Krzesimir Dębski dla „Wprost”: „to nie była symetryczna wojna, to było ludobójstwo”

Kompozytor Krzesimir Dębski rozmawiał z Pauliną Sochą-Jakubowską w podcaście „Wprost Przeciwnie” o rzezi wołyńskiej jako historii własnej rodziny — losach dziadków zamordowanych w Kisielinie, dzieciństwie naznaczonym kalectwem ojca i stryja oraz o tym, dlaczego uważa, że Ukraina wciąż nie rozliczyła się z banderowską przeszłością.

Muzykalne miasteczko naznaczone nieszczęściem

Dębski rozpoczął od opisu Kisielina — miasteczka liczącego 1500 mieszkańców, gdzie urodziła się jego matka, a które od dawna było „ziemią naznaczoną straszliwymi okrucieństwami”. Jego dziadek, Antoni Sławiński, grający na flecie i mandolinie, został jako młody chłopak wcielony do armii carskiej i wysłany na wojnę japońską w rejon Port Artur i Mandżurii — razem z nim wywożono Ukraińców, Żydów i najbiedniejszych z wołyńskich Niemców.

Dębski opisał, jak przez I wojnę światową przez te tereny przebiegała linia frontu ciągnąca się pasem 100-200 kilometrów od Dźwiny aż po Karpaty — najgorszy rodzaj wojny pozycyjnej dla cywilów, wystawionych na represje i grabieże żołnierzy z obu stron. Dodał do tego chaos rewolucji październikowej, działalność band anarchistycznych i komunistycznych, opisywaną m.in. przez rosyjskich pisarzy w dziełach o Pierwszej Armii Konnej.

Mezalians dziadków: lekarz i kozaczka z Kubania

Dziadek Dębskiego, student medycyny w armii austriackiej, trafił do rosyjskiej niewoli, gdzie poznał pielęgniarkę Anissę Ciemiorkin, pochodzącą z Kubania — regionu zamieszkanego przez najbardziej nacjonalistycznych i patriotycznych kozaków kubańskich. Ich małżeństwo uznano w rodzinie za mezalians, nieakceptowany przez krewnych ze strony ojca — do dziś w rodzinie nie ma pewności, czy babcia była kozaczką, czy Rosjanką.

Dziadkowie wyjechali ze Lwowa (gdzie toczyła się wówczas wojna polsko-ukraińska o miasto) na Wołyń, na tereny zamieszkane wspólnie przez Ukraińców i Polaków. Dębski opisał skrajny regres cywilizacyjny powojennego Wołynia — na cały region przypadało zaledwie dwóch lekarzy, dwa telefony i jeden kilometr ocalałej linii kolejowej z dawnej trasy Moskwa-południe Europy. Do wybuchu II wojny światowej trwała mozolna odbudowa zniszczonych świątyń, domów i całego życia społecznego.

Narodziny ojca i stryja — obaj naznaczeni kalectwem

W tym powojennym okresie odbudowy urodzili się ojciec i stryj Dębskiego — obaj, jak podkreślił, „niestety inwalidzi”: ojciec stracił później nogę, a stryj był naznaczony gruźlicą kości. Mimo trudnych warunków Polacy, Ukraińcy i Żydzi na tych terenach żyli, zdaniem Dębskiego, względnie zgodnie, wzajemnie sobie pomagając w odbudowie normalności.

Narodziny ukraińskiego nacjonalizmu i pytanie o „czystą” ziemię

Dębski opisał, jak w latach 20. i 30. do tej względnej stabilizacji zaczął docierać z Galicji skrajny nacjonalizm ukraiński, propagowany przez emisariuszy Bandery i innych przywódców. Głoszony przez nich manifest zakładał, że na ziemi ukraińskiej mogą żyć wyłącznie Ukraińcy — koncepcję, którą Dębski określił jako anachroniczną, porównując ją do wielonarodowej struktury dawnego cesarstwa austriackiego, gdzie przez 150 lat współistniało pokojowo kilkadziesiąt narodów. Zaznaczył, że nacjonalistyczny ruch, wywodzący się głównie z południa dzisiejszej Ukrainy, znajdował podatny grunt wśród zubożałej po wojnach ludności, a już przed II wojną światową dochodziło do zamachów na Ukraińców dążących do pojednania z Polakami, w tym profesorów i polityków.

Okupacja niemiecka: eskalacja mordów

Wraz z okupacją niemiecką, jak podkreślił Dębski, doszło do mordów na dużą skalę — najpierw na Żydach, przy współudziale Ukraińców służących w utworzonej przez Niemców policji ukraińskiej. Gdy Niemcy przesunęli swoje siły na front wschodni w kierunku Moskwy, uzbrojeni przez nich ukraińscy nacjonaliści rozpoczęli, jak to ujął, „akcje oczyszczania terenów z obcych”.

„Nie mogę być antyukraiński” — mieszane korzenie autora

Dopytywany przez prowadzącą, czy warto dziś podkreślać, że poruszanie tematu Wołynia nie jest wyrazem postawy antyukraińskiej, Dębski odpowiedział, że sam takim być nie może — jego babcia była Ukrainką, on sam czuje się „mieszańcem” w jednej trzeciej. Przyznał, że mogą istnieć środowiska ukraińskie odbierające jego działalność jako antyukraińską, ale podkreślił, że jego celem jest wyłącznie mówienie o faktach i uznanie, że doszło do ludobójstwa.

Flagi UPA zamiast ukraińskich na pogrzebach żołnierzy

Dębski zauważył paradoks — mimo istnienia jasno sformułowanego, udokumentowanego nacjonalizmu banderowskiego, nie spotkał jeszcze Ukraińca, który faktycznie czytałby pisma Bandery, nawet wśród działaczy czy przesiedleńców z akcji „Wisła” mieszkających w Polsce. Zwrócił uwagę, że mimo tej niewiedzy podczas obecnej wojny coraz częściej widuje flagi UPA (czarno-czerwone) zamiast flag ukraińskich — również na pogrzebach poległych żołnierzy na cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie, dawnym polskim cmentarzu.

Brak rozliczenia i indoktrynacja w podręcznikach

Dębski ubolewał, że w przeciwieństwie do innych krajów rozliczających się z niechlubnymi epizodami kolaboracji (przywołał postać Romana Dmowskiego oraz sprawę Górali kolaborujących z Niemcami), z Ukraińcami nie ma w ogóle takiej rozmowy. Wskazał na mechanizm polityczny — w koalicyjnych rządach ukraińskich resort oświaty regularnie trafiał do najmniejszych partii koalicyjnych, którymi były partie nacjonalistyczne, piszące podręczniki indoktrynujące najmłodsze dzieci w duchu gloryfikacji UPA. Opowiedział o scenie, którą widział na własne oczy jeszcze przed wybuchem obecnej wojny — marsz około dwustu młodych Ukraińców w mundurach nawiązujących do batalionu SS „Nachtigall”.

Profesor Osadczuk: „to wstyd dla narodu”

Jako kontrapunkt do tej niewiedzy Dębski przywołał postać profesora Bohdana Osadczuka — osiemnastoletniego wówczas działacza nacjonalistycznego, którego Niemcy podczas wojny wysłali na studia do Berlina jako część zaplecza politycznego przyszłej administracji na wschodzie. Osadczuk, który nigdy nie wrócił na Ukrainę i po wojnie kilkukrotnie odwiedzał Polskę, dokładnie przestudiował pisma nacjonalistyczne (w tym Litopis UPA) i doszedł do wniosku, że stanowią one dla narodu ukraińskiego wstyd na tyle duży, iż powinny zostać spalone i wymazane z pamięci ze względu na swój prymitywny, ideowo kompromitujący poziom. Dębski zaznaczył z żalem, że głosu Osadczuka nikt nie posłuchał.

Ekshumacje i dowód z DNA: głównie kobiety i dzieci

Dębski omówił kwestię wznawianych i wstrzymywanych ekshumacji — zgoda wydana za prezydentury Petra Poroszenki została później cofnięta, obecnie w czasie wojny część prac wznowiono. Nowoczesne metody identyfikacji DNA pokazują, że w masowych grobach znajdują się głównie szczątki kobiet i dzieci, przy niewielkim odsetku starszych mężczyzn — co, jego zdaniem, jednoznacznie obala tezę o „symetrycznej wojnie” dwóch walczących stron. Wyjaśnił, że polscy mężczyźni w wieku poborowym po 1939 roku w większości walczyli pod Bzurą, trafiali do armii na zachodzie lub byli deportowani przez Sowietów na Syberię, a oficerowie ginęli w Katyniu — teren pozostawał więc niemal wyłącznie zamieszkany przez bezbronne kobiety, dzieci i starców.

Zaginieni dziadkowie i klątwa nad Kisielinem

Dziadkowie Dębskiego — dziadek jako Polak leczący za darmo i działający na rzecz pojednania narodów, oraz babcia jako pielęgniarka pochodzenia ukraińskiego — zostali mimo tych zasług uprowadzeni i najprawdopodobniej zamordowani, choć okoliczności ich śmierci pozostają nieznane. Potomkowie sprawców do dziś odmawiają ujawnienia jakichkolwiek informacji — Dębski wspomniał o swoistej „klątwie” ciążącej nad Kisielinem, gdzie miejscowa ludność wciąż zabija się nawzajem w pijackich ekscesach, m.in. przy próbach zniszczenia krzyża na wieży dawnego kościoła. Opisał też własne, bezowocne i pełne dziwnych, wymijających zachowań próby dotarcia do osób mających rzekome informacje o losie dziadków — porównując te doświadczenia do scenariusza filmu szpiegowskiego.

Dzieciństwo naznaczone niewiedzą i okrucieństwem otoczenia

Dębski usłyszał pełną historię rzezi dopiero jako kilkunastoletni chłopiec, choć temat był obecny od dzieciństwa poprzez spotkania ocalałych w domu rodzinnym. Ojciec, poruszający się na własnoręcznie zrobionych kulach (bo protez wówczas nie było), unikał bezpośrednich rozmów z synem na ten temat, tłumacząc dziecku utratę nogi bajkowymi opowieściami o karze boskiej za niegrzeczne zachowanie. Prawdziwej wiedzy dziecko nabywało głównie od okrutnych rówieśników, wytykających mu „ojca bez nogi”. Rodzice Dębskiego byli członkami 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, złożonej z nielicznych ocalałych mężczyzn — niektórzy, deportowani na Syberię, wracali pieszo przez cały teren Związku Sowieckiego w czasie wojny, by ratować rodziny. Wspomniał Henryka Cybulskiego, autora pierwszej opublikowanej w latach 70. książki o Wołyniu i Syberii, „Czerwone noce” — dawnego kolegę i przełożonego rodziców z partyzantki, niektórzy z tego kręgu odsiadywali po wojnie po 25 lat w więzieniu na zamku w Lublinie.

Tułaczka rodziny i piętno „obcego”

Ze względu na odmowę wstąpienia ojca do partii komunistycznej, rodzina musiała się kilkukrotnie przenosić — najpierw do Lublina, gdzie ojciec od nowa budował karierę zawodową, później do Poznania, gdzie Dębski studiował, będąc tam postrzegany, jak sam to ujął, jako „rusek”. Na studiach spotykał też Ukraińców z akcji „Wisła”, z którymi prowadził rozmowy o wspólnym poszukiwaniu tożsamości.

Kontynuacja dzieła ojca poprzez muzykę i książkę „Wołyń, nic nie jest w porządku”

Dębski wyjaśnił, że kontynuuje działalność swojego ojca, który upamiętniał ludobójstwo poprzez malarstwo i rzeźbę — sam robi to poprzez książkę „Wołyń, nic nie jest w porządku”, spotkania autorskie i utwory muzyczne poświęcone Wołyniowi. Czuje się do tego zobowiązany zwłaszcza w obliczu narastających, jego zdaniem fałszywych, tez ze strony ukraińskiej o rzekomej symetrii konfliktu.

Niewiedza po obu stronach

Zapytany, czy temat jest w Polsce wystarczająco podejmowany, Dębski wskazał na powszechną niewiedzę po obu stronach — zarówno Ukraińcy nie znają historii banderowskiego nacjonalizmu, jak i Polacy nie zrobili pełnego rachunku z własną, niewygodną historią (przywołał w tym kontekście sprawę Góralenvolk). Zaznaczył, że relacje polsko-ukraińskie komplikują też słabo zbadane spory wewnątrzukraińskie sprzed wojny, np. konflikty między grekokatolikami a prawosławnymi o przejmowanie cerkwi, do których w 1938 roku musiało interweniować Wojsko Polskie — przywołał też anegdotyczny, choć realny konflikt wokół tzw. „sławojek” (toalet publicznych wprowadzanych w ramach krucjaty higienicznej premiera Sławoja Składkowskiego), który wywoływał bunty wśród chłopów, silniejsze jeszcze na Ukrainie.

Sceptycyzm wobec prezydenta Nawrockiego

Zapytany o oczekiwania wobec nowego prezydenta Karola Nawrockiego w kwestii Wołynia, Dębski wyraził sceptycyzm — obawia się, że posłuży to głównie budowaniu wizerunku „wspaniałego Polaka” i nowej odsłony nacjonalizmu ścierającego się z ukraińskimi problemami tożsamościowymi, zamiast rzetelnej pracy nad tłumaczeniem obiektywnych, naukowych opracowań historycznych na język ukraiński. Podkreślił, że rzeź wołyńska niemal nie istnieje w ukraińskiej literaturze, ponieważ tamtejsi pisarze boją się zmierzyć z prawdą — porównał to do sytuacji noblistki Swietłany Aleksijewicz, zakazanej w Rosji.

Prosty warunek pojednania: zgoda na ekshumacje

Dębski ocenił, że gdyby Ukraina po prostu zgodziła się bez przeszkód na prowadzenie ekshumacji w Polsce, cały problem dawno byłby rozwiązany, a Ukraina zyskałaby też lepszą pozycję wobec Rosji, która wciąż nazywa ją nacjonalistyczną. Podkreślił, że żaden nacjonalizm nie ma dziś prawa bytu w cywilizowanym świecie.

Nacjonalizm w środowisku muzycznym

Dębski, pytany, czy zamierza kontynuować swoją działalność, zaznaczył, że nie ma w sobie „posłannictwa politycznego” — jest muzykiem, który po prostu przeczytał dostępne źródła (w tym Litopis UPA w tłumaczeniu własnego ojca) i chce, by Ukraina stała się nowoczesnym, wolnym od korupcji krajem.

Opisał też przykłady nacjonalizmu, z jakimi zetknął się w środowisku muzycznym — popularny ukraiński zespół rockowy nagrał patriotyczno-nacjonalistyczny teledysk w ruinach kościoła w Kisielinie, dokładnie tam, gdzie bronili się jego rodzice, co ocenił jako przekroczenie granicy. Miał też kontakt z zespołem o nazwie nawiązującej do postaci UPA, znanego z dekapitowania nieposłusznych podwładnych — po jego interwencji muzycy wytłumaczyli mu, że nazwa odnosi się do postaci literackiej (Eneasza), a nie do dowódcy UPA, i deklarowali brak wrogości wobec Polaków.

Opowiedział też o incydencie we Lwowie, gdzie ukraiński muzykolog oskarżył go o plagiat rzekomo „czysto ukraińskiej” formy muzycznej dumki — Dębski bezskutecznie próbował spotkać się z nim osobiście, by wytłumaczyć, że dumki pisali też Rosjanie, Finowie, Czesi (w tym czeski Wołynianin, którego utwory otrzymał od ojca), a forma ta, podobnie jak walc wiedeński czy argentyńskie tango, nie jest zastrzeżona dla jednej narodowości — przywołał tu też polskie poloneza pisane przez Czajkowskiego czy Wagnera.

Mimo wszystko: dobre relacje z ukraińskimi muzykami

Dębski podkreślił, że mimo tych epizodycznych starć, na co dzień bardzo dobrze współpracuje z ukraińskimi muzykami — nagrywał muzykę do filmu „Stara baśń” Jerzego Hoffmana z orkiestrą ze Lwowa i regularnie koncertuje z ukraińskimi artystami, z którymi, jak to ujął, „się rozumieją”. Problemy dotyczą wyłącznie wąskiej grupy osób „zaskorupiałych w swoim nacjonalizmie i wyższości nad innymi” — zjawisko, które, jak zauważył żartobliwie, przypomina mu stare uprzedzenia międzynarodowe w rodzaju szwedzkiego zdziwienia, że w Norwegii w ogóle można grać jazz.

Nacjonalizm dziś: patrole na granicy z Niemcami

W nawiązaniu do bieżącej sytuacji politycznej prowadząca zwróciła uwagę, że obecnie na granicy z Niemcami pojawiają się samozwańcze patrole, deklarujące obronę kraju przed przybyszami z innych zakątków świata — pytając Dębskiego, czy wciąż obawia się nacjonalizmu. Dębski odpowiedział krótko, że „cały czas z tym żyjemy”, nawiązując do wcześniej opisywanych przez siebie mechanizmów wyższościowego myślenia narodowego, które uznaje za uniwersalny i wciąż żywy problem, nie tylko ukraiński.

Kończąc rozmowę, Dębski zaapelował, by Ukraińcy poznawali historię w oparciu o fakty, nie interpretacje.


Rozmowę poprowadziła Paulina Socha-Jakubowska z udziałem Krzesimira Dębskiego. Materiał „Rodzice polskiego kompozytora PRZETRWALI RZEŹ WOŁYŃSKĄ. Uratowali ich UKRAIŃCY” dostępny na kanale Wprost na YouTube, liczącym 82,7 tys. subskrybentów. Opublikowany 13 lipca 2025.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *