Prof. Krzysztof Kloc w Historii jakiej nie znacie: skąd wzięła się nienawiść ukraińskich nacjonalistów do Polski

Prowadzący kanału „Historia jakiej nie znacie” rozmawiał w specjalnym studiu na Międzynarodowych Targach Książki w Warszawie z prof. Krzysztofem Klocem z Uniwersytetu Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie, autorem książki „Sezon na niepodległość”, o mniejszości ukraińskiej w II Rzeczpospolitej, genezie ukraińskiego nacjonalizmu i terroryzmu, polityce wobec Wołynia oraz o współczesnym sporze wokół nadania jednostce wojskowej imienia UPA.

Dmowski kontra Piłsudski: dwie koncepcje granicy wschodniej

Prowadzący otworzył rozmowę prowokacyjnym pytaniem, czy racja historyczna nie leżała po stronie Romana Dmowskiego, dążącego do Polski bardziej monoetnicznej niż wieloetnicznej, jaką ostatecznie ukształtował traktat ryski. Prof. Kloc wyjaśnił, że Dmowski zakładał koncepcję niemal procentową – granica wschodnia powinna obejmować obszar, na którym Polacy stanowiliby co najmniej 60 procent ludności, co gwarantowałoby przewagę żywiołu polskiego na tyle, by mniejszości narodowe nie stanowiły zagrożenia dla wewnętrznej stabilności państwa, a docelowo, poprzez asymilację polityczną, kulturową i polonizację kolejnych pokoleń, problem ten miałby zniknąć – Dmowski nie uznawał zresztą Ukraińców za odrębny naród. Jednocześnie Dmowski stawiał dwa warunki: musiał uwzględnić przynależność do Polski dwóch kluczowych ośrodków polskości – Wilna na północnym wschodzie i Lwowa na południowym wschodzie – co w praktyce wymuszało modyfikację czystej koncepcji 60 procent, ponieważ oba te miasta otoczone były znacznie liczniejszym żywiołem niepolskim. Ostatecznie tak ukształtowana „linia Dmowskiego” mniej więcej pokryła się z faktyczną granicą II RP.

Koncepcja Piłsudskiego, jak wyjaśnił profesor, wywodziła się w dużej mierze ze środowiska Leona Wasilewskiego z PPS, zajmującego się kwestiami narodowościowymi – zakładała stworzenie na wschodnich granicach Polski bufora niepodległych państw, oddzielających Polskę od Rosji niezależnie od jej przyszłego ustroju (białej, czerwonej czy nawet hipotetycznie demokratycznej). Nazwa „koncepcja federacyjna” jest jednak, zdaniem profesora, myląca – w zamyśle Piłsudskiego i obozu belwederskiego nie chodziło o klasyczną federację, lecz o system państw w praktyce podporządkowanych polityce Warszawy.

Skala mniejszości narodowych – niedoceniana w edukacji szkolnej

Prowadzący zauważył, że dyskusja o wielonarodowościowym charakterze II RP koncentruje się niemal wyłącznie na kwestii żydowskiej, spychając na margines fakt, że mniejszości narodowe stanowiły łącznie znaczną część społeczeństwa. Prof. Kloc potwierdził tę obserwację, wyjaśniając, że dokładnych danych nie ma – mimo dwóch spisów powszechnych (1921 i 1931) wyniki były zniekształcone przez powojenne migracje oraz celowe fałszerstwa administracji na wschodnich ziemiach w spisie 1931 roku. Nawet najbardziej ostrożne szacunki wskazują, że mniejszości stanowiły 30–35 procent ludności państwa, a to Ukraińcy, nie Żydzi, byli mniejszością najliczniejszą – od 4 do 5 milionów osób, przy czym profesor zaznaczył ogromną płynność samej kategorii „ukraińskości” w zależności od regionu (Wołyń kontra Galicja Wschodnia) i warstwy społecznej. Przywołał przy tym prowokacyjną tezę znanego ukraińskiego historyka Jarosława Hrycaka, że gdyby narody miały paszporty, naród ukraiński otrzymałby swój dopiero w 1914 roku – ocenił to jako publicystyczne przejaskrawienie, ale trafnie oddające płynność procesu kształtowania się ukraińskiej tożsamości narodowej jeszcze na początku XX wieku.

Wojna o Lwów: mit „kamienicy” i bracia Szeptyccy

Profesor przypomniał, że symboliczna data 11 listopada, będąca dziś fundamentem polskiego mitu założycielskiego niepodległości, zbiega się w czasie z wybuchem walk o Lwów między Polakami a Ukraińcami. Skrytykował popularny mit przedwojennej Galicji jako „jednej wielkiej kamienicy”, w której różne narodowości zgodnie współistniały na poszczególnych piętrach – choć przywołał wzruszający, ale realny przykład braci Szeptyckich (jeden generał polski, drugi biskup ukraiński), zasugerował, że nadmierne różowienie tego obrazu przesłania fakt, iż był to przede wszystkim konflikt o konkretne terytorium, miasto i kształt przyszłych państw – naturalna, brutalna konsekwencja rozpadu monarchii austro-węgierskiej. Prowadzący zwrócił przy tym uwagę na wymowny fakt, rzadko przywoływany w tym kontekście: pierwszy Grób Nieznanego Żołnierza w Warszawie kryje szczątki chłopaka poległego właśnie w walkach o Lwów z Ukraińcami – a więc jeden z najważniejszych symboli polskiej niepodległości ma bezpośredni związek z tym konfliktem.

Sojusz z Petlurą i spór o „zdradę” traktatu ryskiego

Profesor przypomniał, że zaledwie kilkanaście miesięcy po zwycięskich dla Polski walkach o Lwów, w kwietniu 1920 roku, Piłsudski zawarł sojusz z atamanem Symonem Petlurą, przywódcą Ukrainy Naddnieprzańskiej (kijowskiej), dla której głównym zagrożeniem była Rosja w każdej postaci – co łączyło ją z Warszawą. To porozumienie stało się później punktem odniesienia dla zwolenników polsko-ukraińskiego porozumienia, w tym Jerzego Giedroycia, który wielokrotnie podkreślał, że symbolami tej współpracy powinni pozostać Piłsudski i Petlura, a nie „bohaterowie” wyłonieni w czasie II wojny światowej, absolutnie nieakceptowalni dla strony polskiej.

Prowadzący zapytał wprost, czy z ukraińskiej perspektywy traktat ryski, zawarty bez uwzględnienia interesów sojusznika, nie był w istocie zdradą. Profesor zgodził się, że z tej perspektywy istotnie tak to wyglądało, jednak dodał ważne zastrzeżenie, umykające często nawet zawodowym historykom: po roku 1921 Polska nadal, mniej lub bardziej oficjalnie, uznawała rząd Ukraińskiej Republiki Ludowej na uchodźstwie w Tarnowie, tolerowała istnienie sztabu ukraińskiego oraz kształcenie antysowieckich kadr oficerskich na swoim terytorium – aż do wybuchu II wojny światowej. Sam Petlura musiał opuścić Polskę w wyniku porozumienia polsko-sowieckiego i został zamordowany w Paryżu dwa tygodnie po zamachu majowym, prawdopodobnie z obawy Sowietów przed odrodzeniem tych koncepcji po przejęciu władzy przez Piłsudskiego.

Geneza ukraińskiego terroryzmu

Prowadzący, nawiązując do doświadczeń ruchów terrorystycznych (baskijskiego, irlandzkiego, palestyńskiego), zapytał, co było pierwsze – opresja państwa polskiego czy radykalizacja ukraińska. Profesor wskazał na symboliczny punkt wyjścia: zamach na Piłsudskiego we Lwowie na początku lat 20., dokonany przez syna znanego adwokata Fedaka. Wymienił kolejne elementy narastającego konfliktu: tzw. „ustawę eksportową” z 1922 roku, obiecującą Galicji Wschodniej autonomię (uchwaloną przez Sejm, ale nigdy niewprowadzoną w życie, stąd ironiczna nazwa – miała być jedynie na eksport wizerunkowy); manipulacje przy ordynacji wyborczej w wyborach 1922 roku, mające ograniczyć liczbę mandatów mniejszości; oraz tzw. Lex Grabski, wprowadzającą dwujęzyczne szkolnictwo kosztem nauczania w języku ukraińskim.

Profesor podkreślił zasadniczą różnicę między Ukraińcami z Galicji Wschodniej (wcześniej pod zaborem austriackim) a Wołynia (wcześniej pod zaborem rosyjskim, oddzielonym tzw. kordonem sokalskim) – co skutkowało odmienną polityką polskiego państwa wobec obu grup i utrudnia dziś jednoznaczną ocenę całości zjawiska.

Dwa nurty: ugoda i radykalny terror

Profesor przedstawił dwa równoległe nurty w ukraińskiej polityce międzywojennej: nurt ugodowy, dążący do budowania własnej tożsamości i kultury w ramach istniejącego państwa polskiego, oraz nurt skrajnie nacjonalistyczny, reprezentowany od początku lat 20. przez Ukraińską Organizację Wojskową, przekształconą na przełomie lat 20. i 30. w Organizację Ukraińskich Nacjonalistów – odpowiedzialną za akty terroru, sabotaże, dywersję i zabójstwa prominentnych polskich polityków, szczególnie tych sprzyjających porozumieniu z Ukraińcami. Nie był przypadkiem, jak podkreślił profesor, fakt, że ofiarami zamachów padli Tadeusz Hołówko (socjalista, wielki przyjaciel Ukraińców, zamordowany na początku lat 30. w Truskawcu) oraz minister spraw wewnętrznych Bronisław Pieracki, również przychylny mniejszości ukraińskiej.

Lata 30.: eksperyment wołyński kontra pacyfikacje

Profesor opisał zróżnicowaną politykę władz wojewódzkich w latach 30. – wojewoda lwowski Piotr Dunin-Borkowski prowadził inną politykę niż Henryk Józewski na Wołyniu, gdzie za cichym przyzwoleniem Piłsudskiego wprowadzono tzw. eksperyment wołyński: politykę autonomii kulturalnej przy jednoczesnej lojalności państwowej, mającą przyciągnąć nie tylko Ukraińców z Wołynia, ale też z Galicji Wschodniej oraz zza wschodniej granicy sowieckiej. Profesor zwrócił uwagę na mało znany fakt: Józewski wprowadził obowiązkową naukę języka ukraińskiego w polskich szkołach, co spotkało się z falą protestów, ale zostało przeforsowane – wielu Wołyniaków po 1945 roku znało dobrze ukraiński właśnie dzięki tej edukacji. Powstawały wówczas polsko-ukraińskie spółdzielnie i straże ogniowe.

Kontekstem dla tej polityki była rywalizacja z liberalną (w latach 20.) polityką narodowościową Związku Sowieckiego, tzw. korenizacją, celowo rozwijającą ukraińską kulturę i szkolnictwo po sowieckiej stronie granicy, by przyciągnąć sympatię Ukraińców po obu stronach – im bardziej zaogniona sytuacja w Polsce, tym korzystniej dla Moskwy.

Eksperyment wołyński zakończył się po śmierci Piłsudskiego – Józewski został odwołany, a symbolicznym zwieńczeniem jego przerwania stały się pacyfikacje z 1930 roku (obejmujące głównie Galicję Wschodnią, w mniejszym stopniu Wołyń i Lubelszczyznę) oraz druga fala represji pod koniec lat 30., obejmująca zniszczenie ponad 150 cerkwi prawosławnych. Prowadzący zapytał o argument, jakoby te cerkwie były niszczone jako „pozostałość po zaborcy rosyjskim” – profesor zdecydowanie odrzucił tę interpretację jako wygodne dzisiejsze usprawiedliwienie barbarzyństwa, wskazując na przymusowe konwersje religijne i inne haniebne akty tamtego okresu.

Profesor szczegółowo opisał charakter pacyfikacji 1930 roku – nie dochodziło do zabójstw, ale do systematycznego, upokarzającego dręczenia fizycznego i psychicznego: mieszania cukru z solą, zasypywania zapasów mąki, rewizji domostw. Przytoczył opinię niektórych psychologów, że dla ofiar bywa to bardziej traumatyczne niż śmierć. Dla Ukraińców w latach 30. polskość utożsamiała się przede wszystkim z opresyjnymi funkcjonariuszami państwa – starostą, policjantem, żołnierzem, nauczycielem i poborcą podatkowym.

Wyrozumowana nienawiść: Kołodziński i Doncow

Prowadzący postawił pytanie o źródło nienawiści przywódców OUN, odwołując się przy tym do kontrowersyjnej wypowiedzi pewnego izraelskiego polityka, który stwierdził, że Polacy „wyssali antysemityzm z mlekiem matki” – sparafrazował to pytaniem, czy podobnie można by powiedzieć, że Ukraińcy „wyssali nienawiść do Polaków z mlekiem matki”, zauważając przy tym paradoks: wielu przywódców OUN, w tym sam Bandera, było obywatelami II RP wykształconymi na polskich uczelniach. Profesor podkreślił, że w przypadku skrajnego nacjonalizmu ukraińskiego nie chodzi o nienawiść spontaniczną, lecz wyrozumowaną i celowo skonstruowaną – ideologicznie traktowaną jako czynnik integrujący społeczność.

Jako klasyczny przykład wskazał Mykołę Kołodzińskiego – syna Polaka, absolwenta Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie i weterana Wojska Polskiego, który w latach 30. napisał traktat postulujący wywołanie fali antypolskich i antyrosyjskich powstań w przyszłej wojnie polsko-sowieckiej, wprost głosząc konieczność masowego mordowania Polaków, Żydów i Rosjan – zginął jednak wiosną 1939 roku w walkach na Rusi Zakarpackiej, więc nie dożył wojny, choć jego broszura była szeroko kolportowana wśród nacjonalistów.

Drugim, fascynującym przykładem był sam Dmytro Doncow, jeden z ojców ukraińskiego nacjonalizmu, który spędził całe dwudziestolecie międzywojenne we Lwowie. Na początku września 1939 roku, decyzją premiera Felicjana Sławoja Składkowskiego, został osadzony w obozie odosobnienia w Berezie Kartuskiej, skąd uwolnili go później Niemcy. Po latach tułaczki po Europie zjawił się w polskiej ambasadzie w Rumunii, deklarując – jak relacjonował później Giedroyc, całkiem serio, nieironicznie – że jako obywatel państwa polskiego, którego upadku nie uznaje, żąda wydania mu polskiego paszportu. Po wojnie prowadził żywą korespondencję z Giedroyciem i innymi zwolennikami polsko-ukraińskiego porozumienia, zmarł w latach 70.

Profesor przywołał też przypadek Wasyla Mudrego, wicemarszałka Sejmu z ramienia umiarkowanej, ugodowej partii UNDO w latach 30., który mimo tego wizerunku uczestniczył w naradzie z Romanem Szuchewyczem w 1944 roku, na której omawiano potrzebę wypędzenia lub wymordowania pozostałego miliona Polaków w Galicji – co ilustruje, jak trudno rozdzielić w tej historii jednoznaczne kategorie „dobrych” i „złych”.

Mit intensywnej kolonizacji Wołynia

Prowadzący zapytał o skalę osadnictwa polskiego na Wołyniu przed wojną, sugerowaną przez niektóre badania jako prowokacyjną formę „igrania z ogniem”. Profesor ocenił tę narrację jako częściowo przesadzoną – rzeczywista skala osadnictwa (głównie w formie nadziałów ziemi dla weteranów wojny 1920 roku jako formy nagrody) była mniejsza, niż się dziś powszechnie przedstawia, częściowo z powodu braku wystarczającej liczby chętnych do kolonizacji. Wyjaśnił też, że jedną z fundamentalnych „kwadratur koła” ówczesnego państwa był konflikt między potrzebą reformy rolnej (parcelacja wielkich majątków, komasacja gruntów) a obawą części polityków, że taka reforma na wschodnich ziemiach de facto umocni żywioł ukraiński – co skutecznie torpedowało bardziej systemowe rozwiązania tej kwestii.

Profesor zwrócił uwagę na istotny paradoks geograficzny: skala represji ze strony polskiego państwa (pacyfikacje) uderzała głównie w Galicję Wschodnią, podczas gdy skala mordów UPA w czasie wojny koncentrowała się przede wszystkim na Wołyniu – co dowodzi, że nie było tu prostego związku przyczynowo-skutkowego typu „zemsta za represje”, lecz celowo zaplanowana, wybiórcza akcja.

Ziemia jako motyw propagandowy zbrodni

Prowadzący zwrócił uwagę na często pomijany komponent materialny – obietnicę przejęcia ziemi jako element propagandowy nakręcający sprawców zbrodni na Wołyniu, mimo że sam Bandera pochodził z zupełnie innego regionu (Galicji), utożsamianego z ludobójstwem dokonanym gdzie indziej. Profesor potwierdził tę interpretację, przywołując znamienny fragment z książki Hrycaka, w którym zamieszczona mapa sugeruje, że rzekoma „wojna polsko-ukraińska” 1918–1919 toczyła się na terytorium Ukrainy sięgającej po Brześć, Przemyśl, a nawet Pińsk – co, jego zdaniem, oddaje maksymalistyczne wyobrażenia terytorialne nacjonalistów. Ziemie Wołynia i Galicji miały w tej logice stanowić trzon przyszłego państwa ukraińskiego, a Kołodziński i Doncow wprost pisali, że słabszy, młody naród ukraiński musi „zlikwidować” Polaków, by zrealizować to założycielskie dążenie.

Czy II Rzeczpospolita była skazana na upadek

Prowadzący zapytał wprost, czy przy tak wielkim odsetku obywateli nieakceptujących państwa (jedna trzecia ludności) istniała jakakolwiek recepta na przetrwanie – może właśnie monoetniczna wizja Dmowskiego. Profesor odpowiedział pytaniem o los milionów obywateli, którzy w takiej wizji zostaliby wykluczeni – podkreślił znaczące rozróżnienie językowe: dla samych Polaków była to „Rzeczpospolita” (rzecz wspólna, obejmująca wiele narodowości), ale dla mniejszości narodowych – po prostu „Polska”, państwo obce i najczęściej niechciane.

Ocenił, że problem ten nigdy nie został (i być może nie mógł zostać) rozwiązany do końca lat 30., ale został skutecznie zneutralizowany – tysiące działaczy związanych z radykalnym nacjonalizmem siedziało w więzieniach, ruch był spacyfikowany na tyle, że nie był zdolny do zorganizowanego powstania zbrojnego. Do uruchomienia tego „zapalnika” potrzebny był katalizator w postaci wojny – i to właśnie wybuch II wojny światowej przesądził ostatecznie kwestię, czy Polska była państwem „sezonowym”. Profesor zaznaczył, że niektórzy historycy spekulują, iż gdyby państwo przetrwało, kolejne pokolenia Ukraińców mogłyby się z czasem przyzwyczaić do polskiej państwowości – tego jednak nigdy się nie dowiemy.

Ukraińcy w Wojsku Polskim we wrześniu 1939 roku

Profesor podkreślił, że wrzesień 1939 roku to również historia znacznego udziału Ukraińców lojalnie walczących w szeregach Wojska Polskiego – ocenił jako intelektualne wynaturzenie przedstawianie roli Ukraińców w tamtym okresie wyłącznie przez pryzmat lokalnych rebelii i dążeń do rozbrajania polskich oddziałów.

Współczesny spór o nazwanie jednostki imieniem UPA

Prowadzący, deklarując się jako zwolennik istnienia niepodległej Ukrainy i jej zwycięstwa w wojnie z Rosją, zapytał o komentarz do decyzji ukraińskich władz nadania formacji wojskowej imienia „bohaterów UPA”. Profesor ocenił tę decyzję jako ewidentną „wodę na młyn” dla rosyjskiej propagandy Kremla, od lat starającej się przedstawiać walczących Ukraińców niemal jednoznacznie jako neonazistów – zaznaczając, że problem tej konkretnej jednostki wiąże się nie tylko z ludobójczą polityką wobec Polaków, ale i z kolaboracją z Niemcami, co stanowi ogromny problem dla ukraińskiej polityki historycznej. Zgodził się z tezą części polskich polityków, że Ukraińcy mogą czcić, kogo chcą, ale powinni mieć świadomość konsekwencji, jakie takie decyzje wywołują w relacjach z Rzeczpospolitą – ocenił decyzję prezydenta Zełenskiego jako w pełni świadomą i przemyślaną z premedytacją.

Jak dziś naprawdę Ukraińcy postrzegają Banderę

Prowadzący zapytał o rzeczywistą skalę fascynacji Banderą wśród współczesnych Ukraińców, zwłaszcza ze wschodu kraju – czy to zjawisko masowe, czy podsycane przez rosyjską propagandę. Profesor, powołując się na wieloletnie badania opinii publicznej prowadzone przez Centrum Razumkowa (w transkrypcie „Centrum Jaroszewskiego”), wskazał na utrzymujące się wyraźne zróżnicowanie regionalne – między dawną Galicją Wschodnią a Ukrainą Naddnieprzańską – w stopniu emocjonalnego zaangażowania w kult Bandery. Zaznaczył jednak, że w wyniku kilku lat konfliktu z Rosją popularność Bandery systematycznie rośnie również w regionach, gdzie przed 2014 rokiem (przed aneksją Krymu) pamięć o nim była raczej krytyczna, niewdzięczna.

Podsumowanie: książka i bilans dyskusji

Kończąc rozmowę, prowadzący ocenił, że książka „Sezon na niepodległość” oferuje ciekawe, wyważone spojrzenie na II Rzeczpospolitą, być może zbyt jednostronnie romantyzowaną w polskiej pamięci zbiorowej. Profesor zgodził się, dodając, że po okresie romantyzacji nastąpił z kolei okres bardzo krytycznej, „niewdzięcznej” pamięci o tamtym państwie, a obecnie dyskusja historyczna – dzięki przyrostowi badań źródłowych – zaczyna się wyważać, pozwalając dostrzegać zarówno blaski, jak i cienie odrodzonej II Rzeczpospolitej.


Materiał w cyklu „Historia jakiej nie znacie”, nagrany na Międzynarodowych Targach Książki w Warszawie, z udziałem prof. Krzysztofa Kloca, autora książki „Sezon na niepodległość” (wydawnictwo Prześwity). Kanał na YouTube liczący 188 tys. subskrybentów. Premiera 30 maja 2026.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *