowe, więc na swoją skalę też częściowo odmrozili manewr. Autor przewidział, że do czerwca przyszłego roku zobaczymy w wymiarze taktycznym kilka kolejnych takich operacji, i poprosił, by trzymać go za słowo.

Bilans: lepiej na froncie, gorzej w powietrzu

Wolski ocenił, że sytuacja na polu walki jest dla Ukraińców paradoksalnie lepsza niż jesienią ubiegłego roku, głównie dlatego, że nie ma już takiej fali dezercji, choć nadal się zdarzają. Minusem jest spadek skuteczności przechwytywania tanich rosyjskich dronów uderzeniowych, które autor nazywa już raczej pociskami manewrującymi. Według opracowań Clémenta Molina w poprzednich latach przechwytywano 86–90 procent takich dronów, a w tym roku około 70 procent. Inne typy są strącane jak dotąd, w prawie 90 procentach, ale odrzutowe wersje Gerania przechwytuje się zaledwie w połowie, bo są znacznie trudniejszym przeciwnikiem. Przypomniał nagrania, na których F-16 polują na nie z działek, co świadczy o problemie z pociskami powietrze–powietrze. Trudno, żeby go nie było, skoro co miesiąc nad Ukrainę nadlatuje kilka tysięcy takich środków napadu powietrznego. Wspomniał też o zniszczonym przez Rosję przemyśle stalowym, ważnym dla ukraińskiego PKB, i o problemach z mobilizacją. Na froncie sytuacja jest jednak stabilna i nie widać symptomów większych tragedii. Rosjanie przygotowują duże jesienne ofensywy, zwłaszcza na Kramatorsk i Słowiańsk, które będą chcieli zdobyć za wszelką cenę, a być może podejdą pod Zaporoże. Bardzo niekorzystne byłoby otwarcie nowego kierunku strategicznego, na przykład czernihowskiego czy kijowskiego. Nie chodziłoby o zajęcie tych miast, lecz o związanie dużej części ukraińskich sił i uniemożliwienie rotacji w Donbasie, o czym autor mówił już w poprzednim raporcie. W odniesieniu do Polski Wolski nie widzi żadnych symptomów przygotowań Rosji do pełnoskalowej agresji na Polskę czy państwa bałtyckie, rozumianej jako przerzut tysięcy sztuk sprzętu i żołnierzy czy powszechna mobilizacja. Widzi natomiast przygotowania do aktów dywersji, terroryzmu i sabotażu, czyli działań nieco bardziej kinetycznych. Duże jest zagrożenie operacjami quasi-hybrydowymi w państwach bałtyckich, ale dla Polski, jak ocenił, „duży spokój”. Wyraził nadzieję na negocjacje pokojowe, bo Rosjanie prawdopodobnie znów spróbują militarnie wyszarpać to, co chcą osiągnąć. Prawdopodobnie znów im się nie uda, ale sytuacja humanitarna Ukraińców może być w tym roku wyjątkowo zła. Zaznaczył, że zamiast opowiadać o „przedzidziu dzidy i zadzidziu przedzidzia”, czyli o walkach o pojedyncze wioski, woli dać widzom „widok z helikoptera”: sytuacja jest stabilna, niestety dla obu stron.

PTSD, weterani i lekcja z Jarosławia

Wolski zapowiedział, że temat PTSD i łączenia rodzin, w tym wpuszczania do Polski żołnierzy z zespołem stresu pourazowego, rozwinie w osobnym odcinku po rozmowach ze specjalistami, bo jest zbyt trudny, by go spłycać. Podkreślił, że pomysł, by nie łączyć rodzin i nie wpuszczać nikogo, kto walczył, to „bzdura krzywdząca dla ludzi”. Zauważył, że opieka MON nad polskimi weteranami poprawiła się skokowo po latach, ale Polska nie dorosła jeszcze do tego, że taki sam problem pojawi się z ukraińskimi weteranami z ciężkim PTSD. Przypomniał, że sprawca zbrodni w Jarosławiu, którego nazwał szaleńcem, nie walczył na froncie ani nie brał udziału w działaniach wojennych, a według prokuratury jest osobą zaburzoną i niepoczytalną. Państwo polskie stanie jednak przed dużym dylematem: nie można nie łączyć rodzin, a jednocześnie trzeba tym ludziom zapewnić pomoc, która systemowo im się nie należy. Jeśli problem zostanie zlekceważony, Polskę czeka według autora fala patologii, przemocy, brutalnych zabójstw, alkoholizmu, narkomanii i przestępczości zorganizowanej. Trzeba więc działać zapobiegawczo i blokować to w zarodku, nawet jeśli wydaje się to mało skuteczne. Skrytykował tendencję do „wylewania dziecka z kąpielą” lub wręcz „wrzucania tostera do wanny”, czyli pomysły, by wygonić kobiety i dzieci, których mężowie mają PTSD, z powrotem do Ukrainy. Państwo, które przez lata uczyło się pomagać własnym żołnierzom z misji zagranicznych, z których część miała zniszczone życie, rozpadające się małżeństwa i poważne objawy chorób psychicznych, wciąż ma z tym problem. Tymczasem skala tamtych misji nie umywa się do pełnoskalowej wojny, a do Polski trafi kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy ludzi bardzo pokaleczonych psychicznie. Systemowych rozwiązań brak, co autor porównał ironicznie do stanu budownictwa ochronnego dla cywilów w „naszym pięknym kraju”.


Materiał „UKRAINA RAPORT Z WOJNY 27 września 2026. Czy manewr powróci na pole walki?” dostępny na kanale WoW – Wolski o Wojnie na YouTube, liczącym 320 tys. subskrybentów. Opublikowany 27 września 2026.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *