Krzesimir Dębski, kompozytor i skrzypek, wnuk ofiar rzezi wołyńskiej, rozmawiał z Anną Pawelec o swoich rodzinnych doświadczeniach z Wołynia, kulcie UPA na Ukrainie i warunkach ewentualnego pojednania polsko-ukraińskiego.
Historia rodziny — Kisielin, 11 lipca 1943
Dziadkowie Dębskiego, Leopold i Anisja, zostali porwani z Kisielina na Wołyniu w lipcu 1943 roku przez bojówki UPA i zamordowani. Dziadek był lekarzem leczącym miejscową ludność za darmo — jedną z najbardziej znanych osób w gminie. Zginął z rąk tych, których ratował przy porodach. Jeden z morderców przyszedł po wojnie do matki Dębskiego, podał jej rękę i pocałował ją — nie przyznając się do niczego.
Ojciec Dębskiego, historyk amator, ocalał z rzezi — w kościele w Kisielinie tego dnia zginęło 80 osób. Kościół był w remoncie, więc najcięższą bronią okazała się maszyna do szycia, którą zdruzgotano drabinę atakujących. Ojciec odrzucał granaty — jeden rozerwał go w ostatniej chwili, ale przeżył, tracąc nogę i płuco. Dębski podkreślił, że był to atak na bezbronnych — w kościele nie było żadnej broni, nie było mężczyzn, bo ci poszli do Wojska Polskiego lub zostali wywiezieni przez Sowietów.
Ojciec obliczył, że tego dnia zaatakowano ponad 90 kościołów jednocześnie. W wielu cerkwiach nie było tego dnia nabożeństw — wszyscy wiedzieli, co się szykuje. To dowód, że nie był to żadny spontaniczny bunt, lecz zorganizowana akcja wojskowa. Badania DNA przy ekshumacjach wykazują, że w masowych grobach leżą niemal wyłącznie kobiety, dzieci i starcy — co obala ukraińską narrację o bratobójczych walkach.
Mimo wszystkich krzywd ojciec Dębskiego przez całe życie uczył dzieci ukraińskich piosenek i próbował budować mosty między oboma narodami. Zachowywał pogodę ducha — Dębski powiedział, że sam nie wie skąd ta cecha, ale stara się ją pielęgnować.
Finansowanie nacjonalizmu ukraińskiego przez Niemcy
Dębski wskazał na historyczny kontekst ideologiczny. Szuchewicz przyjaźnił się z admirałem Canarisem — szefem Abwehry — i przed wojną pieniądze niemieckie podsycały nacjonalizm ukraiński. Podobała im się idea oczyszczenia ziemi ukraińskiej z obcych. Bandera pisał wprost, że na ziemi ukraińskiej mogą żyć tylko Ukraińcy. Do tego dochodziła propaganda sowiecka i zaszłości po konferencji wersalskiej, gdy Polska otrzymała tereny, które Ukraińcy uważali za swoje.
Oni czczą, a nie wiedzą co
Dębski opisał wieloletnie rozmowy z Ukraińcami — taksówkarzami, muzykami, mieszkańcami Kisielina. Niemal wszyscy nie mają pojęcia o tym, czym naprawdę była UPA i Bandera. Ci, którzy uchodzą za patriotów, nie czytali pism Bandery — Dębski stwierdził, że nie spotkał ani jednego Ukraińca, który by je czytał. Czczą symbol, nie wiedząc co reprezentuje.
Wielu zwykłych Ukraińców, gdy pyta ich o Wołyń, po prostu wypiera. Mieszkańcy Kisielina, w tym synowie morderców, żyją w milczeniu — pilnują, żeby nikt się nie wygadał, kontrolują kto przyjeżdża szukać grobów.
Ukraińscy pisarze milczą. Ci, którzy otrzymywali stypendia w Polsce i mają wiedzę o rzeczywistości historycznej, boją się nastroju własnego kraju i piszą rzeczy unikające spraw politycznych. Tymczasem to właśnie pisarze powinni być awangardą prawdy — tak jak Aleksijewicz, która dostała Nobla za ukazanie sowieckiego imperializmu.
Podręczniki i propaganda
W ukraińskich podręcznikach funkcjonują nacjonalistyczne tezy przywódców UPA z czasów II wojny światowej. Dzieci ukraińskie uczą się historii przez pryzmat tych narracji. Dębski zaproponował konkretne rozwiązanie — wydanie w języku ukraińskim pism samych banderowców, żeby Ukraińcy mogli przeczytać, na jakim poziomie intelektualnym i moralnym były te manifesty. Profesor Bohdan Osadczuk, ukraiński historyk mający dostęp do niemieckich archiwów, ocenił te pisma jako absolutną hańbę dla narodu ukraińskiego — żenujące intelektualnie i ideowo.
Kult UPA we współczesnej Ukrainie
Dębski obserwował na własne oczy młodych Ukraińców przebranych w mundury SS Galizien — jednostki, która pacyfikowała Warszawę. Na lwowskim cmentarzu Łyczakowskim, gdzie chowani są żołnierze polegli na froncie, widać morze flag UPA — nie ukraińskich, lecz czarno-czerwonych upowskich. Wielu żołnierzy nosi te proporczyki na mundurach.
Opowiedział o ukraińskim zespole Tartak, który nagrał teledysk w ruinach kościoła w Kisielinie — tym samym, gdzie zginęły dziesiątki Polaków w 1943 roku. Zespół chciał nawet robić efekty pirotechniczne. Dębski rozmawiał z nimi — powiedzieli, że mają swoją historię. Wspomniał też o zespole Enej — popularnym w Polsce, którego nazwa nawiązuje do bohatera ukraińskiej literatury, ale jest też imieniem dowódcy UPA, który rozstrzeliwał własnych żołnierzy zbyt mało okrutnych.
Opisał też lwowską knajpę Kryjówka — urządzoną jako schron UPA, gdzie na początku można było strzelać z wiatrówek do polskich celów, a wejście wymagało okrzyku Sława Ukrainie. Wchodzili tam Polacy, pili wódkę i nie rozumieli, gdzie są.
Warunki pojednania
Dębski nie jest antyukraiński — podkreślił to wprost. Stwierdził, że reakcja Polaków na uchodźców po 2022 roku była zdumiewająca i wspaniałomyślna — nawet rodziny ofiar UPA przyjmowały Ukraińców pod swój dach. Jego rodzice przed wojną też przyjmowali Ukraińców przyjeżdżających do pracy.
Pojednanie uważa za możliwe, ale wymaga prawdy — tak jak Niemcy przepracowały swoje zbrodnie. Warunkiem jest zakończenie głoszenia nacjonalistycznych narracji w podręcznikach, potępienie przez ukraińskich pisarzy i intelektualistów, a przede wszystkim umożliwienie ekshumacji i godnego pochówku ofiar. Bez tego rany nie zagoją się nigdy.
Wyraził nadzieję, że zmiana pokoleniowa na Ukrainie przyniesie ludzi zdolnych powiedzieć wprost — to było ludobójstwo, to była straszna hańba, i trzeba to zamknąć. Wtedy możliwe będzie prawdziwe pojednanie.