Motyka i Brzeziecki w Studiu bez fikcji: dlaczego świat wciąż nie uznaje rzezi wołyńskiej za ludobójstwo
Ponad 80 lat po zbrodni wołyńskiej wciąż nie znamy dokładnej liczby jej ofiar, a społeczność międzynarodowa nie uznaje tych wydarzeń za ludobójstwo. O przyczynach tego stanu rzeczy, politycznym wykorzystywaniu historii oraz mitach narosłych wokół dywizji SS Galizien rozmawiali prof. Grzegorz Motyka, historyk specjalizujący się w dziejach konfliktu polsko-ukraińskiego, oraz Andrzej Brzeziecki, publicysta i współautor książki „Gra pamięcią”, w programie „Studio bez fikcji” na kanale Historia, jakiej nie znacie.
Dlaczego nie znamy liczby ofiar
Prowadzący programu zwrócił uwagę na paradoks: liczbę ofiar zbrodni katyńskiej znamy co do jednego, podczas gdy w przypadku rzezi wołyńskiej szacunki wahają się od 80 do 120 tysięcy, z rozrzutem sięgającym nawet 10 tysięcy błędu. Motyka wyjaśnił, że systematyczne badania i ustalanie list ofiar rozpoczęto dopiero w połowie lat 80. XX wieku, z inicjatywy społecznej środowiska 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK — a więc kilkadziesiąt lat po samych wydarzeniach. Impulsem do tych działań było uświadomienie sobie przez żołnierzy, że w przestrzeni publicznej zaczynają pojawiać się głosy, jakoby nie doszło do zorganizowanych mordów, lecz jedynie do przypadkowych aktów przemocy — co sprowokowało środowisko kombatanckie do rozpoczęcia własnej, oddolnej akcji zbierania relacji.
Pierwsze listy ofiar powstawały jeszcze w czasie okupacji, tworzone przez podziemie oraz Radę Główną Opiekuńczą — instytucję charytatywną powołaną przez władze okupacyjne — ale były one dalece niepełne. Po 1945 roku, w wyniku zmian granicznych i utraty przez Polskę Wołynia oraz Galicji Wschodniej, wszelkie badania dotyczące tych terenów traktowano jako politycznie niebezpieczne i godzące w sojusz ze Związkiem Sowieckim, co na dekady zablokowało systematyczne badania.
Brzeziecki dodał, że w odróżnieniu od Katynia, gdzie ofiarami była jasno zidentyfikowana grupa oficerów, na Wołyniu i rok później w Galicji Wschodniej ofiarami stała się cała ludność cywilna zamieszkująca dany teren, co znacznie utrudnia precyzyjne liczenie strat. Zaznaczył, że Polska ma generalny problem z pełną identyfikacją strat wojennych i osobowych — mimo znacznego wysiłku badawczego państwa, zadanie to wciąż nie zostało domknięte.
Spór o definicję ludobójstwa
Prowadzący przywołał swoje rozmowy z ukraińskimi historykami, w tym z Serhijem Błokiem, zaznaczając, że sam termin „ludobójstwo” wywołuje u nich wyraźny dyskomfort, i zapytał, dlaczego świat oficjalnie nie uznaje wydarzeń na Wołyniu za ludobójstwo.
Motyka wyjaśnił, że termin ten, wymyślony przez polskiego prawnika żydowskiego pochodzenia Rafała Lemkina, ma tak silny ładunek stygmatyzujący sprawcę, że z jednej strony bywa nadużywany wobec zbrodni niekoniecznie spełniających jego definicję, z drugiej — wszyscy sprawcy usilnie się od niego odżegnują ze względu na jego emocjonalny i polityczny ciężar. Zaznaczył jednoznacznie, że zestawienie znanych faktów dotyczących działań, planów i intencji dowódców UPA z definicją sformułowaną przez Lemkina nie pozostawia wątpliwości co do trafności tego określenia — celem OUN-UPA było wyniszczenie lub pozbycie się polskiej ludności, a na Wołyniu praktycznie całej tej grupy w regionie.
Dodatkową przeszkodą w uznaniu zbrodni za ludobójstwo jest, zdaniem Motyki, oficjalna linia polityki historycznej państwa ukraińskiego, która neguje samą odpowiedzialność UPA za te wydarzenia, kwestionuje skalę czystki i sugeruje, że mogła być ona jedynie reakcją na działania Armii Krajowej, a nie działaniem zorganizowanym i samoistnym.
Brzeziecki, pytany o możliwe implikacje międzynarodowego uznania rzezi wołyńskiej za ludobójstwo, wskazał na rosnącą świadomość tego problemu w Europie — czego dowodem jest ostatnia rezolucja Parlamentu Europejskiego. Zwrócił jednak uwagę, że nie jest pewien, na ile sami Ukraińcy — poza historykami i częścią klasy politycznej — w ogóle wiedzą, co wydarzyło się na Wołyniu, przypominając, że Polacy jeszcze 20 lat temu również niewiele o tym wiedzieli. Ocenił, że pierwszą poważną implikacją uznania zbrodni za ludobójstwo byłaby faktyczna blokada wejścia Ukrainy do Unii Europejskiej — o czym, jego zdaniem, nie należy zbyt głośno mówić, ponieważ dałoby to Ukraińcom wygodny pretekst do unikania trudnych reform, z przerzuceniem odpowiedzialności na rzekomo blokującą ich Polskę.
Czy to odpowiedni moment na tę debatę
Prowadzący zapytał wprost, czy obecny moment — w trakcie trwającej wojny — jest odpowiedni do nagłaśniania sprawy Wołynia, sugerując, że być może należałoby poczekać. Brzeziecki odpowiedział, że pytanie o „odpowiedni moment” pada od 20 lat i zawsze znajdował się jakiś powód, by odsunąć tę debatę w czasie — najpierw trzeba było pozwolić Ukraińcom zbudować państwo po rozpadzie ZSRR, potem przejść przez kolejne rewolucje. Przyznał, że awantura o historię niesie realne ryzyko: podsyca niechęć do Ukraińców w Polsce i przesłania fakt, że Ukraina walczy obecnie o przetrwanie z agresywnym sąsiadem, co czyni wspieranie jej priorytetem. Zauważył jednak, że skoro spór już wybuchł, być może stanie się to paradoksalnym katalizatorem oczyszczenia relacji — zwłaszcza jeśli spełnią się zapowiedzi prezydenta Zełenskiego sprzed kilku dni o otwarciu archiwów i umożliwieniu ukraińskim historykom szerszych badań.
Ekshumacje i polityczne zaniechania
Prowadzący poprosił o wyjaśnienie, w jaki „niefrasobliwy sposób” polska klasa polityczna podchodziła do kwestii ekshumacji, zaznaczając, że łatwo obarczyć winą samych Ukraińców, choć rzeczywistość jest bardziej złożona. Brzeziecki wskazał, że spór o ekshumacje był w dużej mierze rozgrywany na użytek wewnętrznej polskiej walki politycznej — każda opozycja oskarżała rządzących o robienie za mało lub za dużo w relacjach z Ukrainą, a po zmianie władzy krytykowano dokładnie to, co robiono wcześniej, będąc u steru.
Motyka częściowo się z tym nie zgodził, wskazując, że to właśnie rządy Prawa i Sprawiedliwości najbardziej zaważyły na tej sprawie — bo to za ich czasów wprowadzono formalny zakaz ekshumacji, przy jednoczesnej głośnej, werbalnej deklaracji walki o jego zniesienie, bez realnych działań. Wyjątkiem była inicjatywa prezydenta Andrzeja Dudy, który zawarł, zdaniem Motyki, całkiem rozsądny kompromis z prezydentem Zełenskim, jednak później nie podjął żadnych realnych kroków, by wprowadzić go w życie. Motyka podkreślił, że przez osiem lat rządów PiS i dziesięć lat prezydentury Andrzeja Dudy ekshumacje i pochówki praktycznie się nie odbywały — jest to jedyny taki okres blokady od 1989 roku — i zaapelował, by politycy tej opcji najpierw rozliczyli się z własnych zaniechań, zanim zaczną formułować gwałtowne zarzuty wobec swoich następców.
Pytany o szczegóły tego zaniechania, Motyka wyjaśnił, że Instytut Pamięci Narodowej na podstawie jednej ekspertyzy uznał ustalenia kompromisu Dudy za niemożliwe do spełnienia, co skłoniło stronę ukraińską do uznania go za nieobowiązujący. Przez kolejne lata praktycznie nic się nie działo — wicepremier Piotr Gliński powołał wprawdzie komisję ds. odblokowania ekshumacji, ale w ponad rok swojego istnienia nie odbyła ona ani jednego posiedzenia, mimo że sami Ukraińcy sugerowali chociażby spotkanie w tej sprawie. Motyka podsumował to jako generalną niechęć polityków wszystkich opcji do faktycznego rozwiązywania trudnych problemów — najchętniej odkłada się je w czasie, udając, że sprawa została załatwiona, co dotyczy również kwestii zbrodni wołyńskiej. Przywołał przy tym wspólny komunikat podpisany przez prezydenta Dudę z prezydentem Zełenskim w 2023 roku na Twitterze, w którym — jego zdaniem prawdopodobnie nieświadomie i po dziś dzień — uznano, że Polacy i Ukraińcy na Wołyniu cierpieli podczas wojny „po równo”.
Czy spór o Wołyń da się kiedykolwiek zamknąć
Na pytanie prowadzącego, co musiałoby się wydarzyć, by uznać sprawę pamięci historycznej za zamkniętą — pełne ekshumacje, pomnik w centrum Kijowa — Brzeziecki odpowiedział, że nie wierzy w możliwość ostatecznego zamknięcia jakiegokolwiek tematu historycznego, ponieważ polityka historyczna polega nie tylko na przypominaniu, ale też na strategicznym zapominaniu, w zależności od bieżącej korzyści politycznej. Przyznał, że stracił wiarę w często powtarzane hasło, że spory historyczne należy „zabrać politykom i oddać historykom” — bo w przypadku Wołynia nawet sami historycy z obu stron nie są w stanie dojść do zgody co do podstawowych faktów, co odróżnia ten spór od innych, gdzie fakty są bezsporne, a dyskusja dotyczy jedynie formy upamiętnienia czy zadośćuczynienia.
Brzeziecki dodał, że strona ukraińska po prostu nie chce przyjąć do wiadomości ustaleń takich badaczy jak Motyka, mimo że są one coraz lepiej udokumentowane na podstawie archiwów wschodnich. Motyka uzupełnił, że nawet przy zgodzie co do faktów konieczne byłyby konkretne gesty polityczne, wykraczające poza wyświechtane słowa przeprosin czy symboliczne uklęknięcie pod pomnikiem — chodzi o godny pochówek ekshumowanych ofiar w możliwie najszerszym zakresie oraz budowanie świadomości historycznej na Ukrainie poprzez media i edukację, co wymaga zaangażowania samego państwa ukraińskiego.
Prowadzący wyraził obawę, że takiej świadomości na Ukrainie zwyczajnie nie ma, przywołując obejrzany przez siebie ukraiński film dokumentalny o Romanie Szuchewyczu, istnienie pomników Bandery oraz jednostkę wojskową walczącą obecnie na froncie z Rosją, nazwaną na cześć bohaterów UPA — co jego zdaniem pokazuje, że temat jest całkowicie odsuwany i nieprzyjmowany do wiadomości.
Jak ideologia OUN-UPA podbiła całą Ukrainę
Brzeziecki zwrócił uwagę, że casus Wołynia i ideologii OUN-UPA powinien być pouczającym przykładem dla polityków bagatelizujących znaczenie historii. Przypomniał, że Ukraina w obecnym kształcie terytorialnym jest tworem stosunkowo nowym, powstałym po 1991 roku — mieszkańcy Charkowa, Doniecka, Odessy czy Krymu historycznie nie mieli nic wspólnego z tą ideologią. Zaznaczył, że jeszcze w latach 90. Galicja i Lwów były prowincją w porównaniu z metropoliami takimi jak Kijów czy Dniepropietrowsk (dziś Dnipro), a mimo to ideologia wywodząca się właśnie z tej historycznej prowincji zdołała rozprzestrzenić się na całe terytorium państwa — dziś identyfikuje się z nią wielu Ukraińców, nie znając nawet pełnej historii tego nurtu. Skomentował to ironicznie, zauważając, że dziś prezydent pochodzący z Krzywego Rogu — którego banderowcy prawdopodobnie sami chętnie by zabili ze względu na jego żydowskie korzenie — posługuje się retoryką wywodzącą się z tej właśnie tradycji.
W tym kontekście prowadzący rzucił uwagę, że sam Jeremi Wiśniowiecki, jedna z kluczowych postaci polskiej obecności na dawnych Kresach, nie był etnicznym Polakiem — komentarz pozostawiony bez dalszego rozwinięcia przez gości.
Prowadzący poprosił o rozwinięcie wątku Zełenskiego, pytając wprost, dlaczego UPA zabiłaby przodków prezydenta. Brzeziecki wyjaśnił, że OUN-UPA była organizacją nie tylko antypolską, ale i wyraźnie antysemicką. Motyka doprecyzował, że w planach realizowanych przez tę organizację zakładano identyczny los dla Polaków i Żydów — wyniszczenie lub w najlepszym razie wypędzenie. Fakt, że liczba żydowskich ofiar samych czystek UPA z 1943 roku i później liczona jest jedynie w tysiącach, wynika z tego, że ludność żydowska została wcześniej niemal całkowicie wymordowana w ramach niemieckiej polityki eksterminacyjnej — w której, jak zaznaczył Motyka, w dużej mierze uczestniczyła ukraińska policja pomocnicza oraz oddziały tzw. Trawników.
Dlaczego Motyka bywa oskarżany o „ukrainofilstwo”
Prowadzący zadał pytanie, które — jak przyznał — nurtowało go od lat: komu i dlaczego Motyka naraził się do tego stopnia, że bywa oskarżany o ukrainofilstwo i był określany mianem „historycznego wroga publicznego”. Motyka odpowiedział, że dla jednych środowisk był i pozostaje wrogiem, dla innych nie — od lat 90., gdy pisał o zbrodni wołyńskiej i działaniach UPA wobec ludności cywilnej, regularnie podnosił się głos oburzonych Ukraińców negujących podstawowe fakty. Przywołał obejrzany dzień wcześniej materiał na YouTube z młodym człowiekiem przedstawianym jako historyk, który negował odpowiedzialność dywizji SS Galizien i podległych jej pułków policyjnych za wymordowanie Huty Pieniackiej — mimo że dokumenty potwierdzające udział tego pułku, teoretycznie odtajnione już od 2015 roku, jasno na to wskazują.
Jednocześnie, jak zaznaczył Motyka, gdy pisał o akcji Wisła czy o polskich akcjach zemsty na ludności ukraińskiej, spotykał się z krytyką z drugiej strony. Podkreślił, że był pierwszym polskim historykiem, który już w 1999 roku oszacował ukraińskie straty cywilne wynikające z polskich akcji odwetowych na 15–20 tysięcy ofiar — i z satysfakcją odnotował, że prowadzący od ośmiu lat własny zespół badawczy profesor Igor Hałagida, stosując tę samą metodologię, doszedł do zbliżonego wyniku 20 tysięcy ofiar ukraińskich.
Brzeziecki zauważył przy tym, że Motyka jako historyk dokonał rzadkiej sztuki „zjednoczenia” lewicy i prawicy w krytyce — środowiska lewicowe i weterani Ludowego Wojska Polskiego atakują go za pisanie o akcji Wisła jako czystce etnicznej, podczas gdy środowiska prawicowe oskarżają go o oczernianie narodu polskiego, gdy pisze o zbrodniach polskiego podziemia. Skala i różnorodność krytyki, zdaniem Brzezieckiego, świadczy paradoksalnie o sile i rzetelności historyka.
Motyka dodał, że jego zasadą jest potępianie wszelkich zbrodni niezależnie od tego, kto jest ich sprawcą, a kto ofiarą — mówi zdecydowanie o odpowiedzialności UPA nie dlatego, że ofiarami byli Polacy, lecz dlatego, że doszło do zbrodni z gatunku wielkich, których nie wolno przemilczać ani umniejszać. Zauważył przy tym, że część polskich publicystów sprawia wrażenie, jakby chcieli pomniejszać te zbrodnie tylko dlatego, że ich ofiarami byli Polacy — dodając, że jeśli ktoś nie chce mówić o cierpieniu własnego narodu, rodzi się pytanie, dlaczego uważa, że powinien być on traktowany gorzej niż inne narody.
SS Galizien — fakty i mity
Prowadzący poprosił o wyjaśnienie kontrowersji narosłych wokół dywizji SS Galizien, w tym rozpowszechnionego w internecie przekonania, że to ona tłumiła powstanie warszawskie, oraz pytania o rzekomy związek generała Władysława Andersa z ochroną jej żołnierzy.
Motyka wyjaśnił, że ochotników do dywizji SS Galizien wcielano do pułków policyjnych, formalnie przeformowywanych przy wejściu w skład dywizji, choć de facto uznawano je za jej część. Dwa z tych pułków — czwarty i piąty — popełniły szereg zbrodni, w tym wymordowanie Huty Pieniackiej. Toczy się przy tym formalno-prawny spór o to, czy samą dywizję można obciążać tą zbrodnią, jednak Niemcy pochowali dwóch zabitych w potyczce z Polakami żołnierzy tego pułku jako pierwszych poległych żołnierzy dywizji SS Galizien — co świadczy, że sami uznawali go za jej integralną część.
Oprócz tego pakietu zbrodni Motyka wskazał na działania Ukraińskiego Legionu Samoobrony, powstałego na Wołyniu, który spacyfikował wieś Chłaniów na Lubelszczyźnie, dopuścił się mordów w Skalbmierzu, a następnie dwie jego kompanie tłumiły powstanie warszawskie na Czerniakowie, zanim w 1945 roku formacja weszła w skład dywizji SS Galizien na terenie Austrii i Słowenii. Zaznaczył, że w samej Warszawie obecne były co najwyżej niewielkie ukraińskie pododdziały, które nie miały istotnego udziału w zbrodniach na ludności miasta — natomiast szeroko rozpowszechnione przekonanie o udziale dywizji SS Galizien w tłumieniu powstania wynika z błędu identyfikacyjnego: zarówno w dowództwie AK, jak i w redakcji Biuletynu Informacyjnego panowało przekonanie, że brygada RONA (złożona głównie z Rosjan) to dywizja SS Galizien. Niemcy, kierując do Warszawy różne oddziały cudzoziemskie — w tym azerbejdżańskie i rosyjskie — świadomie unikali obciążania własnych formacji odpowiedzialnością za dokonywane tam zbrodnie.
Odnosząc się do rzekomej roli generała Andersa, Motyka wyjaśnił, że nie wszyscy żołnierze wcieleni do dywizji byli zbrodniarzami — dotyczyło to głównie grupy dołączonej w ostatnim okresie, wywodzącej się z Ukraińskiego Legionu Samoobrony oraz oddziałów policyjnych Trawnik. Czwarty pułk policji SS, odpowiedzialny za pacyfikację Huty Pieniackiej, trafił później do obrony Tarnopola, gdzie garnizon został niemal całkowicie wybity. Władze polskie na uchodźstwie, w tym Anders, konsekwentnie stosowały zasadę, że Polacy wcieleni siłą do Wehrmachtu — co polski rząd na uchodźstwie słusznie traktował jako zbrodnię wojenną — mieli prawo dołączyć do polskich sił zbrojnych na Zachodzie po dostaniu się do niewoli. Obywateli II Rzeczpospolitej w składzie dywizji SS Galizien potraktowano analogicznie — do sił Andersa trafiło ich około 160. Motyka zaznaczył, że jeśli faktycznie doszło do interwencji Andersa w tej sprawie, to prawdopodobnie wynikała ona z niechęci do współpracy z Sowietami przy deportacjach, a nie z chęci ochrony zbrodniarzy.
Polskie osiągnięcia badawcze na tle Europy
Wątek przeszedł do porównania polskiego i ukraińskiego dorobku badawczego oraz „miękkiej siły” (soft power) w budowaniu narracji historycznej za granicą. Prowadzący przywołał rozmowę z profesorem Normanem Daviesem, który zwracał uwagę na istnienie katedr ukrainoznawczych na uniwersytetach kanadyjskich i amerykańskich jeszcze przed rozpoczęciem pełnoskalowej wojny.
Brzeziecki nie zgodził się z tezą, że Ukraina skuteczniej realizuje swoją soft power — zaznaczył, że obecnie priorytetem Ukrainy jest pokazywanie hard power, czyli zdolności obronnych. Przypomniał, że Polska również miała silne ośrodki emigracyjne — wymienił tu paryską Kulturę — które prowadziły dialog zarówno ze środowiskami ukraińskimi, jak i rosyjskimi. Ocenił, że Polska nie ma się czego wstydzić w zakresie własnych badań historycznych — żaden inny naród w Europie Środkowej nie przebadał tak dogłębnie własnymi siłami ciemnych stron swojej przeszłości, wskazując na publikacje dotyczące Jedwabnego, akcji Wisła czy zbrodni oddziałów Burego i Ognia. Zaznaczył, że problemem jest raczej trudność w wypromowaniu tego dorobku na Zachodzie — część książek Motyki nie mogła zostać przetłumaczona na angielski z przyczyn, jak ocenił, prawdopodobnie politycznych.
Motyka, kontynuując ten wątek, zwrócił uwagę na częste w polskiej debacie porównania dowódcy oddziału Ognia do sotennego UPA o pseudonimie Perechinnyj — wskazując, że ten ostatni w jednej tylko akcji wymordował więcej Polaków niż Ogień przez całe lata swojej działalności. Zastrzegł, że nie usprawiedliwia zbrodni Ognia, zwłaszcza wobec ludności żydowskiej, dobrze opisanych przez Karolinę Panz, ale chodzi mu o zachowanie proporcji — niemal każdy dowódca sotni UPA na Wołyniu i w Galicji Wschodniej odpowiadał za zbrodnie znacznie większe niż te przypisywane najczęściej przywoływanym sprawcom polskim.
Brzeziecki dodał, że skutkiem ubocznym silnej ukraińskiej diaspory emigracyjnej było przeniesienie na Ukrainę po odzyskaniu niepodległości zachodniego nurtu narracji postkolonialnej, w którym Ukraińcy przedstawiają się jako naród skolonizowany — najpierw przez Polaków, potem przez Rosjan — co skutecznie usprawiedliwia pomijanie niewygodnych faktów z własnej historii, w tym okresu II Rzeczpospolitej.
Rosyjska dezinformacja i wojna kognitywna
Prowadzący zapytał, dlaczego temat Wołynia jest tak intensywnie podsycany w mediach społecznościowych, i to niekoniecznie z Warszawy czy Krakowa, lecz z Petersburga. Brzeziecki wyjaśnił to w kontekście toczącej się „wojny kognitywnej”, w której wykorzystuje się każdą możliwą szczelinę społeczną, by skłócić przeciwników — dziś, w odróżnieniu od czasów, gdy Rosja sowiecka narzucała jedną ideologię komunistyczną, wykorzystuje się jednocześnie sprzeczne ze sobą narracje, w tym równolegle prowspierające i antagonistyczne wobec tych samych grup. Podkreślił, że spór polsko-ukraiński jest wyjątkowo wygodnym celem takich działań, ponieważ dotyczy dwóch państw, którym powinno zależeć na współpracy, a Rosja dysponuje w tym temacie własnymi archiwami, którymi posługują się służby specjalne w ramach operacji dezinformacyjnych. Zasugerował, że u źródeł pierwszych prowokacji, które doprowadziły do obecnego kryzysu — dewastacji upamiętnień czy wybuchu przy konsulacie w Łucku — mogła stać właśnie próba skłócenia Polaków i Ukraińców.
Motyka uzupełnił ten wątek, zwracając uwagę, że wpływ rosyjskiej dezinformacji dotyczy nie tylko społeczeństwa polskiego, ale w równym stopniu ukraińskiego. Wyjaśnił mechanizm: gdy na Ukrainie pojawiają się kolejne odsłony dokumentów dotyczących zbrodni wołyńskiej, automatycznie rodzi się przekonanie, że skoro temat nagłaśnia Rosja, to nie może być prawdziwy — co prowadzi do negowania samego faktu mordowania Polaków przez UPA. Jeśli celem Rosjan po stronie polskiej jest przekonanie, że Wołyń jest ważny, to po stronie ukraińskiej celem jest przekonanie, że Polacy kłamią na ten temat — w obu przypadkach chodzi o pogłębianie nieufności wobec drugiej strony, co, zdaniem Motyki, nie jest w pełni dostrzegane ani w Polsce, ani na Ukrainie.
Rady dla polityków
Na zakończenie prowadzący poprosił obu gości o wnioski dla polityków zajmujących się historią. Brzeziecki zaapelował przede wszystkim o niebagatelizowanie roli historii — zaznaczył, z pewną autoironią wobec własnych liberalnych poglądów, że w dyskursie skupionym na modernizacji i patrzeniu w przyszłość łatwo zapomnieć, jak silnie wokół konkretnych wydarzeń historycznych potrafią gromadzić się całe elektoraty, a wiele polskich kampanii wyborczych wygrano dzięki odwołaniom lub manipulacjom historycznym — przywołał tu, bez rozwijania szczegółów, wcześniej poruszony w rozmowie przykład sprawy dziadka wcielonego do Wehrmachtu, wykorzystanej politycznie mimo że dotyczyła przymusowego poboru.
Zapytany, jakiej rady udzieliłby politykom ukraińskim, Motyka odpowiedział, że każda rada sformułowana przez Polaka zostanie z góry odrzucona przez stronę ukraińską — czego dowodem był kryzys wywołany dekretem Zełenskiego, gdy nawet dobre propozycje wyjścia z sytuacji, zaproponowane przez polskich naukowców i polityków, zostały odrzucone właśnie dlatego, że wyszły od strony polskiej.
Brzeziecki przypomniał na koniec, że 25 lipca minęła dziesiąta rocznica śmierci Jerzego Bahra, wieloletniego polskiego ambasadora na Wschodzie, który w wywiadzie-rzece mówił, że ofiary zbrodni, ich rodziny oraz kolejne pokolenie mają prawo krzyczeć i odczuwać nienawiść oraz krzywdę — natomiast dla kolejnych pokoleń, wnuków i prawnuków, przenoszenie tego żalu staje się już niezdrową grą polityczną. Motyka dodał, że kolejne pokolenia przestaną „krzyczeć” dopiero wtedy, gdy dojdzie do faktycznych ekshumacji i pochówków — lub przynajmniej symbolicznego upamiętnienia, jakim może być zapowiedziany przez premiera Donalda Tuska mur pamięci, dzięki któremu zbrodnia zostanie wreszcie nazwana, a ofiary będzie można uczcić symbolicznie świecą czy kwiatami. Dopóki to się nie stanie, historia — jak ocenił Motyka — będzie wciąż wracać, przeszkadzając tym, którzy chcieliby skupiać się wyłącznie na bieżącej polityce.
Rozmowę przeprowadził redaktor programu z prof. Grzegorzem Motyką i Andrzejem Brzezieckim. Materiał „Wołyń, UPA i SS Galizien. Prof. Motyka oddziela fakty od mitów” dostępny na kanale Historia, jakiej nie znacie na YouTube, liczącym 189 tys. subskrybentów. Opublikowany 22 lipca 2026










