Faza w Czarnobylu. „Nie było łatwo nagrać to legalnie, ale zrobiłem to”

W 201. odcinku podcastu „Przez Świat na Fazie” popularny polski podróżnik odwiedził strefę wykluczenia wokół Czarnobyla i Prypeci — jako jeden z nielicznych twórców, któremu udało się uzyskać zgodę na legalne nagrywanie w tym miejscu podczas trwającej wojny. Przewodnikiem był były pracownik strefy, który ze względów bezpieczeństwa pozostał anonimowy.

Strefa zamknięta dla turystów

Wjazd do strefy czarnobylskiej w celach turystycznych jest obecnie całkowicie niemożliwy — obowiązuje zakaz wynikający z trwającego konfliktu zbrojnego. Faza trafił tu na podstawie specjalnego zezwolenia. Przy granicy białoruskiej obowiązują ograniczenia dotyczące filmowania — widoczne umocnienia i systemy ochrony wojskowej nie mogły zostać uwiecznione na kamerze. Białoruś jest oddalona od Prypeci zaledwie o 9–12 kilometrów, a teren jest na bieżąco monitorowany przez ukraińskie drony.

Promieniowanie i jego niewidzialny charakter

Już na wjeździe do strefy 30-kilometrowej przewodnik wyjaśnił zasady działania promieniowania. Dopuszczalny poziom to 0,3 mikrosiwerta — przy reaktorze dozymetr pokazał 0,7. Promieniowanie jest niewidzialnym zagrożeniem, które kumuluje się z czasem i odległością. Zwierzęta żyją w strefie normalnie, jednak ich mięso jest skażone i nie nadaje się do spożycia — sprawdzenie poziomu skażenia wymaga badań laboratoryjnych. W 1997 roku do strefy sprowadzono konie Przewalskiego, żeby sprawdzić, jak promieniowanie wpływa na dzikie zwierzęta — żyją do dziś.

Radar Duga — „Oko Moskwy”

Jedną z atrakcji strefy jest gigantyczny radziecki radar Duga, znany jako „Oko Moskwy” — system wczesnego ostrzegania przeznaczony do wykrywania międzykontynentalnych rakiet balistycznych. Mierzący 150 metrów wysokości i 750 metrów długości obiekt nigdy oficjalnie nie wszedł na dyżur wojskowy — planowana modernizacja przypadła na rok katastrofy. Radar składa się z dwóch części pracujących w różnych zakresach częstotliwości. W 2012 roku złomiarze próbowali wyciąć z niego elementy, jednak zostali przepędzeni, a sprawa trafiła do sądu. Przy radarze Rosjanie trenowali podczas okupacji strefy — ślady po strzelnicach są nadal widoczne.

Rosjanie w Czarnobylu

Na początku wojny rosyjskie wojska zajęły strefę czarnobylską i stacjonowały tu przez ponad 40 dni, zanim zostały wyparte. Zajęły elektrownię, zabrały generator i kamery, lecz Prypeć ich nie interesowała — jak komentuje przewodnik, weszli, zobaczyli opuszczone miasto i stwierdzili, że „nic nie ma”. Zabrali generator zasilający sieć komórkową i kamery z 16-piętrowego bloku. Część terenu może być nadal zaminowana przez Rosjan — ukraińska strona celowo nie przeprowadza rozminowania, traktując miny jako element systemu ochrony. Problem polega jednak na tym, że nikt dokładnie nie wie, gdzie zostały zakopane.

Nowy sarkofag i pytanie o przyszłość

Nowa kopuła nad czwartym reaktorem — widoczna z daleka — została zbudowana w 2016 roku przez konsorcjum 42 państw, w tym Polskę. Budowała ją m.in. firma Mostostal, której pracownicy mieli trzy tygodnie zmiany na miejscu i tydzień w domu. Przed jej montażem poziom promieniowania przy reaktorze wynosił 4,5 mikrosiwerta na godzinę — po nasunięciu kopuły spadł do 0,7. Kopuła ma wytrzymać 100 lat; poprzedni sarkofag był przewidziany na 25. Pod nową kopułą trwa stopniowy demontaż starego sarkofagu — fragment po fragmencie — który ma potrwać ponad 15–20 lat. Przy elektrowni widać ślad po dronie, który uderzył w budynek na początku wojny.

Faza zadał pytanie o scenariusz ataku rakietowego na elektrownię. Odpowiedź jest jednoznaczna: gdyby doszło do uderzenia w reaktor, skażenie mogłoby dotrzeć nawet do Skandynawii — tak jak w 1986 roku, gdy alarm jako pierwsi podnieśli Szwedzi. Lublin i Chełm znalazłyby się w bezpośredniej strefie zagrożenia, zależnie od kierunku wiatru.

Rudy las i Most Śmierci

W Rudym Lesie — jednym z najbardziej skażonych miejsc strefy — dozymetr wskazał 8,9 mikrosiwerta, a w pewnym momencie zbliżył się do 9. Dla porównania: przy elektrowni było 0,7. Przewodnik przyznał, że w swoim życiu dozymetr pokazał mu wartość wychodzącą poza skalę — 100 tysięcy jednostek — przy jednym małym kamieniu. Most Śmierci to miejsce, gdzie mieszkańcy Prypeci wyszli oglądać pożar reaktora w nocy z 25 na 26 kwietnia 1986 roku. Większość z nich wkrótce zmarła.

Prypeć — miasto, które pochłonęła przyroda

W opuszczonym mieście Prypeć przyroda od 40 lat odzyskuje swoje. Ulice zarosły, bloki toną w zieleni, asfalt pęka. Przed katastrofą było to nowoczesne miasto dla pracowników elektrowni, zamieszkałe przez około 49 300 osób — o średniej wieku zaledwie 26 lat. Miasto posiadało dom handlowy, hotel, Pałac Kultury „Energetyk”, park rozrywki, 15 przedszkoli, szkoły, biblioteki, halę sportową i port rzeczny, skąd statkiem można było dotrzeć do Kijowa w trzy godziny. Poziom życia był tu wyraźnie wyższy niż średnia radziecka — mieszkańcy mieli bieżącą wodę, gaz i prąd. Status miasta Prypeć otrzymała w 1977 roku, gdy uruchomiono pierwszy reaktor. Miasto działało zaledwie około dziesięciu lat.

Faza wszedł na dach 15-piętrowego bloku, skąd roztacza się widok na całą Prypeć, elektrownię i okolicę. Z dachu widać pięć dzielnic — szósta nigdy nie powstała, choć teren był już przygotowany. Widoczna jest tam również słynna kolejka gondolowa, której oficjalne otwarcie zaplanowano na 1 maja 1986 roku — pięć dni po katastrofie. Nigdy nie przyjęła ani jednego pasażera, choć — jak przyznaje przewodnik — nieoficjalnie dzieci z okolicy zdążyły się nią przejechać podczas testów.

Szpital nr 126 i likwidatorzy

Przy szpitalu nr 126 — miejscu, gdzie trafiali strażacy z pierwszej akcji gaśniczej — dozymetr wskazał 213–240 mikrosiwertów. Hełm strażacki wyniesiony z piwnicy przez kogoś i zostawiony przy wejściu wystarczył, by miernik gwałtownie skoczył. W szpitalu zachowały się m.in. dokumentacja medyczna z listą kobiet w ciąży z nazwiskami, miejscem pracy i tygodniem ciąży — miasto było wyjątkowo młode i rodziło tu tysiąc dzieci rocznie.

Przewodnik opowiedział o tzw. likwidatorach — ochotnikach, którzy wchodzili na dach uszkodzonego reaktora i ręcznie wyrzucali grafitowe szczątki. Przebywali tam zaledwie 40 sekund, za co otrzymywali 1000 rubli i oficjalny dokument potwierdzający służbę. Istniała nieoficjalna praktyka, że kilka minut pracy przy reaktorze mogło zastąpić dwu- lub trzyletnią służbę wojskową. Zdecydowana większość likwidatorów nie żyje.

Serial HBO „Czarnobyl” nie był kręcony w prawdziwej strefie — elektrownię nakręcono na Ignalinie na Litwie, a Kijów posłużył za plan zdjęciowy Moskwy.

Faza zapowiada, że gdy tylko sytuacja na to pozwoli, strefa czarnobylska powinna znaleźć się na liście obowiązkowych miejsc dla każdego podróżnika.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *