Napad UPA na cywilny pociąg pod Zatylem w 1944 roku. Jedna z najlepiej udokumentowanych zbrodni na ziemiach dzisiejszej Polski

16 czerwca 1944 roku na odcinku torów kolejowych między Bełżcem a miejscowością Zatyle na Roztoczu Wschodnim oddział Ukraińskiej Powstańczej Armii zatrzymał cywilny pociąg jadący z Bełżca do Lwowa i zamordował około 70 polskich pasażerów. Kanał Na Tropie Historii opublikował 25 czerwca 2026 roku obszerny film dokumentalny poświęcony temu mało znane zdarzeniu, opartemu na relacjach ocalałych, dokumentacji fotograficznej AK oraz nagranych zeznaniach świadków i sprawców.

Pociąg pełen cywilów — robotnicy, kobiety, dzieci

O godzinie 7 rano ze stacji w Bełżcu wyruszył pociąg pełen cywilnych pasażerów — ludzi jadących do pracy, w interesach lub na zakupy do Lwowa. Ujechał zaledwie 3 kilometry, gdy w okolicach Zatyla zatrzymali go ludzie ubrani w mundury żołnierzy niemieckich, którzy oznajmili, że na torach leży mina i pociąg musi tu poczekać. Takie zatrzymania nie wzbudzały podejrzeń — na tej trasie w poprzednich miesiącach doszło do siedmiu katastrof spowodowanych minami. Według zeznań ocalałej pasażerki Jadwigi Hopko, ukraiński maszynista Zachariasz Procyk wychylił się z kabiny i uśmiechał radośnie w kierunku stojących na torach. Historycy uznają kolaborację maszynisty z UPA za wysoce prawdopodobną.

Segregacja pasażerów i egzekucja

Z lasu wyszło około stu napastników — część w mundurach niemieckich, część po cywilnemu, co może świadczyć o udziale mieszkańców okolicznych ukraińskich wsi. UPA często stosowała przebrania: w mundury niemieckie, sowieckie, a nawet Wojska Polskiego. Napastnicy przystąpili do sprawdzania dokumentów. Pasażerów narodowości ukraińskiej i Niemców pozostawiono w spokoju. Polaków wyprowadzono z wagonów i ustawiono po obu stronach torów — mężczyzn po jednej stronie, kobiety i dzieci po drugiej, tak by nie widzieli się nawzajem. W pociągu był też co najmniej jeden żołnierz i kierownik pociągu narodowości niemieckiej — według świadków palili spokojnie papierosy i nie interweniowali.

Pierwsza seria z karabinów maszynowych padła w kierunku mężczyzn stojących po zachodniej stronie toru. Kobietom i dzieciom leżącym twarzą do ziemi po drugiej stronie zabierano zegarki z rąk, a następnie mordowano je strzałem w głowę. Część próbowała uciec — większość została zastrzelona lub zakłuta bagnetami w pobliskich krzakach. Kilku kobietom udało się zbiec i przeżyć. Ich relacje stały się podstawowym źródłem wiedzy o tym co się wydarzyło. Wśród odnotowanych okrucieństw znalazły się: przybicie ciężarnej kobiety bagnetami do ziemi, odrąbanie dłoni innej z ofiar, rozbicie głowy małej dziewczynce kolbą karabinu. Historycy wskazują, że napastnicy używali prawdopodobnie amunicji dum-dum, zakazanej już w 1907 roku — jej pociski deformują się w tkankach, powodując rozległe rany, co potwierdzały obrażenia stwierdzane u ofiar.

Ocalałe i ich relacje

Jadwiga Hopko, żona kolejarza jadącego tym pociągiem do pracy, usłyszawszy strzały i odgłosy padających mężczyzn, rzuciła się do ucieczki przez krzaki. Dogonił ją napastnik, którego rozpoznała jako znajomego Ukraińca z pobliskiej wsi. Strzelił do niej, trafiając tylko w rękę. Udając martwą przeżyła, a po odejściu napastników dotarła do szosy Lwów-Tomaszów, gdzie zatrzymała jadący samochód niemiecki. Kierowca zawiózł ją do szpitala w Tomaszowie Lubelskim. Podobnie ocalała Maria Komodowska — trafiona kulą upadła, udała martwą, a napastnik odstąpił. Relacje kilku ocalałych kobiet pozwoliły na odtworzenie przebiegu zbrodni. Wśród ofiar znalazły się m.in. dwie kurierki AK jadące zapewne z meldunkami, gdyż szlak kolejowy Bełżec-Lwów był ważną trasą łączności dla lokalnych oddziałów partyzanckich.

Dokumentacja i pogrzeby

Jako jeden z pierwszych na miejsce dotarł lokalny dowódca AK, podporucznik Tadeusz Żelechowski pseudonim Ring, wraz z czterema żołnierzami. Na jego rozkaz wykonano dokumentację fotograficzną — zdjęcia, które przetrwały do dziś, choć z uwagi na drastyczność autor materiału zdecydował się ich nie prezentować. 17 czerwca 1944 roku w Tomaszowie Lubelskim odbył się wielki pogrzeb zamordowanych. Kolejne pogrzeby odbyły się następnego dnia w Narolu i Bełżcu. Masowa mogiła osób niezidentyfikowanych znajduje się na cmentarzu w Bełżcu. Ciał wielu ofiar nie udało się rozpoznać — pociągiem podróżowali ludzie z różnych stron, a w wojennym chaosie 1944 roku — front radziecko-niemiecki przebiegał tuż obok — miejscowi mieli pilniejsze sprawy niż identyfikacja zwłok obcych im ludzi.

Sprawcy — znani, lecz nieukarani

Historycy skłaniają się ku dwóm wersjom dotyczącym dowodzenia akcją: najbardziej prawdopodobne jest, że napadu dokonała czota Stepana Kowala z Sotni Jastruba, stacjonująca tego dnia w pobliskiej wsi Pawliszcze. Według drugiej wersji mogła tego dokonać bojówka Urzędu Bezpieczeństwa OUN pod dowództwem osoby o pseudonimie Borys. Pewne jest, że w napadzie brał udział co najmniej jeden członek tej bojówki — w 1993 roku pewien działacz ukraiński nagrał na kasetę magnetofonową jego zeznania. Jeden ze sprawców — Petro Chomin ze Starego Lublińca — dożył spokojnie swoich dni, nie ponosząc żadnych konsekwencji. Maszynista Zachariasz Procyk oskarżony po wojnie o współudział został uniewinniony z braku dowodów, podobnie jak kolejny oskarżony Władysław Putko.

Jedną z przytaczanych hipotez dotyczących motywu jest to, że napad był odwetem za rzekomą zniewagę, jakiej Polacy mieli dopuścić się wobec ukraińskiego komendanta bojówki podczas zabawy wielkanocnej 1944 roku. Historycy uznają jednak za bardziej prawdopodobne, że celem było terrorystyczne przesłanie do polskiej ludności — że nie ma dla niej bezpieczeństwa nawet na terenach, które UPA uznawało za swoje, i że powinna jak najszybciej opuścić te ziemie.

Miejsce pamięci i polityczne milczenie

Zbrodnia pod Zatylem jest uznawana za najlepiej udokumentowaną zbrodnię UPA na ziemiach dzisiejszej Polski. Przez dziesięciolecia temat był przemilczany — zarówno w PRL, jak i po 1990 roku. Jedynym upamiętnieniem przez lata był krzyż ze stalowych szyn kolejowych postawiony tuż po wojnie. W 1996 roku przy torach stanął pomnik z piaskowca. Dopiero niedawno IPN postawił tablicę z opisem historii zdarzenia — choć do miejsca nie prowadzą żadne drogowskazy. Każdy przejeżdżający tędy pociąg oddaje hołd pomordowanym dźwiękiem klaksonu.

Autor materiału zaznaczył, że miejsce tragedii leży tuż przy drodze nr 17 prowadzącej do przejścia granicznego w Hrebennem, którą codziennie przejeżdżają tysiące Ukraińców, i zaapelował o postawienie choćby małego drogowskazu prowadzącego do tego miejsca. Skrytykował też instrumentalne wykorzystywanie tematyki zbrodni UPA przez polityków, którzy przez lata ignorowali to zagadnienie i pojawiali się na uroczystościach dopiero wtedy, gdy poczuli, że można w ten sposób zdobyć głosy.


Materiał dokumentalny dostępny na kanale Na Tropie Historii na YouTube, liczącym 4,54 tysiąca subskrybentów. Opublikowany 25 czerwca 2026 roku.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *