Prof. Tomasz Nałęcz z Wydziału Historii Uniwersytetu Warszawskiego był gościem Łukasza Starowieyskiego w podcaście „Historia Bez Tabu” (Polskie Radio RDC). Rozmowa dotyczyła wojny polsko-ukraińskiej z lat 1918–1919 o Lwów i Galicję Wschodnią — jej przyczyn, przebiegu, mitu Orląt Lwowskich, pogromu ludności żydowskiej we Lwowie oraz długofalowego wpływu tego konfliktu na relacje polsko-ukraińskie, w tym na zbrodnię wołyńską.
Czy konfliktu dało się uniknąć
Na pytanie wprost, czy wojny dało się uniknąć, Nałęcz odpowiedział jednoznacznie: nie, ponieważ tego starcia chciały obie strony. Zastrzegł jednak przed „grzechem prezentyzmu” — przykładaniem współczesnych wyobrażeń do rzeczywistości sprzed ponad stu lat. Przypomniał, że przed I wojną światową Europę Wschodnią zdominowały trzy mocarstwa — Rosja, Niemcy i monarchia austro-węgierska — z których dwa pierwsze po wojnie odbudowały swoją pozycję (Rosja jako ZSRR), podczas gdy Austro-Węgry rozpadły się bezpowrotnie. Wydarzenia, o których mowa, rozgrywały się na terenie Galicji Wschodniej, wchodzącej w skład Cesarstwa Austriackiego.
Rola Austrii: mit i rzeczywistość
Nałęcz zmierzył się z popularną tezą, że to Austriacy poprzez politykę „dziel i rządź” sztucznie skłócili Polaków z Ukraińcami. Ocenił ją jako częściowo prawdziwą, ale niepełną. Wyjaśnił, że w przeciwieństwie do Niemiec i Rosji, zdominowanych przez jeden naród, monarchia habsburska była „zlepkiem narodów” bez ludu dominującego, co w warunkach postępującej demokratyzacji zmuszało Wiedeń do uwzględniania nastrojów różnych grup i skłaniało do wygrywania poszczególnych narodów przeciwko sobie — w Galicji Polaków przeciw Ukraińcom. Zaznaczył jednak, że przez większość długiego panowania cesarza Franciszka Józefa (1849–1916) dwór stawiał w Galicji przede wszystkim na Polaków, a dopiero środowisko skupione wokół następcy tronu Franciszka Ferdynanda (zamordowanego w Sarajewie w 1914 roku) zaczęło rozgrywać kartę ukraińską.
Odnosząc się do przywołanej przez Starowieyskiego postaci arcyksięcia Wilhelma Habsburga, zwanego przez Polaków „Wasylem Wyszywanym” ze względu na noszenie ukraińskiej koszuli i rozważanego jako potencjalny monarcha ukraiński, Nałęcz określił to jako „więcej legendy i mitu niż prawdy” — podkreślił, że sam Wilhelm pochodził z bocznej, spolonizowanej gałęzi Habsburgów żywieckich (Habsburgowie ci służyli w polskiej armii międzywojennej i demonstrowali polski patriotyzm w czasie okupacji niemieckiej), a jego ukrainofilskie sympatie miały ograniczone znaczenie polityczne. Za rzeczywisty, najważniejszy detonator konfliktu Nałęcz uznał demokratyczny charakter Austrii, który od drugiej połowy XIX wieku pozwalał ludom monarchii — w tym Ukraińcom w Galicji Wschodniej — swobodnie rozwijać własną kulturę i narodowość, w przeciwieństwie do Rosji, gdzie zakazywano druku po ukraińsku i posługiwano się określeniem „Małorusini”, traktując Ukraińców jako odłam narodu rosyjskiego.
Historyk przedstawił też strukturę etniczną Galicji — kraju podzielonego na część zachodnią (niemal bez Ukraińców) i wschodnią, należącą do Polski od czasów Kazimierza Wielkiego (od połowy XIV wieku), gdzie polskość funkcjonowała „wyspowo”, z największą taką „wyspą” w postaci samego Lwowa. Starowieyski uzupełnił to danymi ze spisu ludności z 1910 roku: 61 procent mieszkańców Galicji Wschodniej stanowili Ukraińcy, resztę głównie Polacy i Żydzi, przy czym sam Lwów, liczący wówczas ponad 200 tysięcy mieszkańców, zamieszkiwało 105 tysięcy Polaków, 57 tysięcy Żydów i 39 tysięcy Ukraińców.
Rozpad monarchii i wyścig o władzę
Nałęcz wyjaśnił, że konflikt wybuchł w kontekście gwałtownego rozpadu Austro-Węgier — Austria jako pierwsza spośród państw centralnych poprosiła o pokój na początku października 1918 roku, co wywołało wewnętrzne wzburzenie wieloetnicznej monarchii. Młody, niedoświadczony cesarz Karol (następca zmarłego w 1916 roku Franciszka Józefa) próbował ratować sytuację manifestem z 16 listopada, zapowiadającym przekształcenie monarchii w federację państw narodowych — co otworzyło drogę do organizowania się rad narodowych w poszczególnych krajach koronnych, w tym rady we Lwowie, ogłaszającej powstanie państwowości ukraińskiej.
Opisując „wyścig” o przejęcie władzy, Nałęcz podkreślił, że to Polacy w Galicji Zachodniej zorganizowali się znacznie sprawniej — już 28 października 1918 roku powstała Komisja Likwidacyjna, przejmująca funkcje administracyjne po Austriakach, a wkrótce polscy oficerowie rozbroili austriackich kolegów. Zaznaczył, że to właśnie opóźnienie Ukraińców i coraz wyraźniejsze krzepnięcie polskiej władzy w Galicji sprowokowało nocny zamach we Lwowie z 31 października na 1 listopada 1918 roku. Wskazał jednocześnie na słabość strony polskiej wynikającą z głębokich podziałów politycznych między obozem piłsudczykowskim a endecją (silną w Galicji Wschodniej dzięki wsparciu konserwatywnego, zamożnego ziemiaństwa) — brak elementarnego porozumienia ułatwił Ukraińcom, mimo że stanowili we Lwowie zdecydowaną mniejszość, przejęcie miasta w nocnym puczu.
Obrona Lwowa i mit Orląt Lwowskich
Nałęcz opisał, jak zagrożenie zjednoczyło skłóconych dotąd Polaków — powstała, głównie wysiłkiem obywatelskim, samoobrona lwowska, znana jako Orlęta Lwowskie, złożona w dużej mierze z ludzi młodych, pełnych entuzjazmu i patriotyzmu, ale często pozbawionych wojskowego przeszkolenia. Odnosząc się do mitu o dziewięcioletnim „bojowniku” (przywołanym przez Starowieyskiego jako Jaś Kukawka), historyk sprostował, że dzieci formalnie nie były przyjmowane do służby, choć na udział gimnazjalistów przymykano oczy ze względu na ich ofiarność. Podkreślił, że mit Orląt ma silne zakorzenienie w rzeczywistości — walki o miasto trwały od 1 do 22 listopada 1918 roku, przy czym Lwów bronił się przez pierwsze trzy tygodnie właściwie wyłącznie własnymi siłami, odzyskując miasto ulica po ulicy. Ostateczne odsiecz przyniosły oddziały organizowane przez brygadiera Bolesława Roję w Galicji Zachodniej, wysłane decyzją Józefa Piłsudskiego (który 10 listopada przybył do Warszawy i stał się nieformalnym przywódcą odradzającego się państwa) — od 22 listopada Lwów pozostał już w rękach polskich.
Przebieg wojny: fronty równoległe i decydująca ofensywa 1919 roku
Historyk podkreślił, że dla Ukraińców konflikt z Polską był praktycznie jedynym frontem, podczas gdy Polska walczyła jednocześnie na kilku kierunkach — konflikt z Czechosłowacją o Śląsk Cieszyński (gdzie w listopadzie 1918 roku Czesi, mimo wcześniejszego porozumienia o rozgraniczeniu, ruszyli zbrojnie i mieli przewagę), a od 14 lutego 1919 roku otwarta wojna polsko-sowiecka. Zaznaczył, że w pierwszych miesiącach 1919 roku Warszawa najbardziej obawiała się jednak wznowienia wojny z Niemcami, które sprzeciwiały się ustaleniom paryskiej konferencji pokojowej dotyczącym granicy z Polską. Rozstrzygająca ofensywa na froncie ukraińskim ruszyła dopiero w drugiej połowie maja 1919 roku, gdy stało się jasne, że mocarstwa (Clemenceau, Lloyd George, Wilson) złagodziły presję na Niemcy, co pozwoliło Piłsudskiemu skierować na wschód m.in. dobrze wyszkoloną Armię Hallera, sprowadzoną z Francji — użytą w Galicji Wschodniej wbrew wcześniejszym zastrzeżeniom marszałka Focha wobec Niemiec. Dzięki miażdżącej przewadze potencjału, Polska zdołała w ciągu dwóch miesięcy złamać opór ukraiński.
Pogrom lwowski
Starowieyski zapytał o jeden z najbardziej wstydliwych epizodów tej wojny — pogrom ludności żydowskiej we Lwowie po odzyskaniu miasta przez Polaków, w którym zginęło od 70 do 150 osób, kilkuset zostało rannych, a spalono ponad 50 domów; wydarzenie odbiło się szerokim echem międzynarodowym, o czym pisał nawet „New York Times”. Nałęcz, zastrzegając wyraźnie, że nie usprawiedliwia żadnego pogromu, starał się wyjaśnić kontekst tych wydarzeń jako efekt demoralizacji, jaką niesie ze sobą każda wojna, a zwłaszcza konflikt bratobójczy — całkowite rozprzężenie władzy publicznej w mieście, w którym dopiero odbudowywała się administracja polska, sprawiło, że życie ludzkie „potaniało”. Podkreślił, że choć wśród sprawców byli ludzie w polskich mundurach, byli to zdemoralizowani bandyci działający poza jakąkolwiek strukturą dowodzenia, a nie żołnierze realizujący polską politykę państwową; zaznaczył też, że informacje o pogromie były wykorzystywane propagandowo przeciw Polsce na arenie międzynarodowej przez polskich przeciwników na konferencji paryskiej. Zastrzegł jednak stanowczo, że nie należy z tych wydarzeń wyciągać wniosku o rzekomym wrodzonym antysemityzmie Polaków.
Skala okrucieństwa po obu stronach
Odnosząc się do ogólnej skali przemocy w tej wojnie (szacowanej wstępnie na około 20 tysięcy ofiar w ciągu ośmiu miesięcy trwania konfliktu), Nałęcz przyznał otwarcie, że — patrząc z polskiej perspektywy i opierając się głównie na polskich źródłach — uważa, iż większa skala okrucieństwa leżała po stronie ukraińskiej, ale zastrzegł, że nie można zamykać oczu na udokumentowane przypadki przemocy, w tym gwałtów, dokonywanych także przez organy państwa polskiego, oraz na praktykę masowego internowania przeciwników — stosowaną na dużą skalę przez Ukraińców, ale też, w mniejszym zakresie, przez stronę polską. Podsumował gorzko, że tego rodzaju okrucieństwo jest nieuchronną konsekwencją konfliktów bratobójczych między narodami dopiero co wybijającymi się na niepodległość, cytując słynne słowa Piłsudskiego z rozkazu z 1926 roku: gdy bracia się kochają, miłość nie zna granic, ale gdy bracia się nienawidzą, ta nienawiść również nie zna granic — bo sąsiad, w przeciwieństwie do obcego wroga, zna wszystkie twoje słabe punkty.
Decyzja konferencji paryskiej i dalsze losy Galicji Wschodniej
Starowieyski przypomniał, że konferencja paryska podjęła w tej sprawie rozwiązanie pośrednie — przyznała Polsce zarząd nad zdobytym terytorium na 25 lat, z zapowiedzią plebiscytu po tym okresie, który jednak nigdy się nie odbył. Nałęcz wyjaśnił to wahaniami aliantów, którzy początkowo liczyli, że w Rosji zwycięży „biała” strona wojny domowej, a Galicja Wschodnia mogłaby wówczas zostać przyłączona do sprzymierzonej z Zachodem, niepodzielonej Rosji.
Długofalowe skutki: zasiew nienawiści prowadzący do Wołynia
Na zamykające rozmowę pytanie o wpływ tej wojny na późniejsze stosunki polsko-ukraińskie, Nałęcz odpowiedział jednoznacznie: wpływ był ogromny. Wyjaśnił, że tereny te — funkcjonujące w II Rzeczpospolitej jako Małopolska Wschodnia (województwa lwowskie, stanisławowskie, tarnopolskie), zamieszkane przez około pięć i pół miliona ludzi, w większości ukraińskich na wsi, przy silnie polskim lub polsko-żydowskim charakterze miast — pozostały terenem trwałego napięcia narodowościowego. Podkreślił, że wojna zrodziła obustronną nienawiść, a rozbudzone nastroje narodowe strony ukraińskiej Polacy określali mianem nacjonalizmu, zapominając, że analogiczne dążenia niepodległościowe samych Polaków były w ten sam sposób oceniane przez innych. Wskazał na trwały opór ukraiński wspierany przez emigrację (Czechosłowacja jako schronienie dla ukraińskiej emigracji niepodległościowej) oraz przez Niemcy, a także na represyjny charakter części polskiej polityki wobec tego regionu, przywołując jako przykład pacyfikację Małopolski Wschodniej jesienią 1930 roku.
Nałęcz zakończył konkluzją, że „złe ziarno” zasiane tą wojną — niezależnie od tego, po której stronie leżała większa wina — stopniowo narastało, by ostatecznie wydać „potworny, zatruty owoc” podczas II wojny światowej, jakim była zbrodnia wołyńska.
Rozmowę poprowadził Łukasz Starowieyski. Materiał „Konflikt, którego nie dało się uniknąć. Wojna polsko-ukraińska 1918-1919″ opublikowało Polskie Radio RDC na YouTube, w ramach cyklu „Historia Bez Tabu”, na kanale liczącym 62,7 tys. subskrybentów. Data premiery: 2 października 2025.