„Rżnęli, nie strzelali” — świadek z Kresów o metodach band UPA

Kanał History Hiking opublikował obszerną relację kobiety z domu Dorbajło Helena, urodzonej pod Lwowem, świadka wojennej i powojennej tragedii polskich mieszkańców Kresów Wschodnich — działalności konspiracyjnej ojca w Armii Krajowej, jego aresztowania i pięcioletniego zesłania na Sybir, masakry więźniów we Lwowie, deportacji krewnych do Kazachstanu, napadów UPA na rodzinną okolicę, spalenia miejscowości Sośnica już po przesiedleniu na tzw. Ziemie Odzyskane, a wreszcie sentymentalnego powrotu w rodzinne strony po latach.

Dzieciństwo w Winniczkach pod Lwowem

Świadek opisała dzieciństwo we wsi Winniczki, 12 kilometrów od Lwowa, gdzie rodzina prowadziła niewielkie gospodarstwo — matka zajmowała się krowami, świniami i polem, ojciec pracował w miejscowym sklepie. Rodzina mieszkała na tzw. przysiółku pod lasem, oddzielonym od głównej wsi około 500-metrowym odcinkiem drogi, w otoczeniu kilkunastu innych domów. Kobieta, urodzona jako jedno z bliźniaków (drugi brat już nie żyje, miała też starszego brata), zapamiętała z okresu wojny przede wszystkim wybudowany przez ojca w sadzie czereśniowym schron, gdzie rodzina nocowała podczas nalotów, oraz leje po bombach, które dzieci chodziły potem oglądać.

Ojciec w Armii Krajowej

Świadek opowiedziała, że jej ojciec, Tomasz Dorbajło, należał do Armii Krajowej, kierując niewielką, kilkuosobową grupą młodszych chłopców pod pseudonimem „Ojciec” — konspiracyjni koledzy przyjeżdżali do rodzinnego domu głównie w niedziele, bo ojciec ze względu na pracę nie mógł często jeździć do Lwowa, gdzie mieściła się placówka AK. We wsi funkcjonował system ostrzegania przed zagrożeniem ze strony ówczesnych władz sowieckich — gdy pojawiał się sygnał alarmowy, ukrywający się we wsi konspiratorzy uciekali w pobliski las.

Kobieta opisała dramatyczny incydent, który omal nie zdekonspirował ojca: podczas jednej z niedzielnych wizyt kolegów z AK jej wówczas kilkunastoletni brat przypadkowo znalazł w szufladzie krótką broń i niechcący ją wystrzelił, raniąc matkę w rękę — kula trafiła w futrynę drzwi, matka krzyczała, zaczęła się krew, przerażony brat uciekł, nie wiedząc, co się stało. Konspiratorzy leżący akurat na kocu na podwórku natychmiast przybiegli. Świadek wspomniała, że potem były problemy z władzami AK wobec kogoś, kto zostawił niezabezpieczoną, naładowaną broń. Ponieważ nie można było ujawnić prawdziwej przyczyny rany postrzałowej, matka tłumaczyła sąsiadom i przybyłym wojskowym, że się poparzyła. Opiekę nad raną przejęła sanitariuszka AK, która przynosiła opatrunki ukryte w bańce na mleko o podwójnym dnie — pod pretekstem zakupu mleka we wsi, między jednym dnem a drugim przewoziła środki opatrunkowe, którymi leczyła ranę matki.

Aresztowanie ojca i rewizja

Po pewnym czasie doszło do „wsypy” — ktoś we wsi się wygadał. Ojciec został zabrany bezpośrednio ze sklepu na przesłuchanie. Ktoś ze wsi ostrzegł rodzinę, że wkrótce dojdzie do rewizji domu. Starszy, wówczas dziewiętnastoletni brat, w panice ukrył posiadaną w domu broń w gnoju w chlewie ze świniami. Podczas rewizji funkcjonariusze niczego nie znaleźli w domu, ale przeszukując pobieżnie stajnię i stodołę, natrafili na fragment broni odsłonięty przez poruszające się świnie. Brata, mimo że formalnie nie należał do AK, wyprowadzono za zabudowania gospodarcze i pobito, próbując wymusić zeznania, a następnie zabrano go do Lwowa, gdzie przetrzymywano go i przesłuchiwano — wrócił do domu pod wieczór tego samego dnia, pobity, ale zwolniony. Świadek podkreśliła, że ma do brata do dziś ogromny sentyment, bo w trudnych latach po zabraniu ojca to on w praktyce zastępował rodzinie ojca.

Więzienie, paczki i zesłanie na Sybir

Ojciec został osadzony w więzieniu we Lwowie, gdzie przebywał także wujek świadek (mąż siostry matki). Przez kilka miesięcy matka raz w miesiącu, wstając o czwartej rano, przygotowywała i zanosiła do więzienia kilkukilogramowe paczki żywnościowe, stojąc w długiej kolejce razem z innymi rodzinami więźniów. Pewnego dnia usłyszała, że takiego więźnia już nie ma — bez żadnych dalszych wyjaśnień. Dopiero po czasie okazało się, że ojca wywieziono na Sybir, gdzie spędził pięć lat, pracując w lesie i mieszkając w barakach — rodzina przez cały ten czas nie miała od niego żadnych wiadomości i nie wiedziała nawet, czy żyje.

Świadek opisała moment powrotu ojca — nauczycielka przyszła do klasy i powiedziała dzieciom, by szły do domu, bo ich ojciec wrócił. Ojciec, zwolniony z zesłania po latach, dotarł pociągiem do najbliższej stacji, oddalonej sześć kilometrów od nowego miejsca zamieszkania rodziny (już po przesiedleniu), i resztę drogi przeszedł pieszo, wypytując po drodze o rodzinę. Świadek zapamiętała jego wygląd — z płócienną torbą na żywność, w charakterystycznej wojskowej kufajce, brudny i ubogo ubrany. Ojciec opowiadał później, że na zesłaniu wycinali las, grzali się przy ogniskach, a więźniowie mocno sobie wzajemnie pomagali; nikt ich tam szczególnie nie dręczył, pracowali za wyżywienie. Po powrocie do Polski ojciec nie doświadczył już żadnych represji politycznych za wcześniejszą działalność konspiracyjną.

Masakra w więzieniu i deportacja cioci do Kazachstanu

Świadek opisała jeden z najbardziej drastycznych epizodów swojej relacji: gdy wojska sowieckie się wycofywały, do rodziny dotarła wiadomość, że więzienie we Lwowie zostało otwarte, a wewnątrz leżą ciała rozstrzelanych więźniów. Ojca już wtedy w tym więzieniu nie było (był na Sybirze), ale matka, nie wiedząc jeszcze wtedy dokładnie, co się z nim stało, poszła rozpoznawać zwłoki razem z innymi rodzinami. Ciała były świeże, po ubraniu i twarzach dało się je jeszcze rozpoznać. W ten sposób matka rozpoznała wśród zabitych swojego szwagra — męża swojej siostry.

Świadek opowiedziała okoliczności jego śmierci: ciotka i wujek należeli do zamożnej rodziny (mieli piękny, bogato urządzony dom, biżuterię), przez co trafili na sowiecką listę do deportacji jako tzw. „kułacy” — razem z osobami uznawanymi za politycznie niewygodne. Gdy nadeszła wiadomość, że po ciotkę przyjedzie furmanka i będzie miała dwie godziny na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy, wujek w pierwszym odruchu uciekł i ukrył się we wsi, licząc, że bez niego rodzinę zostawią w spokoju. Gdy jednak dowiedział się, że ciotkę mimo to zabierają samą, zgłosił się dobrowolnie do wozu, licząc, że razem będzie im łatwiej przetrwać zesłanie. W efekcie ciotkę wywieziono do Kazachstanu, a jego samego zamknięto w więzieniu, gdzie później został rozstrzelany podczas opisanej masakry. Ciotka spędziła w Kazachstanie około 4–5 lat, pracując w kołchozie za wyżywienie, sprzedając miejscowym mieszkańcom swoją biżuterię i wartościowe rzeczy w zamian za jedzenie, którego przydział był ściśle racjonowany. Wróciła już po wojnie, dowiadując się dopiero wtedy o śmierci męża.

Napady UPA i samoobrona wsi

Świadek opisała atmosferę strachu panującą w okolicy przed przesiedleniem. Jej rodzinna wieś była w większości polska, choć w regionie funkcjonowały też wsie ukraińskie — świadek wspomniała, próbując sobie przypomnieć nazwę, sąsiednią miejscowość Hanaczów — oraz rodziny mieszane polsko-ukraińskie, gdzie — jak podkreśliła — zwykli ludzie „w politykę nie wchodzili”. Zaznaczyła, że w jej bezpośredniej okolicy nie doszło do mordów, ale mieszkańcy słyszeli o nich z sąsiednich terenów — widzieli łuny pożarów, docierały relacje uciekinierów z mieszanych miejscowości, gdzie Ukraińcy zabijali swoich polskich sąsiadów, opisywane przez nią jako mordy dokonywane nie strzałami, lecz „wyrzynaniem” — co określiła jako „straszny sposób, okropny”. Wieś zorganizowała własną samoobronę — nocne warty ostrzegające przed zbliżającym się niebezpieczeństwem; ze względu na oddalone, przygraniczne z lasem położenie rodzinnego domu, matka regularnie wysyłała dzieci na noc do bezpieczniejszego domu ciotki w centrum wsi.

Na pytanie, czy w okolicy mieszkali też Żydzi, świadek odpowiedziała jednoznacznie przecząco — zarówno jej rodzinna wieś, jak i sąsiednia miejscowość parafialna Ciszki, zamieszkane były wyłącznie przez Polaków, z pojedynczymi wyjątkami rodzin mieszanych polsko-ukraińskich.

Przesiedlenie

Świadek szczegółowo opisała proces przymusowego przesiedlenia w związku ze zmianą granic państwowych. Rodzina otrzymała urzędowy dokument poświadczający wielkość posiadanego gospodarstwa, mający w teorii zapewnić podobny przydział ziemi po drugiej stronie nowej granicy — w praktyce, jak podkreśliła świadek, było to jedynie martwą teorią. Rodzina, w składzie matka i troje dzieci (dziewięcioletnia świadek, jej dziewięcioletni brat bliźniak i dziewiętnastoletni starszy brat — ojciec przebywał wtedy jeszcze na zesłaniu), przygotowywała się do wyjazdu, pakując cały możliwy dobytek, w tym nawet duże, oprawne lustro zabezpieczone deskami. Ponieważ rodzina nie posiadała konia, transport zapewniły wyznaczone przez władze furmanki. Transport kolejowy odbywał się w towarowych wagonach — część przeznaczona była dla ludzi (po 3–4 rodziny w jednym wagonie, śpiących na tobołkach i słomie), część dla bydła. Podróż ze Lwowa (via stacja w Sichowie) do Przemyśla, licząca około 80 kilometrów, trwała ponad tydzień ze względu na częste, wielogodzinne postoje.

Świadek opisała realia podróży: podczas dwugodzinnych postojów pasażerowie doili krowy, zaopatrywali się w wodę, gotowali skromne posiłki na przenośnych kuchenkach, załatwiali potrzeby fizjologiczne — w rogu wagonu wybito w podłodze otwór służący za prowizoryczną toaletę. Zapamiętała, jak jej brat płakał w nocy, gdy ktoś nadepnął mu na nogę na wspólnym posłaniu ze słomy. Rodzina zatrzymała się ostatecznie w Radymnie, choć część transportu jechała dalej, na tzw. Ziemie Odzyskane — świadek zaznaczyła, że część ludzi zatrzymywała się bliżej dawnej granicy z naiwną nadzieją na rychły powrót do domu, nie rozumiejąc trwałości nowego układu politycznego, inni z kolei obawiali się jechać dalej, na tereny wcześniej niemieckie, kojarzone negatywnie.

Po przybyciu na miejsce mężczyźni (w rodzinie świadek — starszy brat) szukali wolnych, opuszczonych domów w okolicznych, wcześniej częściowo ukraińskich wsiach, takich jak Sośnica — po wysiedleniu miejscowej ludności ukraińskiej stały tam puste domostwa. Świadek opisała symboliczny moment przekazania: jeszcze przed wyjazdem rodziny, do ich starego gospodarstwa przybyła ukraińska rodzina przesiedlana w przeciwnym kierunku, a ukraińska kobieta prosiła matkę świadka, by pokazała jej granice obsianych już pól, które i tak trzeba było zostawić.

Spalenie Sośnicy przez UPA

Świadek opisała serię napadów band UPA już po przesiedleniu, na nowym miejscu zamieszkania. Pierwszy epizod dotyczył napadu podczas prywatnych imienin sąsiada o imieniu Józef (data zapamiętana szczególnie dokładnie, bo tego samego dnia imieniny obchodził też jej ojciec) — uzbrojony banderowiec wtargnął do izby, w której bawiła się grupa sąsiadów, nakazując wszystkim położyć się twarzą do ziemi pod groźbą natychmiastowego zastrzelenia, podczas gdy pozostali członkowie oddziału splądrowali gospodarstwo, zarzynając i zabierając świnię. Jeden z uczestników napadu dla zastraszenia leżących postawił na plecach jednego z mężczyzn garnuszek z wodą, twierdząc, że to granat — sztuczka, która wyszła na jaw dopiero po odejściu bandy.

Kolejny, znacznie poważniejszy napad miał miejsce w maju, podczas niedzielnej zabawy we wsi, w której brał udział starszy brat świadek. Banderowcy podpalili wieś systematycznie, dom po domu — ponieważ zabudowania drewniane stały gęsto obok siebie, ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie. Rodzina zdołała wynieść część dobytku na pobliskie pastwiska, ale sam dom spłonął doszczętnie, podobnie jak większość zabudowań we wsi (część murowanych i część drewnianych ocalała przypadkowo). Świadek opisała atmosferę po pożarze — swąd, żar, dym utrzymujący się jeszcze przez blisko dwa tygodnie, dzieci i dorośli przeszukujący zgliszcza w poszukiwaniu ocalałych metalowych przedmiotów. Jedna z mieszkanek, chora, nie zdołała się ewakuować i spłonęła żywcem w swoim domu. Część pogorzelców, pozbawiona dachu nad głową, zdecydowała się wtedy wyjechać dalej, na tereny poniemieckie; rodzina świadek znalazła inny ocalały drewniany dom w tej samej okolicy i pozostała na miejscu.

Wkrótce potem doszło do kolejnego nocnego napadu — banderowcy zapukali do okna nowego domu rodziny, żądając otwarcia. Zgodnie z relacją świadek, mimo ogromnego strachu, rodzina otworzyła, obawiając się wybicia szyb siłą. Napastnicy zabrali mąkę, słoninę, chleb i buty, nie stosując przemocy fizycznej, ale grożąc odwetem w razie zgłoszenia napadu na policję — w podobny sposób napadnięto tej samej nocy kilka innych okolicznych gospodarstw. Rodzina, zgodnie z ostrzeżeniem, nie zgłosiła napadu władzom; obecność band UPA w okolicy utrzymywała się jeszcze przez rok lub dwa po zakończeniu wojny, aż do zorganizowania się lokalnych struktur ORMO i policji, po czym napady ustały ostatecznie.

Powrót w rodzinne strony

Świadek opisała emocjonalną podróż sentymentalną w rodzinne strony, zorganizowaną w latach 70. lub 80. przez miejscowego księdza w porozumieniu z proboszczem ukraińskiej parafii po drugiej stronie granicy — celem był przede wszystkim odwiedzenie grobów przodków. Kobieta, już jako mężatka, wraz z mężem odwiedziła dawny rodzinny dom, murowany budynek zbudowany osobiście przez jej ojca, sieroty i samouka wykształconego zawodowo jako murarz. Mieszkający tam obecnie Ukraińcy przyjęli gości bardzo serdecznie, poczęstowali ich, a świadek rozpoznała wśród nich tę samą ukraińską kobietę, która przed laty prosiła jej matkę o wskazanie granic pól. Studnia, którą niegdyś wykopała rodzina, wciąż służyła nowym mieszkańcom, nieposiadającym jeszcze wtedy własnego źródła wody.

Opisując charaktery rodziców, świadek zaznaczyła, że ojciec był człowiekiem „bardzo nowoczesnym”, chętnie idącym z duchem czasu, podczas gdy matka pozostawała bardziej tradycyjną, pracowitą „kurą domową”, niegarnącą się do nowości — co w jej ocenie stanowiło zdrową równowagę w małżeństwie, bo dwoje ludzi o tym samym usposobieniu, jak zauważyła, rzadko dobrze się uzupełnia.

Kończąc swoją relację, świadek podsumowała doświadczenie tej podróży refleksją: „między ludźmi ta solidarność, nieważne czy jest Polak, czy jest Ukrainiec — to zależy od człowieka. Od człowieka zależy wszystko. Prawie wszystko.” Pokazała też zachowany od lat 70. listek, który przechowuje jako osobistą pamiątkę po rodzinnym domu, zaznaczając ze smutkiem, że po jej śmierci prawdopodobnie nikt już nie będzie pamiętał, co on dla niej oznacza.


Relację nagrał zespół kanału History Hiking. Materiał „Zełenski powinien to obejrzeć. Bandy UPA napadały na nich wielokrotnie” opublikowano na kanale History Hiking na YouTube, liczącym 588 tys. subskrybentów, w ramach cyklu „KontrWywiad”. Data premiery: 31 maja 2026.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *