Giełzak w podcaście Dwie Lewe Ręce o kryzysie polsko-ukraińskim: Do błędów ukraińskich nie dokładajmy własnych

Marcin Giełzak, publicysta i współtwórca podcastu Dwie Lewe Ręce, w solowym odcinku Lewy Prosty przedstawił wielowątkową analizę decyzji Zełenskiego, polskiej reakcji i tego, czego Polska nie robiła przez ostatnie lata, choć robić powinna.

Dwie myśli w głowie jednocześnie

Giełzak postawił tezę wstępną: da się utrzymać dwie myśli w głowie jednocześnie. Tak — należy rozmawiać z Zełenskim bardziej twardy, a jeśli trzeba brutalny, w sprawach zarówno historycznych jak i gospodarczych. I jednocześnie tak — należy nadal wspierać wysiłek zbrojny Ukrainy w wojnie przeciwko Rosji. Trzeba oddzielać emocje od kalkulacji, rację stanu od posiadania racji, Zełenskiego od Ukrainy, a Ukraińców mieszkających w Polsce od rządu w Kijowie.

Kwestie historyczne ważne, ale nie najważniejsze

Giełzak powiedział wprost, że historia rzezi wołyńsko-galicyjskiej jest też historią jego własnej rodziny — słyszał o niej od dziadków na długo, zanim stała się tematem ogólnonarodowej debaty. To ludobójstwo było przez długi czas zapomniane — nie tylko globalnie, ale i w Polsce, bo ginęli tam polscy chłopi, a nie profesorowie i generałowie. Ta pamięć jest dla niego ogromnie ważna.

Ale — i tu pada kluczowa teza — z perspektywy tych, którzy kierują polskim państwem, kwestie historyczne nie mogą być uznane za najważniejsze. Nie polska krew przelana 80 lat temu powinna teraz najbardziej zajmować głowy polityków, lecz polska krew, która może być przelana za chwilę, jeśli rosyjska agresja nie zostanie zatrzymana. Zadał pytanie retoryczne: czy wolelibyście Rosję przepraszającą za zabory i Katyń, ale prowadzącą wojnę hybrydową, czy Rosję spokojną, ale z zakłamaną polityką historyczną? Odpowiedź jest oczywista. Najważniejszy jest rosyjski ekspansjonizm — zagrożenie egzystencjalne dla Polski.

110 brygad, które wiążą Rosję

Giełzak przedstawił tę samą twardą kalkulację, którą powtarzał przez trzy lata: dla Polski sprawą ogromnej wagi jest utrzymanie 110 ukraińskich brygad wiążących siły rosyjskie. Każdy zabity rosyjski żołnierz, każdy spalony czołg, każdy zestrzelony samolot — to zasoby, które już nam nie zagrożą. Jest lepiej, aby ci żołnierze ginęli na polu bitwy z rąk Ukraińców, niż gdyby mieli ginąć tam Polacy. Ukraińcy walczą za własny kraj — i tak się składa, że mamy tu zbieżność interesów. Nie ma wierzyciela i dłużnika, nie ma długu wdzięczności.

Metoda, nie seria wpadek

Giełzak przypomniał, że od trzech lat nagrywa odcinki o kolejnych prowokacjach ukraińskich — to nie jest seria nieporozumień, to jest metoda. Wymienił je: przemyt zboża i antypolska propaganda na użytek agrooligarchów zarejestrowanych na Cyprze; wypowiedź Zełenskiego na ONZ, gdzie przedstawił Polskę jako prorosyjską; blokada granicy i kłamstwa o ukraińskich kierowcach umierających z winy Polaków; afery ekshumacyjne; incydent z kolegą Usyka na Balicach; wezwanie polskiego ambasadora po tym, jak rzecznik MSZ ośmielił się powiedzieć, że Zełenski powinien przeprosić za Wołyń; rozmowy ponad głowami Polski z Amerykanami o wycofaniu wojsk NATO i zastąpieniu ich ukraińskimi. Polska za każdym razem odpowiadała miękko lub wcale.

Projekt Przyjaźń — błąd założycielski

Giełzak zidentyfikował podstawowy błąd polskiej klasy politycznej i medialnej: inwestycja w projekt przyjaźni. Mówiono Polakom, że wspieramy Ukrainę nie tylko dlatego, że Ukraińcy walczą z Rosją, ale dlatego, że na czele Ukrainy stoją ludzie prawi i szlachetni, że Zełenski to Mahatma Gandhi naszych czasów, Václav Havel, Nelson Mandela. Polacy poczuli się potem oszukani i zdradzeni, gdy okazało się, że tak nie jest. Gdyby od początku mówić językiem racji stanu i interesu narodowego — Ukraina jest nam potrzebna, tylko to — nie byłoby dziś takiego wybuchu.

Tabelki kilońskie — kult prymusostwa

Giełzak bezlitośnie skrytykował obsesję na punkcie rankingów Instytutu Kilońskiego. Polska dała więcej czołgów niż wszyscy członkowie NATO razem wzięci — ale wpisano zero, bo trudno je wycenić rynkowo. Miliony ukraińskich uchodźców schroniły się w Polsce — ale nie wpisano tego do tabelek, bo to nie była pomoc państwowa. Niemcy nie dały Taurusów, ale w tabelkach były bardzo wysoko. Ktoś liczył pomoc w tonażu — 18-kołowa ciężarówka biła taktyczny pocisk manewrujący, bo więcej waży. Cała klasa dyskutująca w Polsce tym żyła i chciałaby teraz o tym zapomnieć. Ukraińcy widzieli, że Polacy tak patrzą na rzeczywistość i przyjęli prostą taktykę: brać i nie kwitować. Byłoby dziwne, gdyby przyjęli inną.

Francuzi rozegrali lepiej

Giełzak przywołał analizę Aleksandra Olecha: Francja, tak krytykowana w Polsce za opieszałość, w gruncie rzeczy rozegrała tę sprawę lepiej. Czekała, zwlekała, targowała się — i kiedy dawała armatohaubice Cézar, jednocześnie wciskała Ukraińcom kontrakty infrastrukturalne na kolej. Dostała minerały ziem rzadkich, kontrakty na odbudowę, wspólne drony, badania nad europejskimi patriotami, wpływ na telefonię komórkową, wsparcie w Afryce, rozkwit współpracy kulturalnej. Polska zachowywała się jak prymus starający się o czerwony pasek. Francuzi pilnowali relacji za zamkniętymi drzwiami i wyszli na tym lepiej.

Lewarów nie wypracowaliśmy

Giełzak omówił dlaczego popularne narzędzia nacisku są słabe lub niebezpieczne. Veto akcesyjne — absurdalne, bo Ukraina i tak do UE w przewidywalnym czasie nie wejdzie, Polska tylko weźmie na siebie odium za jej nieobecność. Zamknięcie Jasionki — czyste samobójstwo: osłabi nasze bezpieczeństwo, pogorszy relacje z sojusznikami, da Rosji szansę na przełamanie frontu. Instrumenty tranzytowe — Ukraina ma alternatywę: port w Konstancy, bezpośrednie rozmowy z Berlinem, Paryżem i Brukselą ponad naszymi głowami.

To, co Polska powinna była robić — a nie robiła — to cierpliwa budowa rzeczywistego wpływu. Fundacje, granty, seminaria, stypendia dla ukraińskich badaczy — wszystko pod parasolem haseł europejskich, nigdy wprost polskich. Ściąganie najzdolniejszych Ukraińców na polskie uczelnie z gotową ścieżką kariery. Skupowanie ukraińskiego długu i udzielanie pożyczek zabezpieczonych na strategicznych aktywach. Spółki joint venture obronne z siedzibą w Polsce. Trzymanie w ręku regulacji dotyczących legalności pobytu, opodatkowania firm, transferu kapitału.

Umiędzynaradawianie problemu historycznego — podkreślanie antysemickiego charakteru zbrodni UPA, który rezonowałby w Stanach. Przypominanie, że ofiarami UPA byli też Ormianie, co zbijałoby argument o polskim imperializmie. Używanie kościołów jako drugiego toru dyplomatycznego w sprawie pojednania historycznego. Zamiast tego — nic.

Nawet plan Macrona o wysłaniu wojsk był okazją do gry. Zamiast natychmiast i publicznie wykluczyć się jako pierwsze państwo w Europie, należało powiedzieć: to bardzo ciekawa propozycja, zapoznamy się z ustaleniami podjętymi w gronie sojuszniczym. Jeden pas zamiast blefu, który kosztował dużo.

Odebranie orderu — gest, nie lewar

Giełzak ocenił, że decyzja Nawrockiego jest moralnie zrozumiała, ale politycznie nieskuteczna. Medal to nie lewar. Ukraińcy rozdawali tyle medali, że zaczęli je wysyłać pocztą. Gest ten tylko przypomni drugiej stronie, że Polska zaniedbała budowę instrumentów nacisku. Tę samą zasadę sformułował George Kennan: Sowieci ustępują, o ile unika się walki obejmującej kwestie prestiżu. Odebranie orderu jest dokładnie taką walką.

Nacjonalizm ukraiński — realne zagrożenie

Giełzak nie zbagatelizował sprawy UPA. Ostrzegł, że nacjonalizm ukraiński — młody, bez domieszki konserwatyzmu, który mógłby mu dać wartości i rzemiosło państwowe — cechują wszystkie typowe przywary nacjonalizmu młodego narodu. Niezdolność do rozrachunku z własną historią, wiara we własną propagandę, odruchowa ksenofobia, kompleks wyższości i niższości jednocześnie, poświęcanie strategii dla taktyki, interesów dla symboli. Najczarniejszym scenariuszem jest klincz dwóch nacjonalizmów — polskiego i ukraińskiego — bo wtedy wiadomo, kto na tym skorzysta.

Przywołał Orwella: nacjonalista nie jest w stanie potępić okrucieństw popełnianych przez własną stronę i ma niezwykłą zdolność do pozostawania ich nieświadomym. I dalej: każdego nacjonalistę przesiaduje przekonanie, że przeszłość można zmienić. Natomiast patriotyzm jest ze swej istoty defensywny — chce bronić własnego kraju, narodu, kultury. Nacjonalizm jest ofensywny — swoje wywyższenie potrafi zobaczyć tylko w poniżeniu drugiego.

Konkluzja: bądźmy z Ukraińcami jako sojusznicy, nie jako moralizatorzy

Giełzak zakończył apelem: nie można lekceważyć ukraińskiego nacjonalizmu, bo czyni tamtejsze elity niezdolnymi do racjonalnej kalkulacji i szczerej rozmowy o sprawach trudnych. A przyszła Ukraina — terytorialnie okrojona, biedna, zagrożona kolejną wojną, poza NATO i UE — będzie tym bardziej nacjonalistyczna.

Ale odpowiedzią na ukraiński nacjonalizm nie powinien być polski nacjonalizm — lecz polski patriotyzm. Pokażmy, że bardziej kochamy Polskę niż nienawidzimy Bandery. Oddzielmy ukraiński rząd od ukraińskiego narodu, a naród od jednostki. Ukraińcy i Ukrainki mieszkający w Polsce nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za to, co robi rząd w Kijowie. Ukraińska imigracja jest najlepszą możliwą — niska przestępczość, wysoka integracja, znajomość języka. Nie powtórzmy błędów Europy Zachodniej.

Dla poważnego państwa poniżającym jest kierować się czymkolwiek innym niż interesem — to Bismarck. Poniża się Zełenski, który prowadząc wojnę o przetrwanie własnego narodu ryzykuje alienację kluczowego sojusznika w sporze o pijacką burdę na lotnisku czy interesy agrooligarchów z Cypru. Nie możemy komuś zabrać honoru. Słowa nas nie ranią. Jesteśmy poważnym państwem — bądźmy poważni i prowadźmy politykę poważną. Do błędów ukraińskich nie dokładajmy własnych.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *