Jakub Wojaz w 25. odcinku podcastu „Opowieści Rzeczpospolitańskie” kanału Kurier Historyczny prześledził historię pojęcia Kresów – od wojskowego żargonu I Rzeczpospolitej, przez romantyczny mit XIX wieku, po traumę wysiedleń i współczesne dziedzictwo tego obszaru.
Prywatny punkt wyjścia i etymologia słowa
Wojaz otworzył odcinek osobistym wyznaniem: trzy czwarte jego rodziny wywodzi się z Rusi Halickiej i Podola, czyli terenów uznawanych za kwintesencję kresowości, jednak w jego domu nigdy nie używano słowa „kresy” – mówiono o „wschodzie” i „wschodniakach”. Zaznaczył, że sam stara się unikać tego terminu, choć na potrzeby odcinka musi z niego korzystać, ponieważ nie ma ono realnego synonimu.
Autor przedstawił podwójną etymologię słowa, opierając się na historycznych słownikach. Zgodnie ze słownikiem języka polskiego z 1902 roku oraz Encyklopedią staropolską Zygmunta Glogera, kresami w dawnej Polsce nazywano obronną linię wojskową przeciw Tatarom i Wołoszczyźnie, rozciągającą się od Dniepru do Dniestru – nazwa miała wywodzić się od służby pełnionej „na zmianę”, czyli „jak komu wypadła kreska”. Najstarszy słownik Samuela Lindego z 1807 roku podawał z kolei prostsze znaczenie: kres jako naznaczoną granicę, obręb, koniec. Wojaz wyjaśnił, że w czasach I Rzeczpospolitej kresy odnoszono konkretnie do południowo-wschodniego krańca państwa polsko-litewskiego, i termin ten nie niósł wówczas żadnego ładunku emocjonalnego – był bliższy dzisiejszemu wojskowemu slangowi określającemu służbę na granicy z Białorusią jako najbardziej niebezpieczny odcinek.
Wojaz zwrócił uwagę na bardziej wówczas nośne słowo „rubieże” (granice), które w odróżnieniu od wojskowego żargonu „kresów” budziło skojarzenia z końcem świata, niebezpiecznym życiem i specyficzną otoczką tajemniczości, dzikości i niedostępności. Służba na rubieżach wiązała się ze sławą i przygodą – jednak „rubieże” nigdy nie zrobiły takiej kariery symbolicznej jak późniejsze „kresy”.
Jak rozbiory stworzyły mit kresowy
Kluczowym punktem wywodu Wojaza była teza, że kresy jako mityczna kraina nigdy by nie powstały, gdyby nie rozbiory. Wyjaśnił, że pod koniec XVIII wieku wśród szlachty dominowała postawa „polskości rzeczpospolitańskiej” – tożsamości obywatelskiej niewykluczającej bycia jednocześnie Litwinem czy Rusinem – ale proces ten nie zdążył się rozwinąć wśród warstw niższych z braku własnego aparatu państwowego. Zaborcy świadomie rozbudzali odrębność narodową Litwinów i Rusinów, stosując klasyczną zasadę „dziel i rządź”, co doprowadziło do rozejścia się procesów narodowotwórczych na terenie dawnej Rzeczpospolitej.
Przełomowym momentem było wydanie w 1854 roku przez Wincentego Pola rapsodu „Mohort” – opowieści o ostatnim rycerzu Rzeczpospolitej walczącym na „kresach ukraińskich” i ginącym w obronie Konstytucji 3 Maja. Sukces utworu spopularyzował słowo „kresy” w nowym, symbolicznym znaczeniu: obszaru, gdzie polskość jest w defensywie, w mniejszości, represjonowana – niezależnie od tego, czy chodziło o Ukrainę, Litwę czy Białoruś. Wojaz podkreślił paradoks historyczny: miasta takie jak Wilno, Lwów czy Grodno z perspektywy I Rzeczpospolitej były centrami politycznego życia, a nie żadnymi „krańcami” – kresowymi stały się dopiero w percepcji XIX i XX wieku, gdy Polacy musieli o nie rywalizować z innymi narodami.
Autor zwrócił uwagę na analogię z niemieckim pojęciem „Ostens” (wschodu) – ziem na wschód od Łaby, dawnego pruskiego matecznika zamieszkanego częściowo przez ludność nieniemiecką. Zarówno kresowiacy, jak i niemieccy „wypędzeni” żyją, jego zdaniem, w tzw. przestrzeniach przeniesionych – po 80 latach od zakończenia wojny wciąż pamiętają, skąd pochodzą, i odtwarzali w nowych miejscach dawne schematy społeczne.
Wojaz zaznaczył także, że na przełomie XIX i XX wieku, a potem zwłaszcza w II RP, próbowano lansować analogiczne pojęcia „kresów zachodnich” czy „kresów południowych”, ale się to nie przyjęło. Wynikało to z odwrotnej struktury demograficznej: na kresach wschodnich elity były polskie, a im niżej w hierarchii społecznej, tym mniej polskości; na zachodzie sytuacja była odwrotna – miejscowa ludność była przeważnie polska, a elity bardziej zniemczone. Nie było tam więc tej specyficznej, kresowej sytuacji „posterunku” polskości na obcej ziemi.
Kulturowy fenomen kresów
Wojaz przedstawił obszerną listę dowodów na wyjątkowy wkład kresów w polską kulturę: od piosenki biesiadnej „Hej sokoły” opiewającej tęsknotę za Ukrainą, przez najpopularniejsze dania kuchni polskiej (barszcz ukraiński, pierogi ruskie, bigos), po dziesiątki najwybitniejszych twórców związanych z tym obszarem – Juliusza Słowackiego, Adama Mickiewicza, Józefa Ignacego Kraszewskiego, Elizę Orzeszkową, Henryka Sienkiewicza, Brunona Schulza, Czesława Miłosza, Zbigniewa Herbeta, Stanisława Lema i wielu innych, a także malarzy jak Józef Chełmoński czy Jan Matejko.
Przywołał również słynne słowa Józefa Piłsudskiego, wypowiedziane 18 maja 1920 roku po zajęciu Kijowa: „Polska to obwarzanek, kresy urodzajne, centrum nic” – zaznaczając, że mimo przesady w tym stwierdzeniu, gospodarczo i kulturowo kresy rzeczywiście górowały nad centrum kraju, co po części tłumaczy nadreprezentację postaci kresowych w polskiej historii.
Dalsze kresy i zapomniana trauma sprzed Wołynia
Wojaz zwrócił uwagę, że współczesna pamięć kresowa koncentruje się głównie na terenach II RP, pomijając tzw. dalsze kresy – ziemie, które po Traktacie Ryskim pozostały poza granicami Polski. Wskazał na wyjątek od tej zasady: Kamieniec Podolski, historyczną twierdzę, która dzięki „Trylogii” Sienkiewicza ma eksponowane miejsce w polskiej pamięci zbiorowej, a dodatkowo leżała blisko przedwojennej granicy Polski.
Autor przywołał anegdotę ilustrującą zasięg mentalnych granic dawnej Rzeczpospolitej: jeszcze na początku XX wieku łotewscy chłopi z dawnych Inflant szwedzkich, wkraczając na teren dawnych Inflant polskich koło Dyneburga, mówili, że „jadą do Polski”, a swoich pobratymców z tamtego obszaru nazywali Polakami. Ten sam mechanizm funkcjonował na Smoleńszczyźnie, gdzie przekraczając dawną granicę Rzeczpospolitej, w powszechnej świadomości uznawano, że wkracza się na „ziemię lacką”, czyli polską.
Polacy, którzy żyli na dalszych kresach, to przede wszystkim potomkowie szlachty, i to najczęściej tej zubożałej. Żmudź i Lauda, opiewane przez Sienkiewicza, to obszar zamieszkania miejscowej polskojęzycznej drobnej szlachty. Podobnie było na obszarze nad Górną Berezyną, którego obraz utrwalił Florian Czarnyszewicz w powieści „Nadberezyńcy”. Skupiska drobnej szlachty istniały także na Żytomierszczyźnie, obok większych i mniejszych rodów ziemiańskich: Nabrzozowskich, Grocholskich, Potockich, Sanguszków, Szymanowskich, Wańkowiczów i wielu innych. Do tego dochodzili ludzie zatrudnieni w administracji majątków oraz w licznych na Ukrainie cukrowniach.
Zagłada tego specyficznego kresowego świata, utrwalona m.in. na kartach powieści „Pożoga” Zofii Kossak-Szczuckiej oraz „Sława i chwała” Jarosława Iwaszkiewicza, dokonała się w okresie rewolucji bolszewickiej – polskie dwory były atakowane i grabione, a ich mieszkańców brutalnie mordowano, choć skala tych rzezi nie dorównywała późniejszej rzezi wołyńskiej. Mimo błagań miejscowej ludności, Polska wycofała się z tych terenów po wojnie polsko-bolszewickiej, oddając je Sowietom – w 1937 roku podczas tzw. operacji polskiej NKWD zamordowało tam ponad 100 tysięcy Polaków. Ci, którzy zdołali opuścić tę ziemię wraz z Wojskiem Polskim, osiedlali się w różnych rejonach przedwojennej Polski, próbując ułożyć sobie życie na nowo, co nierzadko wiązało się z deklasacją, bezrobociem, biedą, a nawet wejściem na drogę przestępczą – co znalazło odbicie w powieściach Sergiusza Piaseckiego.
Kresy w II RP: liczby, mniejszości i kolonizacja
Według przywołanych przez Wojaza szacunków prof. Włodzimierza Mędrzeckiego, kresy stanowiły po 1921 roku około 45% terytorium II RP i były zamieszkane przez około 12 milionów ludzi (30% obywateli państwa) – w tym około 5 milionów Ukraińców, 1,5 miliona Białorusinów, ćwierć miliona Litwinów i ponad milion Żydów, przy 5–5,5 milionach Polaków, rozproszonych po całym obszarze i dominujących głównie w miastach.
Wojaz opisał politykę osadnictwa wojskowego, mającą odwrócić niekorzystne proporcje narodowościowe, co podsycało konflikty z miejscową ludnością, ponieważ osadnicy otrzymywali lepsze ziemie. Wskazał też na kuriozalne działania polonizacyjne pod koniec lat 30., w tym wymuszanie przez Korpus Ochrony Pogranicza konwersji całych ukraińskich wsi na katolicyzm – do 1939 roku miało to objąć około 10 tysięcy osób. Nazwał to „pierwszym konsekwentnym aktem” polskich władz wobec mniejszości, kontrastującym z wcześniejszą niekonsekwencją: mimo obietnic złożonych mocarstwom zachodnim, Polska nigdy nie wprowadziła autonomii w Galicji Wschodniej, dopuszczając jedynie nauczanie języka „ruskiego” (celowo nie „ukraińskiego”, by odróżnić lojalnych Rusinów od radykalnych Ukraińców).
Inną politykę prowadzono na Wołyniu, gdzie od 1928 roku wojewodą był Henryk Józewski – region ten, zamieszkany w 70% przez Ukraińców, otrzymał niemal autonomiczny status, z dotowanymi ukraińskimi szkołami i teatrami oraz oficjalnym używaniem języka ukraińskiego w urzędach. Wołyń miał być „ukraińskim Piemontem” budującym tożsamość petlurowską w sojuszu z Polską przeciw Sowietom.
Wojaz omówił też Pacyfikację Galicji Wschodniej z 1930 roku, przeprowadzoną w odpowiedzi na nasilające się akcje sabotażowe Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, której głównym celem – jak podkreślił – padali nie tyle Polacy, co Ukraińcy dążący do kompromisu z polskimi władzami. W ramach pacyfikacji przeszukano 500 miejscowości, zatrzymano ponad 1700 osób, dochodziło do chłost i publicznych upokorzeń – zaznaczył jednak, że brak jest źródeł potwierdzających ofiary śmiertelne tej operacji. Podkreślił także, że mimo formalnej akceptacji granicy ryskiej w 1921 roku, Sowieci nigdy nie wyzbyli się dążeń do odebrania Polsce wschodnich ziem, co dodatkowo podsycało atmosferę oblężonej twierdzy charakterystyczną dla kresów.
Prowokacyjna teza o kolonializmie
Autor przedstawił śmiałą, zastrzeżoną tezę: choć jest przeciwnikiem twierdzenia, że przedrozbiorowa Litwa czy Ukraina były polskimi koloniami, to model polityki kolonialnej dostrzega w podejściu II RP do mniejszości narodowych – polskie dwory i urzędy funkcjonowały w tym krajobrazie jak posiadłości kolonizatorów. Skontrastował to z koncepcją federacyjną Józefa Piłsudskiego, którą określił jako projekt „antykresowy” – w wizji marszałka Polacy nie mieli tworzyć bastionów broniących polskości, lecz być jedną z nacji współrządzących na wzór szwajcarskich kantonów, co eliminowałoby samo pojęcie mniejszości narodowej.
Etnograficzna Polska i spór endecji z obozem piłsudczykowskim
Wojaz przywołał cytat historyka prawa prof. Stanisława Estreichera z 1925 roku, ostrzegającego przed „skurczeniem się do etnograficznej Polski” – linii Bugu i Sanu, państwa wciśniętego między Niemcy a Rosję Sowiecką bez szans na przetrwanie. Przedstawił spór między koncepcją endecką Romana Dmowskiego, zakładającą rezygnację z dalekich granic wschodnich na rzecz koncesji zachodnich oraz systematyczną polonizację pozostałych kresów, a federacyjną wizją Piłsudskiego. Przywołał gorzki wiersz Anny Zahorskiej „Prawda, że to Polska?”, wyrażający rozgoryczenie mieszkańców dalszych kresów decyzją Traktatu Ryskiego, oraz przypomniał, że głównego negocjatora tego traktatu, endeka Stanisława Grabskiego, nazywano potem „Kainem Grabskim”.
Bieda, egzotyka i huculska legenda
Wojaz opisał najbiedniejsze regiony kresów – bagniste Polesie, zwane przed wojną „Polską Amazonką”, gdzie w 1931 roku wybuchł masowy głód, oraz górzystą Huculszczyznę we wschodnich Karpatach. Zaznaczył, że mieszkańcy Polesia, poza rybołówstwem trudniący się też kłusownictwem, sami określali się mianem „tutejsi”, nie identyfikując się jednoznacznie z żadną narodowością.
Przywołał (z zastrzeżeniem o kuriozalności opisu) fragment książki prof. Andrzeja Falby o legionach, opisujący zwyczaj huculski polegający na oferowaniu żołnierzom nocy z żoną lub córką gospodarza w ramach „wymiany krwi” z przybyszami z zewnątrz. Wspomniał też o filmie „Przybłęda” z 1933 roku i przewodniku turystycznym Mieczysława Orłowicza, opisującym rozwiązłość seksualną Hucułów – co miało podsycić turystyczne zainteresowanie regionem, choć towarzyszyła temu ponura statystyka: w 1928 roku 40% huculskich rodzin było zakażonych kiłą.
Podkreślił jednocześnie lojalność Hucułów wobec Polski, wyrażoną m.in. własną kompanią w Legionach i nazwą 49. Pułku Strzelców Huculskich stacjonującego w Kołomyi, charakteryzującego się specjalnym nakryciem głowy wzorowanym na tradycyjnym huculskim kapeluszu. Poza kompanią huculską, autor wspomniał, że zarówno 49. Pułk Strzelców Huculskich, jak i 5. Pułk Strzelców Podhalańskich z Przemyśla utworzyły tzw. kompanie szlacheckie, do których rekrutowano potomków dawnej, często zruszczonej drobnej szlachty – inicjatywa ta wiązała się z działalnością powołanego w 1937 roku Związku Szlachty Zagrodowej, dążącego do repolonizacji tych rodzin.
Kresy jako destynacja turystyczna
Wojaz wspomniał, że walory turystyczne dostrzegano nie tylko w Huculszczyźnie czy na Polesiu, ale też na tzw. przedmościu rumuńskim, nazywanym „Polską Riwierą” ze względu na klimat zbliżony do śródziemnomorskiego, a także w popularnych uzdrowiskach – Druskiennikach na północy i Truskawcu na południu. Do tego dochodziły duże ośrodki miejskie, Wilno i Lwów, będące jednymi z najważniejszych polskich miast oraz centrami naukowymi i kulturalnymi swoich regionów.
Autor zaznaczył także, że aż do końca lat 30. trwał stan zamkniętej granicy między Polską a Litwą – swoista „zimna wojna” z Republiką Litewską, która poważnie osłabiała gospodarczy rozwój Wileńszczyzny.
Elementem kolorytu był także język
Wojaz szczegółowo omówił językową mozaikę kresów: dialekt północno-kresowy, którym posługiwał się m.in. sam Józef Piłsudski i wielu innych polityków II RP, oraz dialekt południowo-kresowy, którego najsłynniejszą odmianą była gwara lwowska, tzw. bałak. Wspomniał o licznych lokalnych zbitkach językowych, różniących się czasem między wioskami oddalonymi o kilka kilometrów – najsłynniejszą z nich była tzw. mowa prosta, łącząca elementy polskiego, białoruskiego, litewskiego i łotewskiego, używana na Grodzieńszczyźnie i Wileńszczyźnie.
Wojna, eksodus i mit powojenny
Autor omówił tragiczny finał kresowej historii: „zdradę mniejszości” w 1939 roku, sowiecką okupację Zachodniej Białorusi i Ukrainy, niemiecką okupację z udziałem kolaborantów litewskich i ukraińskich, oraz rzeź dokonaną przez UPA w południowo-wschodnich województwach – zaznaczając przy tym, że miejscowa ludność zaangażowana w mordy stanowiła nie więcej niż procent całej populacji ukraińskiej tych terenów. Podkreślił jednak wyraźnie, że gdyby państwo polskie nie przegrało w 1939 roku, żadne z tych wydarzeń by nie nastąpiło – choć w scenariuszu przetrwania II RP nie wykluczał terroryzmu na wzór Irlandii Północnej czy Kraju Basków.
Opisał powojenny Wielki Eksodus – transport bydlęcymi wagonami milionów Polaków na tzw. Ziemie Odzyskane, gdzie próbowali odtworzyć swój dawny świat, co uchwycił kultowy film „Sami swoi”. Wskazał na konkretne przykłady „przestrzeni przeniesionej”: Wrocław jako duchowy spadkobierca Lwowa (dokąd przeniesiono m.in. Ossolineum), Toruń jako miejsce, gdzie trafiła kadra Uniwersytetu Stefana Batorego z Wilna. Zaznaczył przy tym, że w samym Wilnie i na Grodzieńszczyźnie do dziś mieszka wielu Polaków, ponieważ tamtejsze władze sowieckie utrudniały wyjazdy, obawiając się wyludnienia regionu.
Cenzura PRL i trwały mit bez rewizjonizmu
Wojaz podkreślił, że w Polsce Ludowej temat losów Polaków ze wschodnich województw był objęty cenzurą – w dokumentach urzędowych jako miejsce urodzenia wpisywano po prostu „ZSRR”. Mimo to mitologia kresowa rozwijała się dalej poprzez ekranizacje literatury („Nad Niemnem”, „Dolina Issy”, „Pan Tadeusz”, „Trylogia”), a zakazy paradoksalnie wzmacniały idealizację utraconego świata. Wspomniał o próbie demitologizacji – serialu „Boża podszewka” Izabeli Cywińskiej z 1997 roku według powieści Teresy Lubkiewicz-Urbanowicz, przedstawiającym naturalistyczny obraz podupadłej rodziny szlacheckiej, który spotkał się w Polsce z oburzeniem, w tym w rodzinie samego autora.
Zaznaczył przy tym stanowczo, że mimo silnej tęsknoty za kresami, w Polsce nigdy nie narodziła się realna siła polityczna dążąca do rewindykacji granicy wschodniej – postulat taki funkcjonował długo w londyńskich kręgach emigracyjnych, ale został przyćmiony przez paryską koncepcję Jerzego Giedroycia, zakładającą zrzeczenie się kresów na rzecz budowania niepodległej Ukrainy, Białorusi i Litwy jako bufora przed Rosją – co stało się paradygmatem najpierw Solidarności, a potem III RP.
Kresy dzisiaj: pamięć bez idealizacji
Na zakończenie Wojaz zwrócił uwagę, że rzeź wołyńska długo pozostawała w cieniu innych traumatycznych wydarzeń II wojny światowej, częściowo ze względu na politykę dobrosąsiedzkich relacji z Ukrainą, a samo słowo „kresy” wciąż budzi negatywne skojarzenia u wschodnich sąsiadów Polski, kojarząc się z polską dominacją – co, jak przyznał, ma swoje uzasadnienie. Podzielił się osobistą refleksją o swoim dziadku, który jako dziecko cudem przeżył masakrę urządzoną przez UPA i mimo takiej możliwości nigdy nie chciał odwiedzić rodzinnych stron – co uznał za dowód skuteczności terroru mającego na celu trwałe odstraszenie Polaków od powrotu.
Wskazał, że wspomnienia kresowe z czasem nabierały wyidealizowanego charakteru pokojowego współżycia narodów, co – choć mieszane małżeństwa rzeczywiście się zdarzały – dalekie było od pełnej idylli. Wymienił zachowane do dziś w Polsce relikty kresowości: region Sejn z ludnością litewską, wschodnią część Podlasia z ludnością tatarską i białoruską, obszar od Chełmszczyzny po Bieszczady. Zakończył propozycją terminologiczną – zamiast „kresów”, niosących w sobie syndrom „oblężonej twierdzy”, proponuje określenie „ziemie wschodnie dawnej Rzeczpospolitej”, oddające ideę Polaków jako części wielkiej narodowościowej mozaiki, a nie posterunku broniącego się na obcej ziemi.
Odcinek „Kresy – czy jest czego żałować? Opowieści Rzeczpospolitańskie #25″ opowiada Jakub Wojaz. Materiał dostępny jest na kanale Kurier Historyczny na YouTube, liczącym 119 tys. subskrybentów. Opublikowany 23 maja 2026, obejrzany dotychczas 122 428 razy.